Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Pewność mojej ufności


     Prawdziwa chrześcijańska nadzieja zawsze prowadzi do miłości i w niej znajduje swe ostateczne uzasadnienie. To właśnie miłość nadaje nadziei tę samą niewyrażalną wartość, jaką sama stanowi. Pokładać nadzieję, to inaczej - zafascynować się i w pokoju oczekiwać. Miłość natomiast, również nie ukazałaby swego prawdziwego oblicza stroniąc od nadziei. Nie można bowiem szczerze kochać, nie pokładając całej swojej osoby w umiłowanym przedmiocie. To wzajemne przenikanie się tych dwóch cnót budzi w człowieku wewnętrzne pragnienie, wyzwalając w nim pożądanie ostatecznej, najwyższej, ale osiągalnej wartości. Bowiem prawdziwa nadzieja to proste pragnienie spełnienia miłości, tej jedynej, Bożej Miłości.

     Miłość i nadzieja. Jaka nadzieja taka miłość, a ile miłości, tyle ufności. Te cnoty ze swej natury zakładają osobowe więzi. Więzi zaś, jak samo słowo wskazuje - "wiążą", czyli wprowadzają osobową współzależność. Właśnie nadzieja pokładana w miłości pozwala oddać wszystko, by potem niespodziewanie więcej otrzymać. Jednak takie wypełnione ufnością otwarcie całego serca na umiłowany przedmiot nie zawsze przychodzi człowiekowi łatwo. Gdy bowiem w grę wchodzi jakakolwiek zależność, tam jednocześnie rodzi się w nim wewnętrzny opór, odraza i zniechęcenie. Człowiek właśnie, czasem jakby na przekór, doświadcza pokusy osiągnięcia pełnej niezależności. Idąc za tym głosem, krok po kroku, coraz bardziej zamyka się w subiektywnym świecie własnego "ja". Nadzieja zaś, odwrotnie, wymaga szczerego spojrzenia we własne wnętrze, uznania ludzkiego ograniczenia i otwarcia się na. to, co ludzka natura utraciła. Taki głębszy, duchowy wgląd nie obędzie się jednak bez pokory. A to już jest rzecz trudna. Ta trudność przejawia się szczególnie w sytuacjach skłaniających do zwrócenia się o pomoc. Wtedy rodzi się w nas jakaś nieuzasadniona obawa przed utratą własnej godności, pojawia się lęk w perspektywie ograniczenia osobistej wolności, dodatkowo zaś panicznie boimy się narażenia na manipulację ze strony innych. Wówczas, tym bardziej, zależność, może w naszych oczach przypominać jakieś niewygodne poddaństwo. A dziś, już samo to słowo brzmi nadzwyczaj archaicznie. O wiele łatwiej jest przyjąć postawę twardziela, z ostentacyjnie głoszonym hasłem życiowym: "poradzę sobie sam", choćby nawet za cenę gorzkiej porażki. Widać to bardzo dobrze w sytuacjach na co dzień, nawet w sprawach bardzo małej wagi. Skąd się taka postawa w nas bierze? Ze złudnego zapatrzenia we własną osobę, opartego najczęściej na wytworzonej przez siebie iluzji. Albowiem wewnętrzna zgoda na czyjąś pomoc wymaga prawdy, ta zaś jest siostrą pokory, a one razem nie mają nic wspólnego z naszym subiektywnym obrazem siebie.

     Jeszcze lepiej taka postawa uwydatnia się w kontakcie z Panem Bogiem. W momencie, gdy odwracamy się od Niego, czując złudne doświadczenie swej samowystarczalności, zapominamy, że w pogoni za źle pojętą wolnością - niezależnością popadamy w pułapkę samoubóstwienia. Choć wydaje się nam wówczas, że pokładanie w czymkolwiek nadziei to jakaś abstrakcja i w konsekwencji za wszelką cenę usuwamy myśl o niej z naszego pola świadomości, to mimo to, wbrew sobie, nadal nią żyjemy. Kontemplując siebie, niczym absolut, człowiek oczywiście może powiedzieć, że "nadzieja" jest mu sprawą obojętną i zupełnie niepotrzebną. Może, ale pod warunkiem, że będzie nadal uparcie brnął w złudzeniu. Jego nadzieja nadal pozostanie, tyle że położy ją wówczas we własnej "doskonałej" osobie. Zapewni mu to na pewien czas jakiś tam psychiczny komfort, jednak umknie mu on jeszcze szybciej niż się pojawił. Pożre go życie. Nikogo przecież nie trzeba przekonywać, że naszej ludzkiej egzystencji nie brakuje cierpienia, choroby, śmierci. Ocieramy się o te rzeczywistości niemalże każdego dnia, i choć najczęściej one jeszcze nie dotyczą bezpośrednio nas samych, to od nich uciec się nie da. Ktoś mądrze powiedział, że właśnie śmierć jest jedyną pewną rzeczą człowieka na ziemi. Nasza ludzka natura jest mocno ograniczona i człowiek, wcześniej czy później, tej marności doświadcza. Czuję więc potrzebę nieustannego oparcia w czymś pewnym, ostatecznym, wiecznym i niezmiennym. Problemu więc nie rozwiąże niczym nieuzasadniona i często obfitująca w pychę pewność siebie ani też drugi człowiek, a tym bardziej żadne dobro materialne. Cóż więc pozostaje? Zapomnieć? Stłumić? Zagłuszyć? Można oczywiście walczyć, przekonywać siebie, trudne i niemiłe sprawy odpychać, omijać podstawowe pytania o sens i cel życia, ale zawsze rodzi się pytanie - na jak długo? Przychodzi przecież taki dzień, kiedy moje prawdziwe "ja" mówi mi: "przestań, obudź się, nie jesteś Bogiem". Przebudzona prawda powie ci jeszcze więcej - "sam z siebie" jesteś marnym prochem. To też za dużo. Tak, zdecydowanie za dużo. Nie bylibyśmy nawet tym, gdyby nie Bóg. Bez Jego dopuszczenia nie bylibyśmy nawet w stanie wybrać grzechu i odrzucić jego miłość. Bez Niego "bylibyśmy nicością", czyli nie byłoby nas, nie istniałoby nic, co istnieje. W gruncie rzeczy bowiem powiedzieć sobie "nie pokładam w niczym nadziei, jestem samowystarczalny", znaczy tyle, co: "chcę przestać istnieć" albo jeszcze bardziej paradoksalnie: "już nie istnieję". Tak, odrzucając nadzieję, odrzucamy samego Boga, a to oznacza, że chcemy przestać istnieć. Taki paradoks naszego postępowania ma miejsce, wbrew pozorom, dość często, bowiem za każdym razem, gdy swoim grzechem mówimy Bogu: "nie chcę Cię". Cóż by się stało, gdyby Bóg cofnął swoją miłość, jaką rozlał na wszelkie byty w momencie stworzenia? Rozpadlibyśmy się w sekundzie, nie bylibyśmy bez Niego nawet tym wspomnianym już, symbolicznym prochem. Bóg stwarzając wszystko z nicości wylał miłość na swoje dzieło, czego potwierdzeniem jest wszystko, cokolwiek istnieje. Stwórca i stworzenie. Istnienie konieczne i stworzenie przygodne. Z jednej strony mamy więc sacrum, z drugiej profanum, doskonałość i słabość. To tylko nieudolna próba oddzielenia tego, co boskie, od tego, co ziemskie. Lecz żadne słowa, żadne proporcje tej bariery nie odzwierciedlą. Także i w tym przejawia się potęga Boga. Jednak doświadczenie własnej małości wobec bóstwa wprowadza nas w tajemnicę Bożego miłosierdzia, poprzez które nas stworzył i odkupił w swoim Synu. To właśnie Boże Miłosierdzie jest ostatecznym oparciem naszej nadziei. W rzeczywistości wątpić i nie pokładać nadziei w Bogu, to działać nie wbrew Panu, a wbrew sobie. Każdy bowiem chce zachować swoje istnienie, bo to należy do jego natury. Człowiek chce istnieć i to w dodatku istnieć coraz pełniej, chce wyjść poza to, co niedoskonałe, pragnie wyzwolenia. Nasuwa się jednak pytanie o ludzi, którzy w jakimś momencie życia zapragnęli przestać żyć. Może trudno to przyjąć, ale samobójstwo też jest jakąś wypaczoną formą pokładania nadziei, nadziei na wyzwolenie od marności tego świata i wszystkiego, co on ze sobą niesie. To także pewien rodzaj wiary w to, że będzie mi lepiej albo mnie wcale nie będzie.

     Zarysowały się nam więc już dwie postawy, pierwsza: żyję w ułudzie, druga: żyję w ciągłym zagrożeniu. Nie ma w czym wybierać. Na szczęście pozostaje jeszcze trzecia: żyję w prawdzie i pokoju, czyli żyję nadzieją. Nie, to jeszcze nie to! Żyję przede wszystkim Nadzieją, czyli gorącym, ale pełnym pokoju oczekiwaniem. Cel? Mój Pan, Miłość, byt doskonały, absolutny. Najwyższe, niezmienne i nieskończone Dobro, Stwórca. Te Boże przymioty służą nam w jakiś sposób w przybliżeniu Jego istoty, jednak zawsze należy pamiętać, że Bóg i tak jest inny niż nasze wyobrażenia o Nim, o jego dobru, doskonałości czy miłości. Człowiek doświadczając obecności Bożej na ziemi zaczyna pragnąć, a jego pragnienie jest tym większe, im bardziej zasmakował miłości Boga. Im bardziej się do niej zbliża, tym bardziej jej pożąda i oczekuje z utęsknieniem na jej spełnienie. Człowieka prawdziwie żyjącego Bogiem przenika błoga ufność, że Pan nie zostawi go samego w poszukiwaniu tego spełnienia i pociągnie go ku sobie. Na jakiej jednak podstawie człowiek oczekuje w utęsknieniu, a zarazem w pokoju wypełnienia tego, w co wierzy?

     Tę podstawę stanowi Boże Miłosierdzie. W języku potocznym, mówiąc o miłosierdziu, mamy zazwyczaj na myśli pewną formę udzielania pomocy potrzebującemu. Naturalną rzeczą jest, że miernikiem autentyczności tego gestu jest bezinteresowność.

     Bóg zaś, stwarzając człowieka z nicości, uczynił to jedynie z miłości. Nie można przecież mówić o pragnieniu, interesowności czy jakimś braku w Bogu, bo to zaprzecza Jego absolutności. Stworzył, choć jako Bóg, nie miał najmniejszej wewnętrznej potrzeby, stworzył, gdyż jest Miłością - Miłosierdziem. Bóg jest miłosierny, a jego miłosierdzie nie zna granic. Jego miłosierdzie jest doskonałe, wieczne, niezmienne i rozlewa się na każdego, kto tego zapragnie. Każdy człowiek już ma w nim udział, a dowodem na to jest nasze istnienie, cały świat, każdy istniejący przedmiot. W momencie wydobywania istot z nicości już o nas myślał. Czy świadomość tej prawdy nie skłania naszych serc do pełnej ufności w to, że kocha nas odwieczną miłością?

     Boże miłosierdzie jeszcze lepiej możemy sobie jakoś "uświadomić", gdy popatrzymy na tajemnicę Bożego Syna. Grzech ciągnie nas ku śmierci. Jest wolnym wyborem, decyzją serca, jest odwróceniem się od Miłości, jak to wyraźnie widać na przykładzie Adama i Ewy. Ludzka logika pychy nakazywałaby ukarać, zniszczyć, zapomnieć. A Bóg? Przychodzi sam, w ludzkiej postaci pełnej pokory i w dodatku pozwala na śmierć własnego Syna. Dlaczego? Właśnie dlatego, że nas ukochał. Odkupił nas swoją krwią, nie krwią kozłów i cielców, ale boską krwią, przywracając nam godność dzieci Bożych. Dzięki Bożemu Miłosierdziu już dziś mamy udział w Królestwie Niebieskim i z wiarą, i radością żywimy nadzieję na pełną, wieczną kontemplację Jego Oblicza. Jaką mamy nadzieję? Nadzieję pewną, bo ostateczną. Prawdziwą, jak prawdziwa jest Miłość.

kl. Arkadiusz Soćko SP

Kwartalnik Katolicki
ESPE, nr 50


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej