Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Ubóstwo Caravaggia

     Kto oglądał głośny i skandalizujący film Dereka Jarmana "Caravaggio" (1985) i czerpie jedynie z niego wiadomości o życiu Michelangelo Merisi (gdyż takie jest prawdziwe nazwisko artysty urodzonego w niewielkim lombardzkim miasteczku Caravaggio), zapewne jest zdziwiony, że tego kontrowersyjnego twórcę już po raz drugi umieszczam w cyklu "obrazy wiary".

     Filmowa biografia artysty została podporządkowana przez reżysera sugestii o jego rzekomym homoseksualizmie i ateizmie. Derek Jarman wykreował filmowego Caravaggia na wolnomyśliciela, walczącego z ograniczeniami moralnymi i religijnymi, doprowadzającymi go w końcu nie tylko do morderstwa w imię miłości, ale i sugestywnego odrzucenia krzyża na łożu śmierci. Na szczęście filmowe tezy nie mają żadnego potwierdzenia w biografii artysty. Są to raczej projektowane na życiorys Caravaggia problemy współczesności i samego twórcy filmu, czego zresztą Jarman nie ukrywa, łącząc w scenografii realia historyczne przełomu XVI i XVII wieku z elementami charakterystycznymi dla naszych czasów (maszyna do pisania, samochód).

     Nie przeczę, że Caravaggio posiadał trudny charakter, nawet bardzo trudną osobowość. Jeśli możemy mówić o ubóstwie w duchu kalasantyńskim, to musimy powiedzieć, że ubogim jest nie tylko ten, kto posiada skromne zasoby materialne, ale i ten, któremu brakuje normalnego środowiska rodzinnego a także ten, kto zupełnie sobie nie radzi z samym sobą, popadając ciągle w konflikt ze społeczeństwem. Myślę, że Caravaggio mógłby uchodzić za znakomity przykład tak pojętego ubóstwa.

     Gdybyśmy chcieli scharakteryzować Caravaggia jako człowieka, to nieustannie musielibyśmy używać następujących epitetów: nałogowo agresywny, patologicznie kłótliwy, mściwy, porywczy zabijaka a nawet morderca. Bez ulicznej bądź karczemnej bójki czuł się jak ryba bez wody. Ci, którzy osobiście znali Caravaggia, pisali o nim: to mieszanka bzika i tęgiej głowy. Może pracować dwa tygodnie bez przerwy, ale potem na miesiąc lub dwa rusza na włóczęgę w towarzystwie służącego i ze szpadą u boku, szukając wyłącznie rozrywki, zawsze gotów stanąć do pojedynku i skory do bitki... Nic więc dziwnego, że sądy i cele więzienne były jego codziennością. Właściwie ciągle był ścigany przez prawo, w ciągu jednego roku odnotowano jego pięciokrotny pobyt w więzieniu, a nie wiemy, ile razy w tym czasie udawało mu się uciec lub ile razy brakowało świadków, aby sąd mógł go skazać. Pod koniec życia Caravaggio został skazany dwukrotnie na karę śmierci, za każdym razem ratował się brawurową ucieczką. Aż trudno uwierzyć, że jego postępowanie było wynikiem złej woli.

     Każdy, kto z uwagą śledzi biografię Caravaggia, wcześniej czy później stawia sobie pytanie: na ile Michelagelo był ofiarą swej natury, a na ile okoliczności urodzenia i wychowania. Wszak narodził się w miejscowości, którą jemu współcześni nazywali krainą granic, złodziei i morderców. Od dzieciństwa wychowywał się bez ojca. Choć szlacheckiego pochodzenia, jednak w pewnym sensie, był dzieckiem ulicy.

     Przybywszy do Rzymu, trafił na arystokratyczne salony, prowadzany był przed oblicze papieża a nawet otrzymał nieoczekiwaną godność kawalera maltańskiego. Był tam mile widziany, pomimo paskudnego charakterku, który czynił z Caravaggia częstego bywalca biura policji rzymskiej.

     Caravaggio ze swym prostym, w początkach prawie "prymitywnym" malarstwem, znalazł uznanie w oczach arystokratycznych znawców i miłośników sztuki w kardynalskich purpurach. I nie tylko. Podziwiało go również wielu artystów, tak, że - jak pisze Bellori - malarze, którzy byli wówczas w Rzymie, podbici nowością, a szczególnie młodzi, gromadzili się wokół niego i sławili go jako jedynego imitatora natury; podziwiając jak jakie cuda jego dzieła - prześcigali się w naśladowaniu Caravaggia.

     Jako człowiek Caravaggio nie może wzbudzać sympatii. Jednak bez wątpienia był niezwykłym artystą, o dużej wrażliwości. "Szekspirem pędzla", wnikliwym obserwatorem, którego sztuce trudno się oprzeć. Nic więc dziwnego, że jemu współcześni nazywali go uomo fantastico e bestiale (człowiekiem fantastycznym i bestią).

     Caravaggio w swojej twórczości był krytyczny wobec siebie. Dostrzegał dwoistość swojej natury, malując siebie pod postacią Narcyza, którego odbicie ma miłą powierzchowność, a naprawdę jest potworem, doprowadzającym do samozagłady. Przedstawia siebie jako chorego i lubieżnego Bachusa. Własne rysy nadaje także głowie Meduzy, otoczonej jadowitymi wężami, ze wzrokiem zdolnym zabić. Caravaggio nigdy nie przedstawił siebie jako świętego, nawet wtedy, gdy po skazaniu na śmierć, prześladowała go wizja własnej odciętej głowy. Nie przedstawił swoich rysów w odciętej głowie Jana Chrzciciela, ale w odciętej głowie Goliata przypominającej pysk bestii pragnącej przegryźć czyjeś gardło.

     Caravaggio na pewno nie był megalomanem, a w jego autokrytycyzmie możemy dostrzec rozpaczliwe próby wyzwolenia się ze swej natury i szukania oparcia w religii. O tym zdaje się mówić, przechowywany dziś w Irlandii, nokturn Pojmanie Jezusa z ukrytym autoportretem artysty. Ukazał tu siebie jako młodzieńca z latarnią, usiłującego oświetlić scenę zdrady Judasza, który wyłania się z mroku i składa pocałunek na twarzy Jezusa. Jak sugeruje jeden z badaczy twórczości Caravaggia, artysta chciał koniecznie uczestniczyć osobiście w tej scenie; on, syn ciemności, tak rozpaczliwie łaknący Światła!

     Derek Jarman bardzo się pomylił, ukazuj ąc w filmie scenę odrzucenia krzyża przez Caravaggia na łożu śmierci. Caravaggio był łotrem, ale nie bezbożnikiem.

     Gdyby tak było, nie tylko nie zechciałby zostać członkiem zakonu joannitów, przestrzegającym reguły św. Augustyna, ale i nie uwzględniono by jego kandydatury. Przyjęcie w poczet kawalerów maltańskich odbywało się bowiem po wnikliwej obserwacji i stwierdzeniu autentycznej pobożności. Dlatego Caravaggio musiał być wówczas przynajmniej praktykującym katolikiem. Miał wówczas 37 lat, ale było to zaledwie dwa lata przed jego tajemniczą śmiercią. Czy był pobożny także wcześniej, zwłaszcza w rzymskim okresie, kiedy przede wszystkim dał się poznać jako "praktykujący łobuz", dokładnie nie wiemy. Jedno z drugim wydaje się wykluczać. Jednak wcale nie znaczy to, że był człowiekiem bezbożnym. Niektórzy badacze Caravaggia sugerują, iż malarz należał do religijnego ruchu rzymskich pauperystów (ruchu "ubogich", którego duchowym przywódcą był św. Filip Neri). Nie jest więc wykluczone, że znane z opisów niedbalstwo w ubiorze, jedzenie posiłków na odwrocie jakiegoś starego portretu, mogło być nie tylko dziwactwem Caravaggia, ale ze względów religijnych zamierzonym lekceważeniem dóbr materialnych i pewnym sposobem umartwienia. Czy kierowały malarzem tego typu pobudki religijne, nie wiemy z całą pewnością, ale na podstawie jego obrazów wiemy, że taka religijność mu odpowiadała.

     Może dlatego autentyczną i prostą pobożność wyczuwa się gdy zagłębiamy się w twórczość Caravaggia. Jego przedstawienie Powołania św. Mateusza, Złożenia do grobu, Wieczerzy w Emaus i Niewiernego Tomasza przeniknięte jest nie tylko duchem humanitaryzmu i wrażliwością na cierpienie, ale także prawdziwą pobożnością.

     Kiedy się patrzy na jego obrazy, widać jak bardzo mylił się Michał Anioł Buonarroti mówiąc, że aby odtworzyć obraz Pana naszego, nie wystarczy być dobrym malarzem, nadto trzeba prowadzić życie niepokalane, tak święte, jak tylko możliwe, ażeby Duch Święty natchnął nas do pojęcia Jezusa Chrystusa.

     Prawy charakter i geniusz twórczy nie połączyły się ze sobą w osobie Michelangelo Merisi, jak to miało miejsce w osobie Michelangelo Buonarrotiego. W tym przypadku bardziej przewidujący okazał się św. Tomasz z Akwinu, który już w średniowieczu pisał, że sztuka nie wymaga, by artysta dobrze postępował, lecz by jedynie tworzył dobre dzieła. Podobnie uważał Oscar Wilde, kiedy mówił Zbrodnia i kultura wzajemnie się nie wykluczają. Cnoty domowe nie stanowią fundamentu sztuk, aczkolwiek mogą być doskonalą bazą dla artystów drugorzędnych. Potwierdza to pewna anegdota, związana z twórczością XIX-wiecznego polskiego malarza obrazów religijnych Jana Styki, który wzorem malarzy ikon swe obrazy malował na klęczkach. Podczas malowania Zbawiciela miał mu się ukazać Chrystus ze słowami: Janie, ty Mnie nie maluj na kolanach, ale ty Mnie maluj dobrze!

     Nie na kolanach - ale naprawdę dobrze i nadzwyczaj nowatorsko malował swe obrazy religijne Caravaggio. Jest rzeczą niepojętą, jak człowiek o takiej biografii mógł przedstawić świętą historię z taką niesłychaną siłą. Kto wie jednak czy ten typ temperamentu, brak skrupułów i prymitywna prostota nie były pomocne do spełnienia roli, jaką Caravaggio spełnił w odnowie religijnego malarstwa. Aby to zrozumieć wystarczy porównać świętych, wyniesionych ponad ziemię przez Rafaela z bohaterami obrazów Caravaggia. Nie mają oni żadnych oznak nadzwyczajności, twardo stąpają po ziemi, ich krew, łzy i cierpienie są namacalne, przeżycie wiary głębokie, bez żadnej egzaltacji.

     Jego św. Maria Magdalena rzeczywiście przypomina zwyczajną rzymską dziewczynę z XVI wieku, której malarz dodał tradycyjne rekwizyty św. Magdaleny: porzucony u stóp naszyjnik z pereł, biżuterię i flakon z wonnościami.

     Dzięki tej prostocie i zwyczajności Caravaggio zawiera w tym obrazie łatwe do odczytania przesłanie chrześcijańskie. Maria Magdalena Caravaggia jest tak zwyczajna, że każdy może się z nią utożsamiać. Siedzi pogrążona w zadumie, a o jej przeżyciach wewnętrznych świadczy tylko jedna, jedyna łza, lśniąca niczym perła wśród walających się na podłodze, zbędnych już naszyjników. Maria Magdalena, tak jak i inni bohaterowie obrazów Caravaggia, to ludzie prości o rysach pospolitych wieśniaków i ubogich mieszkańców miasta. Noszą niewymyślne szaty i nie zawsze mają możliwość, by je doprowadzić do porządku. Najczęściej chodzą boso i z tego powodu mają brudne stopy i paznokcie, jak zwykli śmiertelnicy. Tak jak Maria Magdalena święci Caravaggia zazwyczaj nie mają nimbu nad głową; wszyscy oni znajdują się jeszcze po tej stronie, widzialnej i materialnej, i tę stronę artysta maluje, bo innej nie zna. Nie jest przecież świętym, nie miewa wizji, nie bywa w zaświatach. W obrazach Caravaggia nie ma nadzwyczajności, ale jest piękno, intelekt, wyobraźnia i silne emocje. On bowiem jak nikt inny zna ludzkie słabości i emocje, które wszędzie się ujawniają. Maluje więc ludzkie zdumienie w twarzach i gestach uczniów, rozpoznających Chrystusa na wieczerzy w Emaus, św. Tomasza z pomarszczonym ze zdumienia czołem, wciskającego brudny palec w niewygojony bok Chrystusa o wiele za głęboko, aż Pan musi go przyhamować. Apostoł jest dociekliwy i nie dowierza jak malarz, który tę scenę ukazuje. Maluje lęk, wydobywający krzyk z gardła, jak u chłopca w scenie Męczeństwa św. Mateusza czy strach, dławiący i wysadzający oczy z orbit, jak u staruszek towarzyszących egzekucji Holofernesa lub św. Jana Chrzciciela.

     Nie tylko świętych przedstawiał jako ludzi prostych i ubogich. Także postać Jezusa i Marii jest pozbawiona charakterystycznej dla tamtych czasów idealizacji. Twarz Chrystusa w Wieczerzy w Emaus wciąż szokuje swoim pospolitym ujęciem. Podobnie Madonna Loretańska i Maria ze sceny Śmierci Madonny pełne są ewangelicznej prostoty. Dla nas dzisiaj to żadne odkrycie, że Syn Boży i Jego Matka, tutaj na ziemi, byli ubogimi i pokornymi ludźmi. Dlatego pokorni i ubodzy mają przy Nich uprzywilejowane miejsce. Nie tak jednak było w czasach Caravaggia. Kiedy Caravaggio w pobliżu Madonny Loretańskiej zamiast wysoko urodzonych, jak to mieli w zwyczaju twórcy jemu współcześni, umieszcza dwoje prostych ludzi, klęczących i składając spracowane dłonie przed Madonną, rozpętała się wokół tego obrazu prawdziwa burza.

     Już samo ujęcie Madonny - prostej dziewczyny, pozbawionej manierystycznej dworskiej wytworności, bosej i ubranej w podniszczoną, skromną suknię wzbudzało pewne zastrzeżenia, jednak to, że pochyla się w kierunku biedaków jak gdyby chciała im podać trzymane na ręku Dzieciątko - to było za wiele. Nawet malarz Baglione, który fascynował się malarstwem Caravaggia, był zaszokowany realizmem tych postaci i uważa je za niegodne umieszczenia w scenie tego rodzaju. Z niesmakiem pisał: ci niedomyci i ubrani w łachmany pielgrzymi klęczący przed Matką Boską mają w sobie coś z obyczajów samego twórcy obrazu. Inni byli jeszcze bardziej surowi w ocenie dzieła. Wszystkie ich zarzuty obracały się przeciwko przedstawieniu prawdziwej biedy dotykającej postacie z obrazu. Wtedy bowiem ludzie szanowali tych, którzy mieszkali w pałacach, jeździli powozami i nosili bogate stroje. A na obrazie przeznaczonym do kościoła, do którego idąc nawet ci nieposiadający niczego, starali się wymyć, pożyczyć buty i pocerować ubranie, widzimy bosych, brudnych i zwyczajnych staruchów... Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, przekorny artysta ustawił ich kornie klęczących u progu Domku Loretańskiego przed Madonną i Dzieciątkiem, ale za to tyłem, ukazując wypięte, mało wdzięczne części anatomii i brudne, zdrożone stopy tym, którzy z kolei w kościele przyklękną przed ołtarzem, by także westchnąć do Madonny.

     A jednak pomimo tych zastrzeżeń obraz ma w sobie prawdziwego ducha wiary i to zapewne spowodowało, że kapłani, sprawujący pieczę nad kościołem św. Augustyna, zawiesili go w 1605 r . Odtąd niezmiennie (mimo początkowego sprzeciwu ze strony wiernych, zgorszonych pewną wulgarnością pozy pielgrzymów) znajduje się na wprost wejścia do kościoła. Wciąż zachęca wiernych, jak żaden z innych obrazów tam wiszących, do uklęknięcia i oddania hołdu Bogu, który stał się ubogą Dzieciną i Jego Matce, prostej i bosej kobiecie z ludu. Zachęca wszystkich, tych odpowiednio przybranych, umiejących się wysławiać i właściwie kłaniać, ale i tych, którym się zdaje, że Bóg stroni od takich jak oni. Nie są bowiem aniołkami, otoczonymi girlandami, mają czasem brudne ręce, "niewyparzony język", a do kościoła św. Augustyna przyszli jedynie zobaczyć słynny obraz. Jeśli zatrzymają się przy nim dłużej, być może odkryją, że i oni mają uprzywilejowany dostęp do Bożego Domu, jak owi nieodpowiednio przyodziani i brudni pielgrzymi do Domu Loretańskiego.

     Niezgrabność postawy i nieodpowiedni strój nie ma dla Boga znaczenia. Przecież pierwszymi gośćmi Jezusa w Betlejem, byli ubodzy pasterze, prości, niewykształceni, zapewne nie bez wad i grzechów, przypominający tych z obrazu "Pokłonu pasterzy", namalowanego w roku śmierci malarza.

     Caravaggio niepozbawiony własnych problemów, bezradny wobec porywczej natury, na swój sposób biedny, w czasach przesadnej egzaltacji i manierystycznej przesady odkrył prostotę i ubóstwo i tak przedstawiał postacie swoich religijnych obrazów. Miał do nich emocjonalny stosunek, utożsamiał się z nimi, czuł się jak żebrak, który roztrwonił życie. W końcu postanawia prosić o przebaczenie Papieża, dociera nawet do granic Państwa Papieskiego, nie było mu jednak dane stanąć przed obliczem Jezusowego Namiestnika, mając zaledwie 39 lat stanął przed obliczem Najwyższego. Czy Bóg przyjął Caravaggia do swego Królestwa, pomimo całego ubóstwa jego charakteru, nie wiemy. Wiemy jednak, że Bóg nie zapomina o żadnym dobru, a przecież obrazy ojca malarstwa barokowego do dziś poruszają i wielu nakłaniają do autentyzmu wiary.

o. Eugeniusz Grzywacz SP
eSPe, nr 58


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ] 
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej