Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Proboszcz z Wołkowyi - sługa Boży ks. Jan Siuzdak

Jan Siuzdak, syn Jakuba i Anny urodził się 27 VII 1898 roku w Hucisku koło Leżajska w powiecie Łańcut, w pobliżu znanego sanktuarium maryjnego OO. Bernardynów. Miał siostry, Mariannę i Katarzynę, oraz brata Józefa. Ukończył gimnazjum, w którym panował duch patriotyczny. W latach 1917-1920 służył w Wojsku Polskim. Był to czas, gdy Polacy wywalczyli sobie niepodległość po przeszło stuletniej niewoli, a w 1920 roku obronili ją od napadu bolszewickiego przy cudownej pomocy Matki Bożej. Potem, gdy trzeba było stabilizacji w ojczyźnie, przez dwa lata służył w policji. Powodem były też sprawy materialne. W Galicji, pod zaborem austriackim, panowała wówczas bieda, a na piaszczystych gruntach koło Leżajska była ona szczególnie dotkliwa. Rodziców nie stać było na dalsze kształcenie synów. Jan chciał także pomóc młodszemu bratu.

W 1922 roku Jan Siuzdak został przyjęty do seminarium duchownego obrządku łacińskiego w Przemyślu. Diecezją przemyską kierował wtedy Józef Sebastian Pelczar (niedawno kanonizowany). W seminarium przemyskim uczył też kleryków ks. Jan Wojciech Balicki (beatyfikowany przez Papieża Jana Pawła II).

To, że policjant i żołnierz wstąpił do seminarium, nie było jednostkowym przypadkiem. Starsi kapłani z tamtych czasów opowiadali, że kandydaci do kapłaństwa zgłaszali się nieraz w mundurach wojskowych. Niektórzy nawet mieli jeszcze szabelkę! Później jako księża dobrze pracowali, lubili porządek, punktualność, dbali, aby wszystko było na swoim miejscu. Nauczyli się tego w wojsku. Ofiarowali się najpierw dla ojczyzny, a teraz chcieli kontynuować służbę tam, gdzie wzywał ich Chrystus.

Jan Siuzdak przyjął święcenia kapłańskie 29 VI 1926 roku w Przemyślu.

Miejsca jego pracy kapłańskiej to: Humniska koło Brzozowa (1926 - 8 III 1928), Osobnica (9 III 1928 - 27 IX 1928), Sądowa Wisznia (28 IX 1928 - 5 IV 1931) i Wołkowyja. Jako administrator parafii rzymskokatolickiej w Wołkowyi pracował od 6 IV 1931 do 17 XI 1931, jako proboszcz do 6IV 1940 roku.

Parafia Wołkowyja w roku 1931

Leżała w powiecie leskim, w województwie lwowskim. Parafia rzymskokatolicka powstała w 1772 roku w dorzeczu Sanu i obejmowała teren od ujścia rzeki Solinki do Sanu, w większości po lewej stronie Sanu i w dorzeczu Solinki. Od dołu do góry po Wetlinę jej długość wynosiła około 30 km, a szerokość w niektórych miejscach nawet 20 km. Tereny były zalesione, gęsto zaludnione, z licznymi wioskami i przysiółkami położonymi nad rzekami i potokami. Parafię zamieszkiwała ludność mieszana, najwięcej było Bojków. Mieszkańcy utrzymywali się z uprawy poletek, pracy w lasach i we dworach (wówczas podupadających). W Wołkowyi znajdował się kościół parafialny z roku 1840 (w stylu barokowym) Podwyższenia Krzyża Świętego zbudowany z kamieni pięknie obrabianych, z wieżą nad wejściem.

Sama nazwa "Wołkowyja" pochodzi od wycia wilków. Do dzisiaj ich tam nie brakuje, a w tamtych czasach jedynymi środkami lokomocji były pojazdy konne albo konie i stąd wielkie zagrożenie dla podróżnych watahami wilków.

Nie było ani jednej drogi utwardzonej, tylko polne. Odległość do najbliższej stacji kolejowej wynosiła 20 km (Uherce lub Ustjanowa), nie było mostu, tylko bród przez rzekę San.

W Rajskiem były siostry zakonne, szarytki, którym dziedziczka przekazała w 1922 roku cały majątek - lasy i grunty orne (około 400 ha). Wybudowały one w 1927 roku klasztor i kaplicę rzymskokatolicką. Miały za zadanie utrzymywać w Sanoku szpital, w którym posługiwały. Dwa razy w tygodniu wysyłały do szpitala furmankę z wiktem. Tu, na miejscu, opiekowały się upośledzonymi, biednymi, całe rodziny miały dzięki nim utrzymanie. Biskup dał siostrom kapelana, który dla nich odprawiał Msze. Ponieważ w Rajskiem mikroklimat sprzyjał leczeniu gruźlicy, kierował tam kapłanów zagrożonych tą chorobą.

W ciągu 17 lat umarło ich trzech. W czasach ks. Jana najdłużej pracował tam Stefan Misiąg. Tylko on przeżył drugą wojnę światową.

Oprócz kaplicy sióstr ksiądz rzymskokatolicki obsługiwał kaplice dworskie w Smereku, Wetlinie, Tworylnym oraz Cieślickich w Polańczyku (dzisiaj cmentarna), do której chodzili ludzie także z Soliny. W sumie było 28 miejscowości, gdzie w grupkach żyli rzymscy katolicy.

Na terenie parafii rzymskokatolickiej większość ludności była wyznania greckokatolickiego. Było tam 15 cerkwi, które obsługiwali popi (po 2-3 cerkwie każdy). Istniał zwyczaj, że wyznawcy obu obrządków budowali cerkwie wspólnie. Ksiądz rzymskokatolicki odprawiał Mszę w niedzielę (nie w każdą), chrzcił, błogosławił małżeństwa i odprawiał pogrzeby.

Gdy ks. Jan przybył do Wołkowyi, w Terce parafianie rzymskokatoliccy w 1930 roku zaczęli budować kaplicę koło cmentarza. Ksiądz greckokatolicki (jeszcze za czasów poprzednika ks. Jana) nie wpuścił bowiem do cerkwi pogrzebu parafianki rzymskokatolickiej, chociaż świątynię budowali na początku XX wieku wyznawcy obu obrządków (około 90 numerów domów grekokatolickich i 16 rzymskokatolickich). W latach 70. XX wieku żyli jeszcze ludzie, którzy pracowali przy budowie tej cerkwi. Postępowanie popa było owocem czasów zaboru austriackiego i taktyki zaborców "dziel i rządź".

Ks. Jan Siuzdak w ciągu tego pół roku zrozumiał, że czekają na niego ludzie jak rozproszone owce na swego pasterza. Rozpoczął pracę od remontu ołtarza i organów oraz zakupu dzwonu. Na zewnątrz ogrodzenia w stronę plebanii zrobiono alejkę wysadzaną drzewami, przy murze kościoła ksiądz ustawił figurę Matki Bożej w kapliczce (obecnie jest naprzeciw kościoła). W tej alejce często parafianie widzieli księdza z brewiarzem albo z różańcem w ręku. Często spotykano go także przed Najświętszym Sakramentem w kościele.

Wykończono kaplicę, a biskup podczas wizytacji poświęcił ją pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej.

Ewangelizacja i katechizacja

W latach 1932-1934 na kongregacjach dekanalnych był poruszany temat małżeństwa (encyklika Casti eon nubi) i zagrożenia przez prądy ateistyczne związane z komunizującymi ruchami społecznymi. Mówiono także o potrzebie katechizacji pogłębionej (w protokole z dyskusji są zanotowane słowa ks. Siuzdaka: "Najlepszą bronią jest dobra, systematyczna katechizacja"). Ta katechizacja bardzo kulała, bo w parafii Wołkowyja nie było ani jednej szkoły W kilku większych wioskach wynajmowano pokoik i pojedyncze osoby uczyły dzieci bogatszych rodziców za opłatą (Wołkowyja, Solina, Łęg). Powszechny więc był analfabetyzm. Kapłani uczyli dzieci i młodzież w tych pokoikach, na plebanii lub w kościele. Teraz były warunki do zmiany. W Warszawie powstały koła Wyższych Oficerów i Urzędników Wojskowych do Opieki nad Szkołami Kresowymi. Ks. Jan poznał też starostę powia towego w Lesku, Romana Gąsiorowskiego. Polubili się i nawiązali współpracę. Starosta zgodził się wybudować drogę bitą przez Bóbrkę do Soliny. Potem przychylił się do projektu wybudowania szkoły, która powstała w ciągu dwóch lat. Była to pierwsza szkoła w parafii Wołkowyja. Gdy szkoła w Solinie była już w budowie, zaczęto budować drugą, murowaną, w Polańczyku (4 km od Soliny), która przetrwała do dziś (znajduje się naprzeciw kościoła, za drogą). Następnie przyszła kolej na wybudowanie kaplicy kamiennej w Studennym powyżej Rajskiego oraz murowanej w Bereżnicy (do dzisiaj czynna).

Ks. Jan miał także powiązania z wojskiem, bo co miesiąc jeździł do jednostki wojskowej w Sanoku, najczęściej od czwartku do soboty. Odprawiał tam Msze Św., spowiadał i miał wykłady.

Starosta Gąsiorowski polubił Wołkowyję i po godzinach pracy przyjeżdżał do ks. Jana w towarzystwie dyrektora kopalni ropy w Wańkowej koło Ropienki i właściciela dworu w Olszanicy, Juścińskiego. Gdy kiedyś wracali z Wołkowyi samochodem, ugrzęźli na drodze. Była to okazja, aby znowu pomyśleć o drodze do Wołkowyi. W budowie pomagali członkowie Związku Strzeleckiego (Strzelcy Podkarpaccy), który powstał w Wołkowyi za sprawą ks. Jana (dla młodzieży ksiądz założył przysposobienie wojskowe - Orlęta, ich komendantem był Ludwik Czerenkiewicz). Kostkę z kamieni wyrabiał Kista (Włoch z pochodzenia) przy pomocy majstrów i ludzi z Wołkowyi oraz sąsiednich wiosek. Robotnicy wysadzali dynamitem skałę, z tego wyrabiali kostkę i na utwardzonym korycie, na piasku układali jezdnię brukowaną. Organizowano ludzi do współpracy, częściowo darmowej, częściowo płatnej. Chętnych do pracy było dużo, bo panowało duże bezrobocie. Gdy brakowało pieniędzy na wypłatę, płacono za dniówkę zbożem. Gdy nie było zboża, ksiądz przywoził swoje i płacił ludziom. Ksiądz chciał, aby ludzie nauczyli się pracować społecznie. Potem się chwalili i z satysfakcją mówili, że własnymi rękami budowali tę drogę. Była to pierwsza utwardzona, brukowana droga w parafii Wołkowyja.

W 1937 roku, gdy droga do Wołkowyi była gotowa, starosta i dyrektorzy kopalni zaplanowali drogę do Rajskiego, do kopalni ropy. Biegła ona na wprost z Wołkowyi przez rzekę Solinkę, gdzie zaczęto budować most. Filary zrobiono betonowe, obłożone kamieniem, a jezdnię drewnianą. Gdy wybudowano około kilometra, wybuchła druga wojna światowa. Drogę skończyli okupanci.

Szkoły i szkółki

Od 1935 roku trwały przygotowania do budowy. Dotąd dzieci polskie uczyła w domu prywatnym Janina Czternastek, żona komendanta policji, a dzieci ukraińskie - siostra żony ukraińskiego popa Jana Hamerskiego. Wystosowano prośbę skierowaną do Kół Opieki nad Szkołami Oficerskimi i Urzędników Ministerstwa Wojsk. Po pewnym czasie przyszedł z Warszawy bardzo szczegółowy kwestionariusz do celów ewidencyjnych zarządu. Chodziło na pewno o to, by nie popierać na kresach tego, co rozniecili zaborcy austriaccy.

Szkoła wraz ze świetlicą dla młodzieży została oddana do użytku w 1938 roku. Oprócz sal lekcyjnych były tam także mieszkania dla nauczycieli. W szkole zaczął uczyć także ks. Jan Siuzdak, pop grekokatolicki Jan Hamerski i rabin. Potem sprowadzono dwie przedszkolanki do dzieci.

Koła wojskowe pomagały w budowie oraz przeznaczyły fundusze na kursy haftowania i szycia dla młodzieży. Chodziło o to, żeby zająć młodych ludzi i przygotować do przyszłego życia. Ksiądz kapelan Miodoński z Przemyśla pomagał w wyposażeniu szkoły. Uruchomiono także dożywianie biedniejszych dzieci i młodzieży. Podczas wakacji przyjechali pierwsi wczasowicze. Była to grupa harcerzy ze Lwowa. Rozbili namioty nad Solinką. Ostatnie dwa lata przed wojną odpoczywali tu na dwutygodniowych wczasach klerycy z seminarium duchownego w Przemyślu (spali na słomie w stodole, pomagali w gospodarstwie na polu, a ksiądz im dawał wyżywienie). Później ks. Miodoński wysłał dzieci szkolne z Wołkowyi na Śląsk do Jasienicy, na dwutygodniowe wczasy, a dzieci śląskie przyjechały do Wołkowyi (teraz to samo praktykuje się w nowej już szkole).

Ks. Jan oraz starosta postarali się, aby Wołkowyja została gminą. Dotychczas poczta była w Solinie (8 km od Wołkowyi). Gdy organista Józef Paszkowski wybudował dom, ks. Jan oddał organistówkę na pocztę. W dalszym ciągu organizowano w szkole kursy szycia i haftowania.

Ks. Jan chciał, aby dzieci z mniejszych miejscowości także mogły się uczyć i zaczął budować drewniane szkoły z budulca pozyskanego z lasu plebańskiego. Mieszkańcy samodzielnie ścinali drzewa, obrabiali je, suszyli i stawiali budynek. Pierwsza szkółka powstała w Zawozie (niedaleko cerkwi) i służyła bardzo długo, bo do lat 90. XX, a stoi do dnia dzisiejszego. Drugą drewnianą szkółkę wybudowano w Bukowcu (naprzeciw cmentarza), trzecią w Terce (powyżej kaplicy), kolejną w Bereżnicy Górnej.

Dobry pasterz zna swoje owce

Kapłan musi mieć otwarte oczy i dostrzegać potrzeby powierzonych mu ludzi. Najważniejsza dla chrześcijanina jest Msza św. Ks. Jan dostrzegał tę potrzebę i przez swoją współpracę doprowadził do tego, że nikt z jego parafian nie miał do kościoła (kaplicy) dalej niż kilka kilometrów. Nie mógł w każdą niedzielę odprawiać Mszy św. we wszystkich kaplicach, mimo że pomagał mu kapelan z Rajskiego.

Gdy został proboszczem, zorientował się, że do I Komunii św. przygotowywało się za mało dzieci. W następnym roku (1932) wyszukał starsze dzieci i młodzież do 18 lat, wszystkich, którzy nie byli jeszcze u I Komunii Św., i zaczął ich przygotowywać. Uroczystość odbyła się w Wołkowyi, niektóre dzieci były ubrane na biało, ale większość bardzo biednie, było też sporo młodzieży. Po Mszy św. miała miejsce agapa. Do dziś najstarsi ludzie wspominają te wydarzenia.

Ksiądz w kazaniu, które wierni wciąż pamiętają, mocno podkreślił wartość człowieka cierpiącego, mówiąc: "Trzeba nieść pomoc każdemu choremu człowiekowi, czy jest Żydem, czy Ukraińcem, czy Polakiem, bo to jest człowiek". Takie przekonania miał przez całe życie. Do wszystkich biednych wysyłał furmankę z ziemniakami, zbożem, mąką, a robił to wiele razy w roku. Wszystkim potrzebującym (biednym i upośledzonym) kazał przychodzić po żywność na plebanię, a w swoim gospodarstwie zatrudniał najbiedniejszych i nie tylko im płacił, ale przez cały rok niósł pomoc. Nigdy nikogo nie wypuszczał od siebie z pustymi rękami.

Współpraca z księżmi grekokatolickimi

Mimo że pierwsze zetknięcie się w parafii Wołkowyja z greckokatolickim kapłanem było bolesne, to ks. Jan miał szczęście, bo greckokatolicki proboszcz przy cerkwi w Wołkowyi okazał się wielkim przyjacielem. Ks. Jan Hamerski rozumiał i lubił ks. Siuzdaka. Szanowali się i pomagali sobie. Odwiedzali się, chodzili razem na odpusty do cerkwi i do kościołów. Gdy były święta grekokatolików, rzymscy katolicy nie pracowali, ale odwiedzali sąsiadów. Najuroczyściej obchodzono Jordan. Procesja szła z kościoła do cerkwi, a stamtąd nad wodę, którą święcono. Podczas świąt rzymskokatolickich nie pracowali grekokatolicy. Ks. Jan Siuzdak zapraszał ks. Hamerskiego do kościołów z kazaniem, a czasem, gdy musiał wyjechać, także z odprawianiem Mszy Św., bo ten "wiedział" po łacinie. Razem z ks. Hamerskim jeździli na odpusty do Rajskiego, Łopienki i innych cerkwi. Ks. Siuzdaka proszono o kazania w cerkwiach (np. "na Żurawkach" koło Zawozu, w kaplicy nad źródełkiem), brał udział w licznych nabożeństwach. Niektórzy parafianie grekokatoliccy przeszli na obrządek rzymskokatolicki.

Współpraca skończyła się, gdy wybuchła druga wojna światowa. Zaczęły się wtedy mnożyć oskarżenia, najpierw anonimowe pisma do województwa we Lwowie. Donoszono, że ksiądz prowadzi nielegalnie budowę, że na tym zarabia. Policja państwowa zbadała tę sprawę, oczywiście okazało się to kłamstwem. Później okazało się, że donosiły osoby pracujące na tej drodze i tu zamieszkałe.

Próba życiowa

Po niecałych dwudziestu latach wolności wybuchła wojna. Parę dni wcześniej ks. Siuzdak dostał wezwanie do wojska w Sanoku. Pojechał w mundurze wojskowym, ze swoim gospodarzem, Franciszkiem Tarnawskim, który też został zmobilizowany. Wybrali się furmanką. Gdy wybuchła wojna, przestano przyjmować nowych rekrutów i zwolniono ze służby ks. Jana wraz gospodarzem. Demobilizację tłumaczono szybkimi postępami najeźdźców. Rzeczywiście, po dwóch tygodniach pojawili się w Wołkowyi Niemcy. Przed okupantem uchodziły grupy wojska polskiego. W wiosce i na polu plebańskim rozlokowało się dwustu żołnierzy i dwie kuchnie polowe, a wciąż przybywali nowi. Dowódca oddziału ogłosił, że kto pochodzi z tych stron, ma się przebrać i uciekać do domu, bo Niemcy się szybko zbliżają. Ci z daleka pozostali na miejscu. Ksiądz całe swoje zapasy żywności oddał uchodźcom, niestety, zaczęły się kończyć, a żołnierzy w cywilnych i wojskowych ubraniach przybywało. Ludzie także starali się pomagać żołnierzom, dając im cywilne ubrania. Mundury zakopywano lub palono. Czynił tak m.in. gospodarz księdza - Franciszek Tarnawski.

Niedługo przed zjawieniem się Niemców wszyscy uciekli przez łasy w stronę Ustrzyk Górnych, bo od wschodu ruszył na podbój drugi okupant - Sowieci. Granica stanęła na Sanie i część parafii Wołkowyja została po drugiej stronie, pod zaborem sowieckim. Na żołnierzy polskich, którzy wycofali się pod Ustrzyki Górne i ulokowali w lasach, posypały się bomby z eskadr niemieckich.

Teraz okupanci zaczęli grabić pozostały inwentarz. Po przejściu wojsk polskich niewiele zapasów żywności zostało na plebanii, a nowi podróżni szukali pomocy u księdza. Wśród nich było wielu przebranych żołnierzy, którzy chcieli uciec w stronę Rumunii i Węgier. Niektórzy aż do grudnia przebywali w lasach. Pamiętają w Wołkowyi, że czterech wygłodzonych żołnierzy skierowało się w stronę plebanii, pytając spotkanego człowieka o kierunek, a był to ukraiński sołtys. Gestapowcy schwytali ich w drodze. Oficerów zaprowadzono do Soliny i oddano w ręce Sowietów, przez częściowo zmarznięty San musieli przejść w bród nago, z ubraniami trzymanymi nad głową (woda sięgała do szyi), aż przejęli ich sprzymierzeńcy Niemców ze wschodu.

Ksiądz widział biedę ludzką i nieszczęście ojczyzny, za której wolność narażał w młodości życie. Przez całą zimę zjawiali się ludzie potrzebujący pomocy. Ks. Jan widział też, że odżyło to, nad czym pracowali zaborcy austriaccy, z czym spotkał się przy obejmowaniu probostwa w Wołkowyi. Wreszcie ks. Siuzdak został aresztowany wraz z gospodarzem Franciszkiem. Umieszczono ich osobno w piwnicach i w nocy przesłuchiwano, a na drugi dzień wypuszczono. Przez 9 dni musieli się obydwaj meldować o godzinie 9.00 na gestapo we dworze. Ksiądz wiedział, że jest obserwowany, ale plebanii nie zamknął przed szukającymi pomocy. Zdawał sobie sprawę z ich tragicznej sytuacji. Nadal odprawiał Msze Św., uczył religii, w mniejszych miejscowościach w dwóch szkołach jednego dnia.

Droga krzyżowa

Przez pół roku od zajęcia Polski hitlerowcy z godłem w kształcie połamanego krzyża i trupiej czaszki prowadzili wywiad w całej Polsce, prawie wszędzie znaleźli ludzi, którzy poszli na współpracę z nimi. W Bieszczadach mieli jeszcze dodatkowych, wyrosłych już pod zaborem austriackim, nacjonalistów ukraińskich. W pierwszych miesiącach wyszukiwali inteligencję, działaczy i kapłanów, gorliwszych zakonników niebezpiecznych dla bezbożnej ideologii hitlerowskiej. W niektórych powiatach (łańcucki) wszystkich proboszczów aresztowali, wywieźli do Rzeszowa i uwięzili. Niektórzy już nie wrócili, bo uznano ich za niebezpiecznych dla okupanta, więc trafili do obozów.

Wielu parafian, widząc niechęć okupantów do duchownego, odwróciło się od niego. Okazało się, że w radzie gminnej, zasiadającej z ks. Janem nieraz do wspólnego stołu, są jego : wrogowie.

Przed świętami wielkanocnymi rozeszła się wieść, że ksiądz będzie aresztowany. Proboszcz z Baligrodu uciekł z parafii, tak samo było w Tarnawie. Franciszek Tarnawski wspomina, że z Baligrodu przyszedł do księdza posłaniec i prosił, żeby uciekał, a oni go wyprowadzą bezpieczną drogą. Ostrzegał go także żołnierz niemieckiej straży granicznej pochodzący ze Śląska nazwiskiem Grubala. Chodził do paru domów grać w karty z mieszkańcami i wspomniał wtedy, że ks. Siuzdak ma być aresztowany. Prosił, żeby mu przekazać tę wiadomość. Ksiądz odrzekł, że parafii nie opuści, bo taką złożył przysięgę.

Gestapowcy przyjechali z Baligrodu w sobotę przed Białą Niedzielą (5 IV 1940). Ubranego w zimową odzież ks. Jana wyprowadzili na pole przy płaczu siostry Katarzyny, która była u niego gospodynią, i Franciszka Tarnawskiego. "Zostańcie z Bogiem" - mówił do wszystkich. Ksiądz prowadzony przez gestapowców zatrzymał się na wprost drzwi wejściowych kościoła, przeżegnał się i skłonił. Zobaczyli go też Żydzi i z daleka pokłonili się, bo żył z nimi dobrze. Strażnicy odwieźli go furmanką do Baligrodu.

Wielu świadków z Wołkowyi widziało to aresztowanie i wielki był płacz. W niedzielę nie było Mszy św. w kościele. Do dziś opowiadają żyjący parafianie z Wertasu, że jako dzieci przyszli na Mszę Św., a Kasia - siostra księdza - mówi im z płaczem: "Dzieciątka, dzisiaj Mszy św. nie będzie, bo ksiądz został aresztowany!"

W poniedziałek gospodarz Franciszek i siostra księdza pojechali do Baligrodu. Ksiądz jeszcze tam był, rozmawiali z nim przez kraty. Mówił, że dali mu śniadanie i mają odstawić do Sanoka. Chciał, żeby tam przyjechali, bo miał nadzieję, że go zwolnią. Po dwóch dniach w Sanoku dowiedzieli się, że ksiądz jeszcze jest, ale nie pozwolono im się z nim zobaczyć. Mieli nadzieję na uwolnienie, bo Niemcy nie przedstawili żadnych zarzutów. Trzeciego dnia dowiedzieli się jednak, że ksiądz został wywieziony wraz z innymi. Na pewno był w obozie przejściowym, ostatecznie znalazł się w Dachu.

Ks. Jan Siuzdak w obozie koncentracyjnym w Dachau 3k miał numer 22536 i był zakwaterowany m.in. w bloku obozowym nr 20/3. Więziony utrzymywał kontakt korespondencyjny z matką w Hucisku. Z listu z 3 VII 1942 roku można wnioskować, że ks. Jan przeczuwał, iż może zginąć śmiercią męczeńską, tak jak wielu innych księży. Można stwierdzić, że w każdej chwili spodziewał się najgorszego. Pisał: "Powiedz bratu Józefowi, że zgodnie z postanowieniem ojca ustanawiam go jako następcę we wszystkich moich sprawach majątkowych. Siostra Kasia niech przejmie wszystkie moje rzeczy..." Jednocześnie dziękował Bogu, że on i cała rodzina jest zdrowa. "Przesyłam serdeczne pozdrowienia siostrom, bratu, Wojciechowi, wszystkim znajomym w domu i Wołkowyi, a na Twoje imieniny przesyłam Ci z całego serca życzenia szczęścia i całuję Cię, najukochańsza Mamo - Twój syn Janek".

Ks. Jan Siuzdak zakończył swoją drogę krzyżową w obozie koncentracyjnym w Dachau według oficjalnych danych w 1942 roku. Potwierdził to jego dawny parafianin Stanisław Ferenc z Zawozu, którego ks. Jan przygotowywał do I Komunii, a który znalazł się w Dachau po ucieczce z robót przymusowych. Stanisław Ferenc po operacji na przepuklinę nie poszedł do pracy, lecz posługiwał w kuchni. Spotkał tam pisarza obozowego, ks. Alojzego Sławskiego, który przeglądał księgi zmarłych. Wiedział, że Ferenc pochodzi z Wołkowyi. "W księdze zmarłych jest wpisany ks. Jan Siuzdak z Wołkowyi" - oznajmił. I dodał: "Wyszedł z bloku, upadł i umarł". Więcej na ten temat nie rozmawiali, bo nie wolno było poruszać takich tematów. W statystykach podano, że umarł w drodze. Abp Majdański, który był więźniem tego obozu, zapytany, co to znaczy, powiedział: "To jest szyfr, oznacza, że umarł w drodze do komory gazowej albo wprost do krematorium".

Oficjalne zawiadomienie o śmierci syna matka Anna Siuzdak otrzymała w piśmie z 27 XI 1942 roku: "Pani syn Jan Siuzdak, urodzony 27 VII 1898 w Hucisko, zmarł w tutejszym szpitalu dnia 18 XI 1942 na skutek Oedemy. Ciało zostało spopielone 22 XI 1942 w państwowym krematorium w Dachau. Załączono świadectwo zgonu. Komendant obozu KL Dachau".

Katarzyna Siuzdak powiadomiła plebanię w Wołkowyi o śmierci brata. Ks. Stanisław Gołdasz, który objął tę parafię, ogłosił to wiernym i odprawił nabożeństwo żałobne za duszę zamordowanego kapłana. Wszyscy płakali.

Jeżeli informacja o tym, że ks. Jan zmarł "na skutek Oedemy" jest prawdziwa, to mianem obrzęków (oedema) określa się gromadzenie płynu w tkance podskórnej. Obrzęki mogły być pochodzenia sercowego, nerkowego czy wątrobowego. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Szczecinie prowadziła śledztwo w sprawie zamordowania w latach 1939-1945 w tzw. Zakładzie Eutanazji III Rzeszy w Hartheim (Schloss Hartheim), koło Linzu w Górnej Austrii, nieustalonej liczby obywateli polskich, w szczególności chorych i niezdolnych do pracy więźniów obozów koncentracyjnych, m.in. Dachau. Według podanej przez komisję listy ujawnionych osób zamordowanych w Hartheim ks. Jan Siuzdak występuje na 22. stronie listy: "616. Siuzdak Jan, nr obozowy 22536, ur. 27 VII 1989 r. w m. Hucisko, data wywózki 14 X 1942 roku".

Na podstawie przedstawionych faktów można również sądzić, że pod koniec pobytu w Dachau znęcano się nad ks. Janem, szczególnie w oddalonym Hartheim (m.in. przeprowadzając badania pseudomedyczne), by w końcu poddać jego ciało procesowi kremacji w Dachau.

Ks. Piotr Bartnik Ks. Stanisław Szczepański
Miejsca Święte, nr 165


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej