Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Prywatny sukces Kilara

     Lwowianin z urodzenia, Ślązak z wyboru, obywatel świata. Kocha Tatry i szybkie samochody, a najlepiej czuje się w Katowicach, gdzie mieszka od 1948 r. Człowiek o wyjątkowej osobowości, wielki kompozytor i muzyk - Mistrz - Wojciech Kilar.

     Jest sobotni listopadowy wieczór, w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla trwa polskie prawykonanie "Veni Creator" Wojciecha Kilara. Zebrani w skupieniu słuchają dzieła napisanego na smyczki oraz chór. Po około 15 minutach następuje chwila ciszy, a potem rozlegają się niemilknące brawa. Wszyscy wiedzą, jak ważny to utwór dla jego kompozytora, który siedzi w pierwszym rzędzie. Dokładnie rok i jeden dzień temu, 28 listopada, zmarła jego ukochana żona. Światowej sławy kompozytor muzyki klasycznej i filmowej został sam. Kompozycja jest hołdem dla zmarłej Barbary Kilar. "Veni Creator" powstał w szczególnym momencie, niezwykle trudnym, chyba najtrudniejszym w życiu Kilara. - Wiem doskonale, że w chwilach kompletnej beznadziei, gdy los zadaje nam potężny cios, terapią jest praca - wyjaśnia kompozytor. Przeżył coś, co sam uważa za podstawowy wymiar wiary - konieczność przejścia przez próbę...

     Z POTRZEBY SERCA

     - Nigdy nie poddawałem w wątpliwość istnienia Boga. Tego, że trzeba przyjmować i wszystko - co dobre i co złe - jako dar Boży, nauczyłem się od mojej żony. To wielki dar, że jestem człowiekiem, że jestem w ogóle w stanie cokolwiek przeżywać, że w ogóle jestem - podkreśla Wojciech Kilar. Pan Wojciech zawsze pięknie wyrażał się o swojej żonie. To była "miłość od pierwszego wejrzenia". Byli jedną z najpopularniejszych par Katowic. Poznali się w połowie lat 50., gdy młoda pianistka Barbara Pomianowska rozpoczynała naukę w liceum muzycznym w Katowicach, a Wojciech Kilar był wówczas na roku dyplomowym. Przyszli państwo Kilarowie byli sobą oczarowani, długo żyli w narzeczeństwie, ślub zawarli w 1966 r. Całe swoje życie związali z Katowicami. Na Śląsku o domu kompozytora mówiło się zresztą najczęściej w liczbie mnogiej "u Kilarów". Dziś wspomina się ich małżeństwo jako wzorowy związek. Pani Barbara była nieodłączną towarzyszką męża. Ciepła i życzliwa, zawsze służyła pomocą. Kto miał okazję ją poznać, na pewno nie zapomni jej pogody ducha. Gdy na początku lat 80. Wojciech Kilar udał się do Częstochowy na kilkumiesięczną pielgrzymkę, żona była przy nim. To wtedy powstał słynny "Angelus". Nie dziwi więc, że podczas naszej rozmowy na każdym kroku wraca wspomnienie pani Barbary.

     Mistrz nieustannie podkreśla jej rolę w swoim życiu i twórczości. Przeglądam partyturę "Magnificat". Od razu rzuca się w oczy dedykacja: "Mojej Żonie". - Skomponowałem go dwa lata temu z potrzeby serca, to utwór, który ma osobiste odniesienie - tłumaczy Kilar. - Forma mojego podziękowania za wszystko, co mnie w życiu spotkało, najbardziej za żonę - dodaje.

     NIE MOGŁEM LEPIEJ TRAFIĆ

     Ostatnimi czasy Wojciech Kilar ograniczył życie towarzyskie. Kiedyś był jednak duszą katowickiego środowiska artystycznego, słynął z kawalerskiej fantazji i ciętego języka. Przyznaje, że potrafi docenić uroki życia, bo przecież każdemu z nas zdarza się ono tylko raz...

     Dwa miejsca są mu szczególnie bliskie: rodzinny Lwów, gdzie spędził dzieciństwo, i Śląsk, który stał się jego przystanią na całe dorosłe życie. Lwów zamknął we wspomnieniach, pełnych obrazów pięknego miasta i przyrody w jego okolicach. Ze Lwowa jego rodzina wyjechała przymusowo; ojciec Wojciecha Klara był lekarzem ginekologiem i przez jakiś czas pracował w Zabrzu, które było pierwszym śląskim miastem poznanym przez przyszłego kompozytora. Gdy mama pana Wojciecha, która była aktorką, zaangażowała się do Teatru Śląskiego, syn także zamieszkał w Katowicach. Jak się okazało, na sześćdziesiąt następnych lat!

     O Śląsku ma do powiedzenia same dobre rzeczy. Uważa go za piękny, choć to piękno jest bardzo specyficzne. - I tą urodą Śląska byłem zafascynowany od dzieciństwa. Nie mogłem więc lepiej trafić. Tak naprawdę śląskość mnie ukształtowała - przyznaje mistrz. Tylko raz pomyślał o wyprowadzce. - Kiedyś miałem strasznie dokuczliwą sąsiadkę. Zaproponowano mi wówczas mieszkanie w Warszawie i nieszczęście było o krok ode mnie. Znalazło się jednak dla mnie nowe mieszkanie w Katowicach - uśmiecha się.

     Kompozytor lubi podróżować i poznawać ludzi, ale w rozsądnej, nieprzytłaczającej go, dawce. Doskonale czuje się w Nowym Jorku, Paryżu czy w jakimkolwiek innym miejscu świata, ale zawsze wraca do Katowic, gdzie wszyscy go kochają, szanują i życzą mu jak najlepiej. I tu oddycha z ulgą, co niezmiernie dziwi ludzi, gotowych oddać wiele za nowojorski, albo chociaż warszawski, adres.

     - Kiedy w 2006 r. Katowice postanowiły obdarować mnie tytułem honorowego obywatela pomyślałem, że dobrze, że one są - te Katowice, że były, że tutaj zamieszkałem, że na coś się tutaj przydałem. Jedno wiem na pewno, gdybym nie zamieszkał na Śląsku, nie poznałbym Barbary i właściwie całe moje życie osobiste mogłoby potoczyć się w innym kierunku. Tak wiele zawdzięczam żonie, a z kolei żonę zawdzięczam Śląskowi. Aż strach pomyśleć, jak mogłoby potoczyć się moje życie, gdyby nie żona - tłumaczy Kilar.

     GRZESZY SKROMNOŚCIĄ

     Wielu uważa, że prawdziwą wielkość artysty mierzy się skromnością. Taki jest Wojciech Kilar, skromnością po prostu grzeszy. - Pycha jest ciężką chorobą i niezwykle szkodzi temu, który jest przez nią opanowany, po prostu paraliżuje. Kiedy wydaje nam się, że jesteśmy doskonali, nie pracujemy już nad sobą, nie staramy się być lepsi - przekonuje Mistrz. Gdy przyjmuje nagrody, na jego twarzy widać zmieszanie i zaskoczenie. Nie przepada za spektaklami ze sobą w roli głównej. Nie policzył też wszystkich nagród, ale jest ich kilkadziesiąt. Są dla niego jednakowo ważne. - Tylko jedną nagrodę cenię najwyżej. To list od Jan Pawła II. Po wykonaniu mojej "Missa pro pace" w Watykanie Ojciec Święty, mimo że wcześniej po Mszy bardzo pięknie przemawiał, napisał do mnie prywatny list z własnoręcznym podpisem. Gratulował mi raz jeszcze. W tym liście jest wiele takich słów, które dla muzyka, Polaka i katolika są największą nagrodą - opowiada wzruszony kompozytor. Po śmierci Papieża jeszcze mocniej czuje się zobowiązany do bycia człowiekiem, do dania z siebie wszystkiego najlepszego i nieustannej troski o to, aby jego życie i muzyka były szlachetne i dobre.

     MISTRZ I SIATKÓWKA

     Przyjaciele Kilara zgodnie podkreślają, że jest utkany z paradoksów i przeciwności. To człowiek przyjaźnie nastawiony do życia i dowcipny, choć skłonny do refleksji. Serdeczność i życzliwość świetnie łączy z surowością zasad, a spontaniczną radość życia - z głębokim namysłem nad światem. Bez jego muzyki trudno wyobrazić sobie wiele wspaniałych filmów, jak chociażby: "Pana Tadeusza", "Drakulę", "Portret damy" czy śląskie opowieści Kazimierza Kutza. Jednak - twierdzi - nie ma daru komponowania piosenek czy pięknych melodii. - Próbowałem wiele razy napisać piosenkę czy pieśń. Jedyną, która mi się w miarę udała, z czego jestem bardzo dumny, a weszła w repertuar fantastycznych meczy siatkówki w katowickim Spodku, jest wstęp do "Przygód pana Michała", czyli pieśń "W stepie szerokim". To niezwykła satysfakcja, czuję się trochę autorem tych zwycięstw siatkarzy - cieszy się Kilar.

     Kompozytorskie credo Kilara to nie sztuka dla sztuki, ale pisanie takiej muzyki, jaką sam hy chciał usłyszeć. A sam jest prostolinijny, szczery i bardzo emocjonalny. - Prawdziwie wartościowe są te utwory, które wykonawcy chcą grać, a publiczność słuchać - podkreśla Wojciech Kilar. Zapytany o receptę na sukces, kwituje krótko: Sukces to dla mnie szczęście i lad w życiu prywatnym. Przygoda kompozytora z kinem trwa już ponad czterdzieści lat, a światowej sławy realizatorzy telefonują bądź przyjeżdżają do niego, do Katowic, z prośbą o współpracę. On sam oszczędnie mówi o hollywoodzkich sukcesach swoich ścieżek do filmów Francisa Forda Coppoli, Jane Campion czy Romana Polańskiego, chętniej wspomina natomiast górskie wędrówki czy nowoczesne samochody, które przez lata go fascynowały, "byle blokada prędkości była w nich zdjęta", a także wynik ostatniego meczu jego ulubionej drużyny piłkarskiej - Ruchu Chorzów. Jedno jest pewne, mimo że kompozytor w swej skromności tego nie przyznaje, jego utworów słuchają wszyscy. Każdy czerpie z tego bogactwa coś dla siebie. Choć są tak różne stylistycznie, przenikają się przecież wzajemnie i uzupełniają, tworząc jedną wspaniałą muzykę. Muzykę Wojciecha Kilara.


Katarzyna Migdoł-Rogóż


Tekst pochodzi z Tygodnika

21 grudnia 2008


Gra na gitarze Gra na gitarze
Charles Kim
Gitara to instrument uniwersalny i niewrażliwy na podziały klasowe. Słychać go w salach koncertowych, przy ognisku, na rockowych festiwalach. Nieważne, że znasz zaledwie kilka chwytów — to wystarczy, by założyć własną kapelę.... » zobacz więcej


      



Wasze komentarze:
 kajtek: 23.03.2014, 21:45
 Wielki człowiek i tyle
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ]
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna Jarosz, Tomasz Jarosz
Jest tak wiele pytań na temat miłości, które zadajesz sobie codziennie. Czy czasami masz wrażenie, że te pytania są bez odpowiedzi? Mamy dla Ciebie rozwiązanie... » zobacz więcej
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2014 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej