Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Kościół naszym domem

     Nie brak w Piśmie Świętym miejsc, gdzie Kościół, tak jak w obecnym roku duszpasterskim, nazwany jest po prostu domem. Co w praktyce znaczą dla nas te słowa?

     Chrystus Pan to "Syn, który jest nad swoim domem; Jego domem my jesteśmy" - czytamy w Hbr 3,6; por. 10,21. Domem duchowym nazywa Kościół apostoł Piotr w dobrze znanym fragmencie swojego pierwszego listu, ale w tłumaczeniu polskim ten wyraz jest ukryty. Chodzi o następujące przedstawienie Kościoła: "Zbliżając się do Tego [Chrystusa - przyp. red.], który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również,'Tiiby żywe kamienie, jesteście budowanifjako duchowa świątynia" (1 P 2,4-5). W oryginale "duchowa świątynia" to oikospneumatikos, dom duchowy.

     Młodego biskupa Tymoteusza apostoł Paweł poucza, "jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy" (1 Tm 3,15). Natomiast w często cytowanym, odnoszącym się do Kościoła fragmencie Listu do Efezjan, choć wyraz "dom" nie pojawia się ani razu, znajdziemy aż cztery różne wyrazy etymologicznie związane ze słowem oikos, dom: "Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha" (Ef 2,19-22).

     Trudno wątpić, że starotestamentalne tęsknoty, ażeby zamieszkać w domu Pańskim, obecnie odnoszą się do Kościoła. Przypomnijmy sobie np. Ps 84: "Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsieni Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego... Szczęśliwi, którzy mieszkają w domu Twoim, Panie, nieustannie Cię wychwalają".

     CO TO JEST DOM DUCHOWY?

     Trzy najważniejsze domy duchowe człowieka to rodzina, Kościół i ojczyzna. Nie jest przypadkiem, że one wszystkie w naszych czasach przeżywają kryzys. Wobec tego warto zastanowić się, jak możemy i powinniśmy na ten kryzys reagować, aby bronić treści zawartej w tych trzech wielkich, chciałoby się powiedzieć, "pomysłach" samego Pana Boga - że nasze pielgrzymowanie ma dokonywać się w rodzinie, w ojczyźnie, w Kościele.

     Najpierw odpowiedzmy sobie na pytanie: co to jest dom i co to jest dom duchowy? Dom to oczywiście tylko materialnie miejsce zamieszkania, natomiast duchowo jest to mieszkanie wraz ze swoimi mieszkańcami. W Nowym Testamencie mamy kilkakrotnie wzmiankę o tym, że ktoś przyjął chrzest "razem ze swoim domem" (zob. Dz 11,14; 16,15 i 33; 18,8; 1 Kor 1,16), więc z tymi ludźmi, którzy byli z nim związani szczególną bliskością, najczęściej rodzinną, ale może nie tylko.

     A oto trzy wymiary domu duchowego: po pierwsze dom jest miejscem, w którym jesteśmy u siebie; po wtóre, dom jest to wspólnota bliskich, wzajemnie sobie potrzebnych, wzajemnie sobie pomagających, wzajemnie się kochających, a przynajmniej szanujących się osób; i po trzecie, dom duchowy to miejsce bezpieczeństwa.

     Zacznijmy od pierwszego wymiaru. Dom to miejsce, w którym domownicy są, a w każdym razie powinni być, u siebie. Kryzys zaś duchowego domu polega m. in. na tym, że niekiedy można być w swoim domu i jakby nie być u siebie. Odnosi się to zarówno do Kościoła, jak do rodziny oraz do ojczyzny. Kiedy jestem we własnym domu, ale w gruncie rzeczy nie u siebie, zaczynam wiele czasu spędzać pod budką z piwem albo dopuszczam się zdrady małżeńskiej, albo, nawet nie wychodząc z domu, udaję się na emigrację wewnętrzną przed telewizor lub do komputera.

     Na ten wymiar domu zwrócił uwagę sam Pan Jezus, kiedy mówił: "Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze" (J 8, 34-35). Ze słów tych wynika, że w Kościele jako moim domu tak naprawdę jestem wtedy, kiedy żyję w łasce uświęcającej, kiedy nie jestem niewolnikiem grzechu. Bo kiedy jestem niewolnikiem grzechu, to owszem, jestem w domu, ale - tak jak Pan Jezus powiedział - niewolnik nie pozostaje w domu na zawsze.

     Drugi wymiar domu - dom jest wspólnotą bliskich sobie osób, wzajemnie sobie pomagających i uzupełniających się. Każdy - zarówno potrzebujący pomocy jak jej udzielający, zarówno młody jak stary, zdrowy jak chory - jest w domu kimś ważnym i pełni sobie właściwą rolę. Zwróćmy jednak uwagę na pewną różnicę między Kościołem a wspólnotą rodzinną. Podstawą domu duchowego, któremu na imię rodzina chrześcijańska, jest przymierze małżonków, sakrament małżeństwa. Otóż inne jest przymierze u podstawy domu duchowego, któremu na imię Kościół. W rodzinie przymierze ma postać tego, co po grecku nazywa się syntheke. To jest przymierze równych sobie stron. Kościół jest jednak zbudowany na przymierzu, które po grecku w Nowym Testamencie jest określane jako diatheke. Jest to takie przymierze, w którym jedna ze stron jest mocniejsza, jest źródłowa dla pozostałych uczestników przymierza. Nasze przymierze z Bogiem oczywiście nie jest przymierzem równych z równym, ale z Kimś, kto jest źródłem naszego istnienia i naszym Odkupicielem.

     Trzeci wymiar domu: jest to miejsce, w którym możemy znajdować i w którym należy się nam bezpieczeństwo. Pozwolę sobie na dwa wspomnienia z dzieciństwa. Gdy miałem cztery lata, po raz pierwszy w życiu zostałem znienawidzony, i to nienawiścią zaciekłą - mianowicie przez gęsiora na naszym podwórku. Dla czteroletniego dzieciaka to straszliwy problem. Na szczęście mama problem zauważyła i gęsiora wkrótce już nie było. Nie wiem, co się z nim stało. Ale najważniejsze, że kiedy mnie atakował, kiedy wydawało mi się, że ze mną to już koniec, wystarczyło dobiec do domu i wskoczyć na próg, żeby poczuć się w pełni bezpiecznym. Drugie wspomnienie z dzieciństwa. Jako dzieciak byłem intensywnie rudy, a rudzielcom u nas nie jest łatwo. Otóż było to dla mnie czymś niesłychanie ważnym, że mamie i tacie kolor moich włosów nie tylko nie przeszkadzał, ale nawet się podobał. Dom jest bowiem miejscem bezpieczeństwa, gdzie nie grozi ci deszcz, mróz, zły pies, źli ludzie. To miejsce posiłków i odpoczynku, ale także miejsce akceptacji. Rodzice akceptują swoje dziecko. Także wtedy, gdy jest mało inteligentne albo coś zbroiło.

     DYSTANSOWANIE SIĘ WOBEC KOŚCIOŁA

     Jeżeli jesteśmy Kościołem i Kościół jest naszym domem duchowym, to po pierwsze Kościół jest takim miejscem, gdzie jesteśmy, a w każdym razie mamy prawo być, coraz bardziej "u siebie". Zwróciłbym tu uwagę na trzy zjawiska, które niszczą ten wymiar Kościoła. Kościół to dar Boży, dzięki któremu jesteśmy w domu, gdzie gospodarzem jest sam Jezus Chrystus. On nas wprowadził do domu swego Ojca, którego współuczestnikami są Matka Najświętsza, Apostołowie i wszyscy święci. W dzisiejszych czasach ten wymiar jest niszczony głównie przez potężne procesy dystansowania się ochrzczonych wobec Kościoła. Całkiem niemało katolików traktuje Kościół jakby od zewnątrz, nie czuje się wewnątrz Kościoła, nie czuje, że to jest ich dom. Polega to np. na odchodzeniu od praktyk religijnych. Chodzi nie tylko o tych, którzy przestali chodzić do kościoła albo chodzą tylko kilka razy na rok. Wystarczy w niedzielę jechać przez Polskę, żeby widzieć przed kościołami łańcuszek osób, które niby przyszły na Mszę Świętą, ale w gruncie rzeczy już są na zewnątrz.

     Odchodzenie od praktyk religijnych, tak dziś powszechne, jest wracaniem do religijności pogańskiej. Dziś mało zdajemy sobie sprawę z tego, jakim fenomenem była instytucja cotygodniowego święta. Ludzie czegoś takiego by nie wymyślili, cotygodniowe święto to wielki dar Boży. Bóg musiał nas wręcz przekonywać, że zależy Mu na tym, żebyśmy się do Niego zbliżali, żebyśmy chcieli się z Nim przyjaźnić - dlatego obdarzył swój lud szabatem, dlatego żądał codziennej modlitwy. Bo poganin, owszem, swoich bogów uznawał, ale rozumiał też, że bogowie są wielcy i potężni, a on mały i słaby. Dlatego starał się bogom nie narzucać. Świętować kilka razy w roku, szukać u bogów pomocy w sytuacjach trudnych - owszem, ale do głowy by mu nie przyszło, żeby z bogiem, bogami się przyjaźnić. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że dzisiejsze dystansowanie się od praktyk religijnych to nie tylko częściowe odchodzenie od Kościoła, to również chęć bycia chrześcijaninem na sposób pogański.

     Ale tutaj uwaga! Nie możemy popełniać błędu analogicznego, jaki kiedyś popełnili janseniści. Janseniści tak mocno nawoływali do religijnej gorliwości i podkreślali powinność wypełniania praktyk religijnych, że narzucili Francuzom tezę, iż jeśli ktoś rzadko chodzi na Mszę Świętą, to w gruncie rzeczy nie jest katolikiem. Otóż bardzo mnie przekonuje teza francuskiego politologa Alaina Besancona, że janseniści bardzo przyczynili się do dechrystianizacji Francji. Wmówili wielu ludziom, którzy byli katolikami (to, prawda, że mało gorliwymi), że są niewierzący. Zamiast starać się przytrzymać tych ludzi w Kościele i zapraszać ich do wnętrza, oni ich odpędzali.

     O chęci wyrzucania z Kościoła tych, którzy nie do końca się w nim mieszczą, pisał również John Richard Neuhaus, konwertyta, który przedtem przez wiele lat był pastorem luterańskim. Ale może po prostu go zacytuję: "Mam przyjaciół katolików, którzy uważają, że Kościół powinien się pozbyć wszelkich dysydentów, podkopujących wiarę. Rozumiem ten gniew, ale myślę, że moi przyjaciele-konserwatyści nie mają racji, gdy twierdzą, że nie powinno się mówić, iż w Stanach mamy 60 min katolików, jak wynika z danych oficjalnych. Powinno się podawać liczbę, powiedzmy, 6 min - prawdziwych katolików. Odpowiadam na to: moi drodzy, nie po to zostałem katolikiem, żeby być protestantem. Bo to jest protestanckie podejście do rzeczywistości, w którym wyklucza się tych, którzy nie dorastają do założonych kryteriów".

     Kościół katolicki to jest matka, która chce swoją miłością objąć wszystkich, także tych, którzy sami się do Kościoła nie pchają, a nawet się od niego dystansują. Dystansowanie się od Kościoła to także selektywny stosunek do prawd wiary i nauki moralnej. To są wielkie tematy, których teraz nie podejmujmy.

     A przecież nie brak dziś sił wrogich Kościołowi, które chciałyby jak najwięcej katolików do ich Kościoła zniechęcić. Zwłaszcza mass media stały się miejscem nieustannego bluzgania na Kościół. Niekiedy odnosi się wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za światowe media uważaliby za stracony taki dzień, w którym nie krytykuje się Kościoła. Kościół jest przedstawiany tak, jakby i obecnie, i w swoich dziejach niczym innym się nie zajmował, tylko czynieniem zła. Słowem - instytucja przestępcza.

     Pokażę może kilka "wytrychów", jakich używam podczas rozmów na temat zła w Kościele. Wytrych pierwszy zawdzięczam nauczycielce, która doświadczała wielkiego dyskomfortu wskutek tego, że w jej pokoju nauczycielskim nieustannie wygadywało się na Kościół. W pewnym momencie zorientowała się - wyznała podczas spotkania w duszpasterstwie nauczycieli - kto przewodniczy tej nagonce. Że "jest to kolega, który żyje już z czwartą kobietą, oraz koleżanka, o której ja sama wiem, że dokonała dwóch aborcji, a czy to są wszystkie jej aborcje, tego nie wiem". Bardzo często stawianie zarzutów - czasem skądinąd słusznych - wynika z potrzeby samousprawiedliwienia. To dlatego zło w Kościele - rzeczywiste lub oszczerczo Kościołowi przypisane - grzesznikom niezamierzającym się nawracać sprawia satysfakcję.

     Wytrychem drugim jest chińskie przysłowie, że jedno upadające drzewo robi więcej huku w lesie niż to, że cały las rośnie. I to jest prawda. Zło robi dużo hałasu, ale to dlatego, że zła być nie powinno. Natomiast temu, że jest dobro, nikt się nie dziwi. W Kościele jest mnóstwo dobra, a jednak nie trzeba się dziwić, że zło, które jest w nim zjawiskiem raczej wyjątkowym, jest o wiele bardziej zauważane i zazwyczaj budzi wielkie zgorszenie. Bo gdzie jak gdzie, ale w Kościele wielkie zło naprawdę nie powinno się zdarzać.

     Trzeci wytrych zawdzięczam pewnemu rabinowi, który napisał mniej więcej tak: "Grzechy naszego narodu żydowskiego są liczniejsze może niż piasek morski, ale nie z ich powodu nasz naród jest nienawidzony; jest on nienawidzony z powodu swoich zalet". Myślę, że analogicznie można powiedzieć o Kościele. Owszem, w Kościele jest dużo zła. Ale nie z tego powodu Kościół jest tak nieustannie piętnowany. Kościół jest nienawidzony z powodu swojej wierności Ewangelii. Z tego powodu, że wyraźnie naucza, iż przykazanie "nie zabijaj" znaczy "nie zabijaj", a zasada "co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza" - dzisiaj obowiązuje tak samo jak dawniej.

     TRZY NEGATYWNE ZJAWISKA

     Tyle na temat dystansowania się od Kościoła. Ale bywa też zjawisko odwrotne. Katolicy religijnie gorliwi stoją dzisiaj wobec wielkiej pokusy, żeby Kościół traktować jako instytucję usług religijnych. Pokusa patrzenia na Kościół jako na instytucję, w której możemy zaspokoić swoje religijne potrzeby, wydaje się dość naturalna. Ale też właśnie dlatego jest to pokusa bardzo niebezpieczna. Wobec instytucji usługowej klient jest kimś z zewnątrz, nawet jeśli jej usługi całkowicie go zadowalają i korzysta z nich stale. Dystans wobec instytucji pogłębia się, jeśli usługi świadczone są byle jak, albo jeśli instytucja konkurencyjna potrafi lepiej obsłużyć danego klienta.

     Trzeba to sobie wyraźnie uświadomić, że niejeden katolik porzuca dzisiaj praktyki religijne albo nawet odchodzi od Kościoła w kierunku innych wspólnot wyznaniowych, bo się zraził do Kościoła jako do instytucji usługowej: natrafił na nieodpowiadających mu księży, nie widział miejsca dla siebie w anonimowym tłumie niedzielnej Mszy Świętej, denerwował go poziom kazań.

     Owszem, sprawa to ogromnej wagi, ażeby księża dobrze i z miłością do ludzi wypełniali swoją posługę duszpasterską, we wspólnocie zaś parafialnej ażeby rozwijał się duch prawdziwego braterstwa. Niemniej grzechem pierworodnym, który jest źródłem psychicznego odejścia od Kościoła tych ludzi, o których mówiliśmy przed chwilą, jest traktowanie Kościoła jako instytucji usługowej. W sytuacji, kiedy ludzie zadowoleni są z poziomu "usług kościelnych", grzech ten objawia się typowo konsumenckim stosunkiem do Kościoła, niepoczuwaniem się do aktywnego uczestnictwa w konkretnych problemach Kościoła, ustawianiem się wobec Kościoła w pozycji nawet jeśli życzliwego, to zewnętrznego obserwatora.

     Jest jeszcze trzecie zjawisko, które utrudnia katolikom poczucie, że będąc w Kościele, jesteśmy u siebie. Na szczęście nie zdarza się u nas, żeby jakiś ksiądz próbował odprawiać Mszę Święta w stroju turystycznym na chipsach i coca coli. Ale głoszenie poglądów niezgodnych z katolicką wiarą czy eksperymentowanie podczas świętej liturgii, niestety, w naszych polskich kościołach się zdarza. Normalny katolik czuje się podczas takiego nabożeństwa nieswojo, jakby nie u siebie. Jeszcze częściej my, księża, dajemy w naszych kazaniach wyraz naszym sympatiom i antypatiom politycznym. A przecież jako pierwsi powinniśmy pamiętać o tym, że gospodarzem tego duchowego domu jest sam Pan Jezus.

     WSPÓLNOTA WSPÓLNOT

     Drugi wymiar Kościoła jako duchowego domu: Jesteśmy wspólnotą osób ze sobą związanych, wzajemnie sobie potrzebnych. Znamy ten tekst, w którym św. Paweł porównuje Kościół do ciała i jego członków (zob. 1 Kor 12). Niezwykle ważny wers tego długiego fragmentu brzmi: "Gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki" (1 Kor 12,26). Na tym polega bycie w jednym domu: że nieszczęściem, a nawet zwyczajnym kłopotem jednego z nas przejmują się inni i starają się podać mu rękę lub przynajmniej mu w tym towarzyszyć.

     W starożytnym chrześcijaństwie Eucharystię w sposób nierozerwalny łączono z zaangażowaniem charytatywnym. Niezwykły jest ten fragment listu św. Ignacego Antiocheńskiego z około 108 roku po Chr., który nie mógł zrozumieć tego, że można aż tak gruntownie niszczyć orędzie ewangeliczne, jak to czynią dokeci, odrzucający prawdę, iż Pan Jezus był prawdziwym człowiekiem: "Zwróćcie uwagę, jak bardzo sprzeciwiają się oni myśli Bożej. Oni nie dbają o miłość ani o wdowy, ani o sieroty, ani o udręczonych, ani o więźniów, ani o głodnych, ani o spragnionych. Powstrzymują się od Eucharystii i modlitwy, gdyż nie wierzą, że Eucharystia jest Ciałem Pana naszego, Ciałem, które cierpiało za nasze grzechy i które Ojciec w swej dobroci wskrzesił. Tak więc ci, co odmawiają daru Boga, umierają wśród swoich dysput. Lepiej byłoby dla nich, żeby mieli miłość, bo w ten sposób i oni mogliby zmartwychwstać" (List do Smyrneńczyków, 6).

     Dla Ignacego jest czymś oczywistym, że cztery następujące prawdy wiary stanowią jedną całość: po pierwsze, Syn Boży naprawdę stał się człowiekiem, jednym z nas; po drugie, Eucharystia jest naprawdę Ciałem i Krwią naszego Pana; po trzecie, nie da się rzetelnie uczestniczyć w Eucharystii bez wrażliwości na ubogich; po czwarte, to wszystko logicznie uzasadnia naszą nadzieję życia wiecznego, nadzieję chwalebnego zmartwychwstania ciał.

     Warto by kiedyś bardziej szczegółowo przedstawić różne inicjatywy na rzecz ożywiania tej prawdy, że Kościół jest wspólnotą wspólnot - a także różne formy przekładania na język konkretu tej prawdy, że chrześcijaninem nie da się być w pojedynkę, na własny rachunek, bo jesteśmy Ludem Bożym. Warto by też przypominać wspaniałe tradycje księży społeczników - tradycje dziś kontynuowane przez tych księży, którzy starają się pomagać bezrobotnym, alkoholikom, narkomanom itd. Również z inicjatywy katolików świeckich pojawiają się różne bezcenne inicjatywy duszpasterskie, jak np. wspólnoty rodziców, którym umarło dziecko, albo Wspólnota Trudnych Małżeństw "Sychar", która skupia porzuconych małżonków, chcących z pomocą łaski Bożej zachować wierność małżeńską również po rozwodzie.

     DOM ZAPEWNIAJĄCY BEZPIECZEŃSTWO

     Trzeci wymiar Kościoła jako naszego domu: Kościół jest - powinien być - miejscem, które zapewnia nam duchowe bezpieczeństwo. Katolik przychodzący gdziekolwiek na Mszę Świętą ma prawo ufać, że tutaj otrzymuje autentyczny przekaz wiary. W czasach szalejącego relatywizmu, kiedy tysiące samozwańczych nauczycieli uważa się za bardziej nieomylnych od papieża, Kościół nauczający tej samej wiary, którą wyznawano od pokoleń, jest naprawdę wielkim darem Bożym.

     Dzisiaj, kiedy w wielu "mądrych" książkach i praktycznie we wszystkich dominujących mass mediach podważa się nawet boskość Chrystusa Pana, kiedy majsterkuje się nawet przy Bożych przykazaniach (a zwłaszcza przy przykazaniu "Nie zabijaj" oraz "Nie cudzołóż") - nie da się przecenić tego dobrodziejstwa, że w Kościele prawda Boża jest głoszona "w porę i nie w porę" (2 Tm 4,2), niezależnie od tego czy ludziom się ona podoba, czy nie. Przypomina mi się wyznanie pewnej kobiety, która zwierzyła mi się kiedyś: "jak to dobrze, że mamy Kościół, bez Kościoła chyba nie rozumiałabym zła aborcji".

     Krótko mówiąc: kochany jest nasz Kościół! Naprawdę nie sposób Kościoła nie kochać! Ale przy okazji przypomnijmy sobie, że Kościół, nasz dom duchowy, jest kochany przez samego naszego Pana, Jezusa Chrystusa: "Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie" (Ef 5,25).


Jacek Salij OP


Tekst pochodzi z Tygodnika

29 stycznia 2012


   

Wasze komentarze:
 xxx: 12.01.2009, 20:01
 św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) (+ 1942): "Świat stoi w płomieniach. Patrz na Ukrzyżowanego! Złączona z Nim stajesz się wszechobecna, jak On sam. Nie jedynie tutaj czy tam, możesz służyć potrzebującym jak lekarz lub pielęgniarka albo kapłan. Mocą Krzyża możesz być obecna na wszystkich frontach świata, we wszystkich miejscach bólu, dokądkolwiek cię poniesie twoja współczująca miłość"
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej