Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Pustelnia na weekend

     By zatrzymać się w biegu, naładować duchowe akumulatory i nie poddać się beznadziei nie trzeba jechać na długi urlop czy zamknięte rekolekcje. Czasem wystarczy kilka dni ciszy.

     "Salus per silentium", czyli zdrowie przez ciszę - tę łacińską sentencję przypomina, reklamując swoje usługi, "Pustelnia Złotego Lasu" - Relaksacyjno-Kontemplacyjne Centrum Terapeutyczne w Rytwianach. Ten powstały w ramach rewitalizacji XVII-wiecznego, pokamedulskiego klasztoru ośrodek proponuje wszystkim, którzy do niego przybędą, wypoczynek oparty nie na wygodach i licznych atrakcjach, ale trzech podstawowych filarach: milczeniu, kontemplacji i samotności. Czy prowadzący "Pustelnię" ryzykują brak chętnych do przyjazdu? Bynajmniej! Jest to nawet całkiem dochodowy interes. Okazuje się bowiem, że potrzeba ciszy i skupienia jest dziś signum temporis. Jest tym, czego poszukujemy dziś najchętniej - jeśli chcemy naprawdę odpocząć i dojść do ładu z samym sobą. Tak zresztą było zawsze. Zabiegani i bezbronni wobec rozgrywających się wokół nas wydarzeń coraz częściej zamiast udać się z rodziną na superwakacje w nadmorskim kurorcie, zamykamy się w ciszy klasztornej celi. "Pustelnia Złotego Lasu" swoją renomę zyskała dzięki prowadzeniu terapii dla osób zagrożonych skutkami cywilizacji: pracoholizmem, zakupoholizmem czy siecioholizmem. Jest to jednak tylko przykład kilkudziesięciu w Polsce miejsc proponujących nam dziś już nie tyle tradycyjne rekolekcje zamknięte ("Idziemy", nr 27/43 z 2.07.2006 r.), co różnorodne formy - jakbyśmy dziś powiedzieli - duchowego spa, odnowy czy fitnessu. Choć oparte na od wieków sprawdzonych zasadach, z których najważniejszą jest właśnie "salus per silentium", nie muszą mieć określonych ram czasowych czy formalnych. Opierają się na całkowitej wolności, są indywidualnie dostosowane do potrzeb konkretnego człowieka, a co najważniejsze - nadają się jak ulał do rozwiązywania naszych problemów. I to niezależnie od sytuacji, w której jesteśmy," niezależnie od wieku, temperamentu czy stosunku do Boga.

     ZROZUMIEĆ

     - To było bardzo szybko po pogrzebie. Tyniec odkryła dla mnie siostra Wojtka, która szukała dla mnie ratunku - mówi Jola, wdowa po zmarłym nagle na jej rękach, w lipcu 2008 r., znanym dziennikarzu sportowym. - Uciekając przed samotnością trafiłam w samotność, więc na początku było bardzo ciężko. Tym bardziej, że zawsze byłam trochę powadzona z Bogiem, a teraz jeszcze miałam pretensje do Wojtka, że mnie tak zostawił. Nikt mnie o nic nie pytał, niczego nie chciał. Nie było żadnych rozmów o tym, czego nie wolno używać, czego nie robić. Rozkład dnia wisiał na ścianie, żebym wiedziała o propozycjach, ale oprócz posiłków nie było dla mnie żadnego planu. Mnisia cela: łóżko, szafa, stół, krzesło, umywalka. Piękne miejsce z pięknym widokiem. Ludzie - przedziwna mieszanka. Nawet tacy, którzy swoją samotność dzielili z muzyką metalową w słuchawkach na uszach. Spacerować można wszędzie. Czasu, aby być ze sobą, mnóstwo. Poszłam do kościoła na kompletę. Potem było podsumowanie dnia. Wtedy odkryłam, że nigdy takiego podsumowania nie zrobiłam. Nie wiedziałam, co podsumować - relacjonuje Jola.

     - Następnego dnia obudziła mnie jutrznia. Poszłam porozmawiać ze swoim "przewodnikiem". To było niesamowite spotkanie. Ani przez sekundę nie rozmawiał ze mną o tym, czy wierzę w Boga. Do niczego mnie nie nakłaniał ani nie przekonywał. To była długa rozmowa na poziomie filozofii chrześcijańskiej, m.in. o Hiobie. Na koniec powiedział mi: "niech Pani wreszcie odczepi się od swojego męża. On Pani nie zostawił. On umarł". Wieczorem przyszłam do pokoju i myślę: "teraz się zapłaczę na śmierć". Jednak rano zaczęłam oddychać już "nowym" powietrzem. Trzy dni spędzone w Tyńcu to było docieranie do mnie, że Wojtek nie żyje, że muszę odtąd swój świat budować nie na tym, co było, ale na nowo. Niby nic, ale dopóki ja tego nie przyjmowałam, nie mogłam otworzyć drzwi swojego domu - kończy swoją opowieść Jola. Z Bogiem nadal nie pogodziła się, ale pierwszy raz od dwudziestu lat pobyła sama ze sobą. Mówi, że do Tyńca jeszcze wróci.

     ODPOCZĄĆ

     Zupełnie z innych powodów do Tyńca trafiła Iza - młoda i przebojowa bankowa analityk, która opactwo benedyktynów znalazła w Internecie. - Nie było konkretnych postanowień i decyzji do podjęcia, ale zmęczenie pracą, nagromadzenie różnych emocji zawodowych i osobistych. Chciałam zastopować, wyciszyć się, pozbierać myśli - tłumaczy. Ją także zdziwiło to, że nic nie było obligatoryjne. - Cisza, piękno przyrody, możliwość odpoczynku i spacery - to pozwalało z jednej strony wyciszyć się, a z drugiej nie być pod presją konkretnej formacji, programu, który trzeba zrealizować. Ale też brak narzuconego rytmu dnia i jego tempa nie był łatwy, bo wymagał samodyscypliny - wspomina. Chodziła na spacery, brała udział w modlitwach tynieckich mnichów. Lubiła posiedzieć wieczorem w ginącym w mroku kościele. Miała długą i ciepłą spowiedź u o. Leona Knabita OSB. - Dopiero później inni towarzysze mojej ciszy powiedzieli mi, jakie mnie spotkało szczęście - mówi ze śmiechem. Miała "wpadkę" - pewnego dnia znalazła się w Krakowie, ale i z tego nikt, oprócz niej samej, jej nie rozliczał. - Czy przez te kilka dni zmieniło się moje patrzenie na świat? Nie. Miałam już bardziej intensywne momenty duchowego rozwoju. Ale wspominam to jako okres, nie beztroskiego, ale spokoju i zatrzymania. Poza tym uwierzyłam na nowo, że nadzieja jest większa niż troska, i że nie powinnam się zamartwiać, stwarzać sobie sztucznych problemów, bo moje życie jest w ręku Boga - kończy.

     I NAŁADOWAĆ

     Z kolei Joanna, aktywna zawodowo matka trzech synów, która od lat przystań ciszy ma u sióstr zawierzenia (zawierzanek), swoją pustynię traktuje jako Namiot Spotkania. Ma zasadę: "Pan Jezus i Ty. I dbaj o to". Do ciszy podchodzi więc bardzo poważnie, choć i jej zdarzało się włączyć komórkę. - Zawsze przyjeżdżałam nie tyle by rozwiązać swoje problemy, odpowiedzieć na ważne pytania, ale by naładować duchowe akumulatory przez poświęcenie tego czasu tylko dla Boga, aby to On do mnie mówił. Raz tylko przyjechałam z konkretnym pytaniem "czy mam się zwolnić z pracy?", ale Bóg mi odpowiedział na wszystkie inne, okazało się, że ważniejsze pytania, tylko nie na to, z którym przyjechałam - mówi ze śmiechem. - Zawsze dostaję więcej niż oczekuję - dodaje.

     Obok znanych, jak w Tyńcu, ośrodków, gdzie przyjazd warto umówić z miesięcznym wyprzedzeniem, cichą przystań można znaleźć w bardzo wielu domach zakonnych. I nie trzeba jechać w tym celu za Kraków. Każdy z tych domów ma swoją specyfikę, niepowtarzalny klimat i nieco odmienną propozycję. Siostry karmelitanki bose z Nowych Osin k. Mińska Mazowieckiego mają dla chętnych sześć pokoi, w których można się zatrzymać na kilka dni - tak długo, jak to będzie komuś potrzebne. Na ogół wystarczy telefon lub e-mail w przeddzień przyjazdu. Jak w większości ośrodków, w Nowych Osinach ci, którzy tam się zatrzymają, dostają klucz do pokoju, posiłki, i... wielką ciszę. To zakon klauzurowy, wiec nie przewiduje się kierownictwa duchowego i rozmów z siostrami, a we wspólnej modlitwie można uczestniczyć niebezpośrednio. Jeśli jednak ktoś tego bardzo potrzebuje - może poprosić o rozmowę lub powierzyć siostrom intencję do modlitwy. Dla chętnych - jak w większości miejsc - znajdzie się także możliwość fizycznej pracy.

     Warszawskie siostry wizytki z Krakowskiego Przedmieścia przyjmowały chętnych do pozostawania w ciszy niemal od początku swojej tam bytności, czyli-od XVII w. Ze względu na klauzurę przyjmują jedynie kobiety, bo one mogą swobodnie poruszać się po terenie klasztoru. Niestety obecnie, ze względu na remonty, dysponują tylko jednym gościnnym pokojem.

     PRZEJRZEĆ DUCHOWO

     Znanym ośrodkiem podwarszawskim przyjmującym na indywidualne rekolekcje jest Dom Rekolekcyjny im. św. Pawła Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (FSK) na terenie ośrodka dla niewidomych w Laskach. Dom powstał w 1933 r. właśnie po to, by ks. Władysław Korniłowicz mógł w nim w ciszy przyjąć wszystkich chętnych do indywidualnego prowadzenia. Dom ten dziś może przyjąć 60 osób. - Organizujemy weekendowe sesje w ciszy z określonym programem, jednak przyjmujemy także - jeśli tylko pozwalają na to wolne miejsca - chętnych bez programu, którymi opiekuje się duchowo ks. Jakub Szcześniak. W ciągu tygodnia jest o wiele łatwiej o miejsce. Jeśli ktoś może wziąć urlop, by dzień lub dwa spędzić w samotności - zapraszamy - mówi odpowiedzialna za Dom Rekolekcyjny s. Anita FSK.

     Laski - jak inne domy - mają swój charyzmat. W Laskach wynika on z doświadczenia towarzyszenia ludziom cierpiącym z powodu braku wzroku. - To służba niewidomym fizycznie, ale także niewidomym na duszy. Bo każdy z nas w jakiejś przestrzeni jest osobą niewidzącą. Założycielka dzieła Lasek Matka Czacka mówiła, że najbardziej niepełnosprawny człowiek to ten, który jest ślepy duchowo - tłumaczy s. Anita FSK. Dlatego przyjmując ludzi do pozostania w ciszy, siostry nie pytają, czy człowiek jest wierzący, ale pozwalają mu doświadczyć rzeczywistości niewidomych w Laskach. - To pozwala na konfrontację własnego doświadczenia cierpienia, przerastających nas problemów życia z rzeczywistym cierpieniem doświadczanym tu przez naszych niewidomych. To pozwala realniej spojrzeć na proporcje przeżywanych własnych problemów wobec problemów tutejszego życia. Nie aranżujemy tych spotkań, ale też przygodnych spotkań nie unikamy. I zawsze dla rekolektanta to jest prezent. Znamy przykłady na to, że takie spotkania, które stają się dla niego terapeutyczne, czasem zmieniają na całe życie - opowiada s. Anita FSK.

     WYKORZYSTYWAĆ SZANSĘ

     Między bajki można włożyć podawane nieraz przez świeckie media historie o tym, że po przejściu klasztornej furty do depozytu trzeba oddać telefon komórkowy, laptop czy zegarek. Każdy ma taką pustelnię, na jaką sobie pozwoli, do jakiej dojrzał. Ośrodki, które oferują ciszę i skupienie, stwarzają jedynie warunki do optymalnego ich wykorzystania. Jednak jest wiele miejsc, gdzie nie zostanie się przyjętym bez uprzedniego, pozytywnego doświadczenia rekolekcji w ciszy lub bez świadomości tego, czemu ten czas służy. - Jeśli ktoś ma przyjechać i zamęczać się zachowywaniem ciszy, to szkoda jego czasu i zawiedzionych wobec nas oczekiwań - mówi przełożona jednego z cieszących się wzięciem domów zakonnych. - Jeśli ktoś chce do nas przyjechać, bo chce odpocząć, bo jest fajnie, pachnie żywicą, ptaki i las, to warto mu przypomnieć, że nie jest to dom wypoczynkowy, ale dom modlitwy - mówi z kolei s. Anita FSK z Lasek. - Tyniec kojarzy się ludziom z równowagą, a nie z wesołym miasteczkiem czy miejscem rekreacji. I tak powinno zostać - dodaje o. Jan Paweł Konobrodzki OSB.

     Jeden ze znanych tygodników opisywał niedawno Tyniec i "Pustelnię Złotego Lasu" w dziale "Style i trendy". Przeczytać też w nim można było, że jeśli ktoś nie chce poświęcać urlopu jedynie na medytację, może skorzystać także z klasztornych ofert za granicą. Krótko mówiąc: pustelnia z medytacją - najchętniej na leżaku - w nadmorskim kurorcie. Czy więc zainteresowanie ciszą klasztorów to moda? Czasem Bóg prowadzi ludzi do siebie także przez snobizmy. Z taką modą nie należy walczyć, ale ją wspierać. Co najwyżej uświadamiać jej właściwy sens. W końcu rekolekcje w ciszy, zwłaszcza te, kiedy nikt od nas jej nie wymaga, to wyzwanie dla naprawdę odważnych.

ZACHOWANIE ABY NIE WYPALIĆ SIĘ

     Rozmowa z o. Janem Pawtem Konobrodzkim, benedyktynem z opactwa w Tyńcu

     Co sprawia, że ludzie wymykają się ze swojego nieraz wygodnego życia, by w skromnej celi klasztornej wejść w ciszę?

     Ciekawe pytanie. Najczęściej ludzie ci chcą wyrwać się z domu i codziennych obowiązków po to, by na spokojnie przyjrzeć się temu, co im doskwiera. Chcą na siebie, na swoje problemy i sprawy, w które są nieraz aż nadto zaangażowani, spojrzeć z dystansu, w "czysty" sposób. Nie przyjeżdżaliby prawdopodobnie, gdyby wszystko w ich życiu byto dobrze. Jeśli przyjeżdżają, to znaczy, że żyją świadomie i chcą jakość swojego życia przenieść na wyższy poziom.

     Dlaczego przyjeżdżają do Tyńca?

     Z różnych powodów. Na ogót chcą lepiej przyjrzeć się swoim sprawom. O wiele łatwiej im je zobaczyć z dystansu, w ciszy, w miejscu i środowisku, które Bóg przewidział dla człowieka jako przyjazne. Cisza, obecność Boga, modlących się mnichów, możliwość spowiedzi, rozmowy z kimś, kto żyje na co dzień wartościami, które wybrał - to stwarza poczucie zaufania. Często także przyjeżdżają ludzie, którym się życie poplącze tak, że muszą wziąć głębszy oddech i na chwilę przystopować. Cisza jest brakiem niepotrzebnych wydarzeń, dźwięków, ruchu. W tym braku człowiek dochodzi do równowagi.

     Nie da się żyć tak, żeby w człowieku wciąż się coś gotowało. Lepiej też nie pić "gotujących się" napojów. Jeśli człowiek ciągle "gotuje się", szybciej się wypala. Czasem mówi się o wypaleniu zawodowym, wyczerpaniu. Ucieczka w ciszę i przystopowanie, wejście w głąb siebie jest najlepszym klimatem dla potrzeb ducha. Nasze życie jest trochę jak ocean. Na powierzchni jest wiele fal, ale już kilka metrów pod wodą jest cisza i spokój. Tam można te wszystkie nasze szaleństwa, "gotujące się" sprawy lepiej obejrzeć. Warto więc czasem zatrzymać się w takim, jak np. Tyniec, miejscu, by na spokojnie podejść do siebie.

     To, co ojciec mówi, odnosi się do spotkania człowieka z samym sobą. Ale jest jeszcze spotkanie z Bogiem.

     W gruncie rzeczy zawsze chodzi o jedno i drugie. W ciszy człowiek spotyka siebie. Przede wszystkim zaczyna zauważać swoje myśli, wewnętrzne napięcia - cały ten "bulgot" gotujących się w nim uczuć czy doznań. Raczej nie zdarza się, że człowiek jest pusty do tego stopnia, że zaglądając w siebie nie zauważy - choćby przy okazji - obecności Boga w samym sobie, w tym, co mu się przydarza. Jeśli w dodatku jest w takim miejscu, jak kościół w Tyńcu, gdzie mnisi autentycznie modlą się, i to od XIX wieku, to w klimacie prawdziwej modlitwy odbija się to, co człowiek próbuje zobaczyć lub dotknąć. W ciszy i spokoju - wg tego, co powiedział Jezus; "Wejdź do swojej izdebki i módl się w ukryciu" - zawsze jest Ojciec. I to niezależnie od stanu naszej świadomości, przyjętych sakramentów, tego, kim i jacy jesteśmy.

     Czy osoby, które - czasem pierwszy raz w życiu - wypłynęły na głęboką wodę ciszy zmagają się ze sobą, czy raczej szybko zaczynają czuć się jak ryby w wodzie?

     To, że wybraty przyjazd do Tyńca, a nie np. do Zakopanego na Krupówki, już mówi, że potrzebują ciszy, spokoju i równowagi. Ta decyzja jest puszczeniem się na wody, które sami chcą w sobie odnaleźć, dlatego nie mają żadnych trudności. Często cieszą się, że wreszcie nie muszą używać komórek. Szczególnie ci najbardziej "gotujący się", dla nich brak zasięgu jest prawdziwym dobrodziejstwem. Myślę, że ilość spraw, w które ludzie przyjeżdżający do nas angażują się, jest tak duży, że przy ogołoceniu takim, jakie stwarza to miejsce, tatwiej im popatrzeć na siebie i głębiej pooddychać.

     Wielość ludzi, którzy do Tyńca chcą przyjeżdżać, to moda czy rzeczywista potrzeba?

     Czysta potrzeba. W Tyńcu nie ma wygód i jacuzzi, a moda dotyczy raczej ciata. Ale jeśli jest moda na ducha (śmiech)? No to daj Boże - tylko brać!!! Skoro to miejsce i atmosfera - nawet jeśli przyciąga czym innym - otwiera przestrzeń prawdziwego, duchowego spotkania z Bogiem i ludźmi żyjącymi z Bogiem, to koniecznie trzeba korzystać! Duch jest zawsze prawdziwy, więc życie duchowe, które można tu pielęgnować, nigdy nie jest fałszywe i nie ulega modom. Prawda może być czasem niemodna, ale dziś ludzie bardzo potrzebują prawdy i autentyczności. Dlatego jej szukają. Nawet jeśli jest jakaś moda, to przyjeżdżający tu czują, że za tym kryje się prawdziwy duch. I tego szukają.

     Wydaje się więc, że ci, którzy mają na bakier z Panem Bogiem albo w codziennym życiu są daleko od Niego, tym bardziej powinni korzystać.

     Właśnie tacy gtównie przyjeżdżają, bo oni autentycznie chcą coś ze sobą zrobić. Chcą więcej. Są często bardziej poszukujący i otwarci na prawdę o Bogu w sobie niż wielu wojujących, rozmodlonych głosicieli i obrońców wiary. Oczywiście nie brakuje także tych naszych starych przyjaciół, którzy z troską od wielu lat w Tyńcu pielęgnują swoje duchowe poletka.

     Kto jeszcze przyjeżdża do Tyńca?

     Wszyscy może poza dziećmi i wczesną młodzieżą, bo dla nich nie mamy specjalnie propozycji. Za wyjątkiem warsztatów kaligrafii. Te cieszą się ogromnym powodzeniem. Z kolei młodzież studencką nie zawsze stać na przyjazd. Gościmy głównie ludzi "w kwiecie wieku" - czynnych zawodowo, aktywnie tworzących swoje własne życie, zabieganych oraz wielu ludzi w różny sposób zagubionych. Ogólnie można powiedzieć, że trafiają do nas wszyscy, którzy chcą ze sobą coś zrobić.

     Korzystają z możliwości rozmów z ojcami?

     Tak. Bywa, że chcą jedynie się wyciszyć, ale przeważnie obok wielu okazji do ciszy i medytacji szukają kogoś do rozmowy.

     Obecny kryzys powoduje, że macie teraz więcej czy mniej chętnych?

     Zdecydowanie więcej. I to piezależnie od cen. Prowadzimy m.in. biblijne warsztaty antydepresyjne, które cieszą się dużym powodzeniem. Oczywiście psychoterapeuci mają teraz więcej roboty, jednak niekoniecznie w ich gabinetach ludzie poszukują poprawy i normalności w sobie, a wtaśnie w takich miejscach jak Tyniec i innych podobnych, gdzie znaleźć można ciszę i Boga. Liczą, że spotkanie z Bogiem w "pustelniach" będzie skuteczniejsze.


Radek Molenda


Tekst pochodzi z Tygodnika

14 grudnia 2008


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej