Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Walka z duchową depresją

     Jest w sumie osiem głównych [złych] myśli, do których sprowadza się każda [grzeszna] myśl. Pierwsza jest myśl o obżarstwie, a po niej - o nieczystości. Trzecia jest [namową do] chciwości, czwarta - smutku, piąta - gniewu, szósta - acedii, siódma - próżnej chwały, ósma - pychy. Czy owe myśli dręczą naszą duszę, czy nie, to nie zależy od nas. Ale czy trwają, czy nie, czy wzniecają, czy też nie wzniecają namiętności, to zależy od nas (Pr. 6).

     Jest sprawą naturalną, że męczą nas rozmaite myśli, uczucia, pragnienia, lęki, złość i gniew. Natomiast od nas samych zależy, czy te przychodzące do nas logismoi zadomowią się w nas , czy je dopuścimy do serca i czy będą miały wpływ na nasze życie, a to zależy od tego, co z nimi zrobimy.

     Pierwszym podstawowym zadaniem jest zrozumienie złych myśli jako czegoś, co na nas przychodzi, jednak nie jest nasze, dopóki tego za swoje nie przyjmiemy. Najczęściej owe myśli odsłaniają brak uporządkowania w naszym sercu, niemniej one same są czymś obcym. Ewagriusz nazywa je zamiennie myślami lub demonami, co wskazuje na kogoś, kto nam podsuwa owe logismoi. Niestety mówienie dzisiaj o demonach czy o szatanie wywołuje u wielu uśmieszek i kpinę.

     Warto sobie uświadomić, że pojęcie demona czy szatana nie jest mniej naukowe niż wiele innych pojęć. Jeżeli weźmiemy najbardziej naukową dziedzinę, jaką jest fizyka, to istnieją w niej takie pojęcia, jak np. punkt materialny, któremu przecież nie ma odpowiednika w rzeczywistości. Nikomu jednak w związku z tym nie przyszło do głowy, by uważać te pojęcia za nienaukowe. Podobnie inne pojęcia abstrakcyjne tworzone są w nauce w tym celu, aby pomagały nam zrozumieć rzeczywistość. Jeżeli zatem nawet ktoś nie wierzy w istnienie szatana, to nie może podważać sensowności użycia tego pojęcia niezależnie od jego istnienia. Mógłby to zrobić jedynie, wskazując na brak sensu tego pojęcia, co by znaczyło, że nie pomaga ono w zrozumieniu ludzkiego doświadczenia. Natomiast zarówno pojęcie szatana, jak i demonów pomagają nam zrozumieć coś, czego w rzeczywistości doświadczamy w dziedzinie myśli, uczuć i wyobrażeń, czyli logismoi, które na nas przychodzą. Nie mamy nad nimi władzy i doświadczamy ich jako nam narzucanych. Ponadto wewnętrznie prowadzimy swoisty spór z "kimś", kto nam podsuwa owe myśli, i albo odrzucamy "jego" podszepty, albo je przyjmujemy i tłumaczymy sobie, że to jest dobre. Pojęcie demonów, o których Ewagriusz pisze, że są bardziej złośliwe, niż potrafi być jakikolwiek człowiek, bardzo dobrze oddaje to powszechne doświadczenie. Ono nawet o wiele lepiej i prościej wyjaśnia cały mechanizm niż psychoanalityczne teorie, którym przecież bardzo daleko do ścisłej naukowości. Jeżeli ktoś się śmieje z pojęcia szatana czy demonów, to znaczy, że nie uświadomił sobie jeszcze działających w nim mechanizmów, których nie potrafi kontrolować.

     Acedia jest doświadczeniem duchowym ogarniającym całą duszę i z tej racji żadne cząstkowe pociechy nic nie są w stanie pomóc. Najczęściej jednak uparcie oczekujemy pocieszenia lub potwierdzenia siebie i swoich racji u innych oraz rady według naszego wyobrażenia. Gdy ich nie dostajemy, odcinamy się od przyjaciół i bliskich i przerzucamy na nich odpowiedzialność za swoje niepowodzenia i cierpienie. Winnym także bywa władza lub miejsce i sytuacja zewnętrzna, które nie pozwalają nam realizować siebie w pełni. Taka reakcja jednak jedynie pogłębia chorobę i związany z nią ból. Gabriel Bunge pisze:

     Ludzie ci nie pojmują, że tkwią w samym centrum szczególnie trudnej walki z samym sobą i że ich przeciwnikiem nie jest żadna instytucja, żaden ślub ani też współmałżonek, koledzy w pracy czy też co innego, lecz własne zranione "ja", skutek zakochania się w samym sobie, w którym Ewagriusz widzi korzenie wszystkich ośmiu "sprawczych myśli". W takiej sytuacji wszelkie pociechy nie tylko nic nie dają, ale jeszcze pogrążają człowieka, gdyż stwarzają złudzenie poprawy, jak po przyjęciu środka przeciwbólowego w czasie choroby. Pociechy jedynie oddalają konfrontację z rzeczywistością. Prawdziwym lekarstwem w takiej sytuacji jest wytrwanie i akceptacja siebie i swojej sytuacji w otwartości i w świetle prawdy. Wytrwałość oznacza tutaj praktyczne odrzucenie złudnych nadziei i otwarcie na nadzieję rzeczywistą.

     Wytrwałość jest zagładą acedii,
     wykorzenieniem złych myśli,
     stale pamięta o śmierci,
     jest ćwiczeniem się w niesieniu krzyża,
     bojaźnią [Bożą] tak mocno osadzoną niczym wbity gwóźdź,
     złotem wystawionym na uderzenia,
     uwolnieniem od ucisku prawa,
     księgą dziękczynień, pancerzem wyciszenia,
     orężem trudów;
     zaangażowaniem w dzieła szlachetne,
     potwierdzeniem cnót (De vitiis 4).

     Jeżeli rozumiemy mechanizm przychodzących do nas myśli i jednocześnie acedyczną naturę naszego niezaspokojonego pragnienia, nasz wewnętrzny wysiłek musi się koncentrować wpierw na tym, co Biblia nazywa czystością lub prostotą serca. Tylko takim sercem potrafimy rozpoznać prawdziwe dobro i pożądać go. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8). Kiedy inne pożądania biorą górę w naszym sercu, tracimy prawdziwe rozeznanie i pojawiają się w nas niepokój i fałszywe dążenia, które nie są w stanie nas zaspokoić w naszym istnieniu. I znowu pierwszą sprawą jest świadomość, że nasze życie może się zrealizować jedynie w więzi osobowej z Bogiem i przez Niego z innymi. Mówi o tym klasyczny już dzisiaj tekst Drugiego Soboru Watykańskiego:

     Człowiek jest jedyną istotą, którą Bóg stworzył dla niej samej, i człowiek może się zrealizować w pełni tylko przez szczery dar z siebie (KDK 24). Czystości serca nie można sprowadzić do braku grzechu. Każdy z nas bowiem zgrzeszył i nawet koncentrując się na tym, by nie grzeszyć, może popaść w największy grzech - oschłość serca, brak miłości. Dlatego w swoim dążeniu do czystości serca nie możemy koncentrować się jedynie na tym, by za wszelką cenę nie popełnić błędu, a tym bardziej moralnego grzechu, ale na tym, żeby nasze serce stało się otwarte na spotkanie z drugim, aby było pełne miłości na wzór miłości Chrystusa do nas, czyli miłości bezwarunkowej, szczerej i wyrażającej się konkretną postawą wobec innych.

    Nie jesteśmy w stanie o własnych siłach osiągnąć pełni miłości, bo ona wyraża pełnię Bożego życia. Zaliczamy ją w związku z tym do cnót teologalnych, czyli do takich, które osiągamy przez udział w komunii z Bogiem. Stają się one naszym udziałem jedynie dzięki łasce. Natomiast sami możemy naśladować miłość Chrystusa w spotkaniu z innymi, czyli dbać o właściwą postawę wobec nich i nasze postępowanie, czyli dbać o to, co należy do zakresu cnót moralnych. Kiedy Pan Jezus mówi o nadchodzącym Sądzie Ostatecznym, podaje bardzo wyraźnie właściwie jedno kryterium wejścia do Jego królestwa: miłość poprzez konkretny gest miłosierdzia okazany drugiemu człowiekowi. W Ewangelii według św. Mateusza mówi nawet:

     Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Serce czyste, to serce wrażliwe na drugiego. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy:

     Od strony pozytywnej walka przeciw naszemu zaborczemu i władczemu "ja" polega na czuwaniu, na prostocie serca. Gdy Jezus kładzie nacisk na potrzebę czuwania, chodzi zawsze o czuwanie w odniesieniu do Niego, do Jego Przyjścia w dniu ostatecznym i każdego dnia: "dzisiaj". Oblubieniec przychodzi pośród nocy; światłem, które nie powinno zgasnąć, jest światło wiary: "O Tobie mówi moje serce: "Szukaj Jego oblicza" (Ps 27,8) (KKK 2730).

     Bardzo ważne jest zrozumienie, że czuwanie oznacza oczekiwanie na kogoś, a nie na coś. Zawiera się w nim otwartość na spotkanie, w którym otwiera się prawdziwa przestrzeń życia. Zatem musi ono być przytomne, świadome pojawiającego się wezwania czy zaproszenia.

     Zauważmy, że acedia zasadniczo wynika z braku żywej relacji z Bogiem i drugim człowiekiem i szukania dla siebie realizacji w świecie przedmiotowym. Jest ona zatem chorobą, a właściwie stanem "starego człowieka" w nas. Wynika z grzechu pierworodnego. Dlatego konfrontacja z acedią jest nieunikniona dla każdego. Gdybyśmy nie odczuwali całego zła acedii, moglibyśmy uważać, że wszystko jest w porządku, że jesteśmy takimi, jak na to wskazuje stan "starego człowieka" w nas. Dzięki cierpieniu widzimy jednak, że jest inaczej, że ten stan nie jest naturalny, ale jest chorobą, którą trzeba uleczyć. Zasadniczym cierpieniem acedycznym jest brak pełni życia, czyli właściwie miłości. Stworzeni na obraz i podobieństwo Boga możemy zrealizować się w pełni jedynie we wzajemnej więzi miłości. Kiedy wpadamy w sidła acedii, blokuje nas ona na żywą relację osobową. Powoduje nasze odosobnienie, wyizolowanie naszego "ja", które nie potrafi odnaleźć się w otaczającym świecie i nic nie jest w stanie go zaspokoić. Przypomina się Koheletowe:

     Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami - wszystko marność... nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,2.9).

     Refleksje Koheleta można by przyjąć jako myśli filozofa opanowanego acedią, który stara się ją pokonać wszelkimi możliwymi środkami, jakie znajdują się w zasięgu człowieka światowego, czyli w istocie "starego człowieka", jak go nazywa św. Paweł, człowieka, który nie odkrył nowości życia w spotkaniu. Człowiek Koheleta nawet wierzy w Boga, uważa, że trzeba Go czcić i zachowywać Jego przykazania, jednak nie doświadczył spotkania z Nim. Stara się on panować nad wszystkim, wszystko wiedzieć i samemu zaspokajać swoje potrzeby według własnego upodobania. Spotkanie z innym wymaga rezygnacji z panowania i pełnej wiedzy o wszystkim. Jednocześnie pojawia się nieprzewidywalne wezwanie z jego strony, które wyrywa egocentryczne "ja" ze spokojnego bycia w sobie. Żywe spotkanie, osobowa więź niwelują acedię. Owo spotkanie wymaga otwarcia się naszego "ja", innego sposobu bycia w świecie. Acedia wpierw, i w sposób szczególny, uderza w żywą więź z Bogiem, dlatego najbardziej przeszkadza w modlitwie, co omówiliśmy bliżej w poprzednim rozdziale. Warto jednak przytoczyć jeszcze jedną wypowiedź Ewagriusza. Pisze on:

     Duch acedii odpędza łzy, zaś duch smutku przeszkadza modlitwie (Ad mon. 56).

     Wspomniane łzy to modlitwa łez, która pojawia się, gdy wobec ogromu Bożego miłosierdzia, jakiego doznajemy, uświadamiamy sobie, że On przebacza nam naszą niegodziwość. Są one łzami skruchy i jednocześnie niewymownej radości i wdzięczności.

     Ojcowie zalecali mnichom codziennie oddawać się modlitwie łez, a szczególnie w nocy. Ewagriusz radzi:

     Wylewanie łez… jest wielkim lekarstwem na nocne widzenia powstające z powodu zniechęcenia. To lekarstwo również prorok Dawid mądrze stosował na swoje cierpienia, mówiąc: Zmęczyłem się moim jękiem, płaczem obmywam co noc moje łoże, posłanie me skrapiam łzami (Ps 6,7) (Antirrh. VI,10).

     Ta modlitwa w sposób szczególny wyrasta z żywej relacji z Bogiem i oczyszcza serce. Jest ona konieczna w naszym życiu, bo "łaską jesteśmy zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od nas, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił" (por. Ef 2,8n). Taką świadomość uzyskujemy przez doświadczenie własnej niewystarczalności i niemocy osiągnięcia pełni życia bez Bożej łaski. Jest to nauka pokory, dzięki której dopiero może nastąpić prawdziwe otwarcie serca. Tę szkołę pokory musiał przejść także sam Pan Jezus, który przecież nie był obciążony grzechem. Autor Listu do Hebrajczyków pisze o Nim:

     Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga kapłanem na wzór Melchizedeka (Hbr 5,7-10).

     Tym bardziej w naszym życiu do prawdziwego postępu duchowego potrzebne jest zmaganie się z trudnościami. Ewagriusz pisze na ten temat:

     Jak niemożliwym jest uwieńczenie zawodnika, który nie stanął do walki, tak nie można stać się chrześcijaninem bez stoczenia wielu walk (Mon. (8).

     Podobnie mówią inni Ojcowie Pustyni. Znane jest powiedzenie Abba Antoniego z apoftegmatu:

     Nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nie wypróbowany. Zabierz pokusy, a nikt nie będzie zbawiony (1 Apo 5).

     Okazuje się, że acedia, podobnie jak inne pokusy, odgrywa w naszym życiu pozytywną rolę, jeśli umiemy ją pokonać. Ewagriusz ośmiela się nawet napisać: Kto unika próby, która przynosi pomoc, ucieka od życia wiecznego.

     Kto nie potrafi wytrzymać ucisku [powstałego] z powodu Pana, nie ujrzy komnaty weselnej Chrystusa (Mon. 17 i 18).


Włodzimierz Zatorski OSB,
Acedia dziś, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC


   

Wasze komentarze:
 Ewa: 27.04.2009, 16:46
 Ks. Janie dziękuję za te słowa . Szczęść Boże !
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej