Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Olimpijskie wspomnienia - Zdzisław Krzyszkowiak

     Zdzisław Krzyszkowiak - dwukrotny olimpijczyk (1956 i 1960), złoty medalista olimpijski (bieg na 3 km z przeszkodami w Rzymie) ciągle prowadzi aktywny tryb życia, choć sportową karierę zakończył przed trzydziestu laty. Swoimi wspomnieniami z lat kariery sportowej dzieli się z czytelnikami "Małego Apostoła".

     Mistrzem olimpijskim zostałem dzięki mojemu dyrektorowi ze szkoły średniej. On zalecił uczniom z całej szkoły wziąć udział w tzw. biegu narodowym.

     Uczyłem się wtedy w Technikum Elektrycznym w Ostródzie i miałem 18 lat. Nawet w tym wieku można zacząć wyczynowe uprawianie sportu i osiągnąć dobre wyniki. Jestem tego przykładem.

     To nie był przypadek. Zawsze sport bardzo lubiłem. Grałem w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną. Organizmowi było to potrzebne - miałem dużo energii, choć nigdy specjalnie jakiejś dyscypliny nie trenowałem.

     Pamiętam ten mój pierwszy wyścig. Biegliśmy na przełaj 3 km. Wyścig prowadził rowerzysta, a ja biegłem cały czas za nim. Jak dotarłem na metę, obejrzałem się. Za mną nie było nikogo. Pomyślałem, że pomyliłem trasę. Dopiero, gdy po chwili podbiegli koledzy, gdy zaczęli mi gratulować doszło do mnie, że wygrałem. Od tej pory rozpocząłem treningi. Oczywiście, bez trenera, bez specjalistycznego sprzętu. Ale miałem zapał. Wytrwałość

     Kariera sportowa podobna jest do szkolnej. Najpierw trzeba uczyć się w podstawówce, potem w średniej i w końcu na studiach.

     Dochodzenie do wielkich wyników trwa sporo lat. Mistrzem Europy zostałem po 9 latach treningu, złoty medal olimpijski zdobyłem po 11 latach. Wielu młodych ludzi przychodząc do sportu chciałoby od razu osiągnąć wielkie wyniki i sukcesy. A przecież cierpliwość to jedna z najważniejszych cech w sporcie.

     Igrzyska

     Na olimpiadę miałem jechać już w 1952 r. do Helsinek. Jednak ówczesne władze mi nie pozwoliły. Byłem zdumiony. Okazało się, że mam niewłaściwe pochodzenie. Mój ojciec był przed wojną urzędnikiem, więc w formularzach wpisywałem zawsze w rubryce pochodzenie: inteligencja pracująca.

     To nie pasowało wtedy do wizerunku kraju robotniczo-chłopskiego.

     W 1956 r. zmienił się klimat polityczny i na olimpiadę do Melbourne pojechałem bez problemu. Podróż była taka, że tylko wnukom opowiadać: cztery dni i trzy noce. Zobaczyłem Karacci, Bangkog, całą Australię.

     Igrzyska w Melbourne były dla mnie najpiękniejsze i najdramatyczniejsze zarazem. - Piękne bo zobaczyłem inny kontynent, doświadczyłem gościnności Polonii. Piękny był też czas spędzony razem z olimpijczykami z innych krajów w wiosce olimpijskiej. - Najdramatyczniejsze, bo na 10 km zająłem najgorsze dla sportowca miejsce: czwarte. Najlepsze z tych, którzy nie dostają medalu. Poza tym wcześniej pogryzł mnie pies, a w biegu finałowym zawodnik ZSRR przebił mi, przez przypadek, stopę kolcem od buta.

     Stratowałem wtedy jeszcze w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. W eliminacjach znów miałem pecha. Amerykanin mnie pchnął i przewróciłem się na bieżnię ze szkliwa. Miałem pościerane ręce i nogi. Mimo tego upadku awansowałem do finału. Jednak w czasie, gdy moi rywale walczyli o medale, ja majaczyłem w łóżku - dostałem zastrzyk przeciwtężcowy, bo wdało się zakażenie.

     Olimpiada w Rzymie już nie była dla mnie tak piękna, mimo iż tu zdobyłem złoty medal. Nie mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej. Samoloty przywoziły nas tuż przed startem i od razu po nim zabierały. Można więc powiedzieć, że byłem w Rzymie i Rzymu nie widziałem. Poza tym od samego początku czułem napięcie psychiczne. Byłem rekordzistą świata i mistrzem Europy, wszyscy więc na mnie liczyli. Medal inny niż złoty poczytany byłby za porażkę. Do tego dochodziły jeszcze upały, które dla biegaczy długodystansowych są bardzo uciążliwe.

     Wzór

     Moim idolem był Zatopek. Czeski biegacz długodystansowy. Wielokrotny złoty medalista olimpijski. Nazywany był, "czeską lokomotywą". Cenię go za szlachetność, dobroć i zdolności. Najbardziej podobało mi się w nim, że przy znakomitych wynikach nigdy nie był zarozumiały. Zawsze był dostępny dla rodziny i kolegów. Próbowałem go naśladować. Ale nie jako sportowca w treningu, ale jako człowieka w jego kulturze, sprawach życia, zachowaniu.

     Za moich czasów sport był przygodą. Zaraz po wojnie chcieliśmy udowodnić światu, że my Polacy też możemy być najlepsi na świecie. Współzawodnictwo było wtedy bardzo czyste i może dlatego bardziej pasjonujące.

Notował: Michał Kiedrowski

Mały Apostoł, 97


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej