Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Za wszystko Bogu dziękujcie

Po ukończeniu studiów pobraliśmy się z mężem. Na świat przychodziły kolejne dzieci - w sumie pięcioro zdrowych, mądrych i ładnych. Mieliśmy dobrą pracę, przy dzieciach pomagała moja mama. Czysta sielanka. Jak jest dobrze, to chce się jeszcze więcej, a żeby awansować, to trzeba z tym i z tamtym wypić, urządzić libację... I tak się zaczęło nasze picie, ale skończyć z nim nie było łatwo. Na jakiś czas, owszem, z pomocą modlitwy różańcowej. Ja przestałam zupełnie, mąż uwierzył, że może pić pod kontrolą; nie przyjmował do wiadomości, że to już alkoholizm. Pił najpierw ukradkiem, potem coraz więcej, z coraz dłuższymi ciągami, wszczynając awantury. Dzieciom było wstyd. "Mamo, zrób coś!" "Musimy się wszyscy bardzo modlić za niego" - odpowiadałam. I znowu na jakiś czas pomogło.

Dzieci kończyły po kolei średnią szkołę, a mąż był znowu coraz częściej pijany, awanturował się, a my uciekaliśmy z domu, aby nas nie pobił. Punktem zbiorczym był dom mojej mamy. Pojedynczo nikt z nas nie przychodził już do domu, bo nie było nigdy wiadomo, co się zastanie. Rozmowy nie pomagały. Dorosłym już dzieciom ucinał, mówiąc: "Co cię to obchodzi? Ty pilnuj swojej nauki". A kiedy zbliżały się egzaminy któregoś, wtedy pił jeszcze więcej i był "głośny". A Pan Bóg milczał, nie odpowiadał na nasze usilne prośby, chociaż... nie do końca. Dzieci zdawały maturę, dostawały się na studia, więc jednak Bóg słyszał prośby.

Kiedy mąż był trzeźwy, był wspaniałym ojcem, tylko... coraz rzadziej był trzeźwy. Oddałam do sądu sprawę o alimenty, które wkrótce mi przyznano. Na jakiś czas pomogło... Ale potem znowu to samo; zawsze było gorzej niż poprzednio. Było nam tak ciężko, że myślałam, że gorzej już być nie może. Modliliśmy się dużo, i ja, i dzieci, i moja mama. Było mi już wszystko jedno, cokolwiek się stanie. "Boże, zrób coś, bo już nie możemy dłużej!" - wręcz krzyczałam do Niego. Podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem przyszło mi na myśl, że może jeszcze nie jest tak źle, skoro wszyscy żyjemy. I wtedy pomyślałam, że jestem gotowa znieść śmierć bliskiej mi osoby - myślałam o moim ojcu, który coraz bardziej chorował i który boleśnie przeżywał tragedię rodzinną ukochanej córki, myślałam również o moim mężu - chociaż oddając sprawę w ręce Boga, wiedziałam, że On dobrze pokieruje naszym losem. I pokierował... Zmarł mój najstarszy syn, dwa miesiące przed obroną pracy magisterskiej. Odszedł nagle, na uczelni, w pracowni, gdzie porządkował materiały po skończonej pracy. Był to zator płucny. Nie mogłam w to uwierzyć... "Boże, dlaczego???" I przyszło mi na myśl: "Przecież się zgodziłaś". Nie mogłam pojąć, jak to się stało. Przecież syn nie chorował...

Bóg postawił na naszej drodze człowieka, który nam to wyjaśnił. Był to spotkany przypadkowo na cmentarzu (odwiedzał grób swego ojca) chirurg, profesor akademii medycznej, który nam wytłumaczył, że śmierć przy zatorze płucnym jest natychmiastowa, nieunikniona i bezbolesna. Pytał nas, czy syn nie cierpiał na różne schorzenia. Nie!!! Było tylko jedno zdarzenie. Jakiś miesiąc przed śmiercią syn zemdlał w tej pracowni, gdzie umarł, i lekarz prowadzący tam zajęcia powiedział mu, że przez chwilę myślał, że go nie odratują, bo serce nie podejmowało akcji, i długo mu tłumaczył, że są takie wady serca, które trudno wykryć za życia, ale które mogą spowodować nagłą śmierć. Syn powiedział mi o tym w Wielką Sobotę, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia na liturgię. Wówczas rozmowa się nie rozwinęła, a potem mi to umknęło. Ale było to dla mnie ważne, że syn wiedział, że może nagle umrzeć. Zmarł dziesięć dni po Zmartwychwstaniu.

Niektóre rozmowy z ludźmi przynosiły pewną ulgę... "Dana, gdy patrzę na was, jak codziennie jesteście na cmentarzu, to przypominają mi się moi rodzice po śmierci mojego brata, pewnie nie pamiętasz... Brat po zdaniu egzaminów dyplomowych w upalny lipcowy dzień skoczył do wody (w gliniance) i już nie wypłynął. Wydobyli go nurkowie po kilku dniach. A mnie zmarło trzymiesięczne dziecko - zakrztusiło się śliną" - mówiła koleżanka. "To dopiero był ból" - odpowiedziałam nieco pokrzepiona. Współczucie innych pomaga, wspiera. Ale były też inne uwagi, przysparzające bólu: "Nie zawsze świeci słońce", "Za wszystko trzeba cierpieć", "Coś takiego zrobiła, że cię to spotkało?". Nie dawały też pociechy stwierdzenia w stylu: "Kogo Bóg miłuje, tego biczuje". Już lepiej milczeć, niż gadać byle co. Przecież Bóg jest Miłością, a nie jakimś katem.

Patrząc na moje cierpienie, cierpieli moi rodzice. Uświadamiam sobie to dopiero dziś, choć minęło już pięć lat. Ojciec wołał: "Boże, czemuś mnie nie zabrał! Jam już zbędny, schorowany, niepotrzebny, a przed nim życie dopiero się otwierało!". Mama wiedziała, co czuję, bo w czasie drugiej wojny światowej straciła dwie córki. Ale nie mówiła za dużo, chciała, żebyśmy to my mówili i nie próbowali się nawzajem obwiniać, bo to nie przywróci życia synowi. My z mężem byliśmy przynajmniej raz dziennie na cmentarzu. Grób syna tonął w kwiatach. W ten sposób chciałam udowodnić synowi, że go kochamy. A on śnił się nam tak, jakby był wśród nas. Najpierw dzieciom, po jakimś czasie mnie.

Płynęły dni... potem tygodnie... a mnie nadal tak samo bolało odejście syna, jakby to było dziś... Mówią, że czas leczy rany... ale mnie nie leczył... I wyrwało mi się z głębi serca nad grobem Jacka: "Boże, pomóż mi! Nie radzę sobie z tym bólem... zrób coś... nie mam już sił, nawet takich czysto fizycznych". I pomógł! Była niedziela, proboszcz na kazaniu długo mówił o dziękowaniu. Wyszedł od wersetu: "Za wszystko Bogu dziękujcie". Idąc na cmentarz po Mszy świętej, myślałam o tym kazaniu. Kiedy wykonywałam codzienne czynności porządkowe przy grobie syna, zagadnęła mnie kobieta, która w sąsiedztwie porządkowała grób swego ojca. Nie miałam chęci na rozmowę, ale prosiła, żebym opowiedziała jej coś o Jacku, i tak zaczęłyśmy rozmawiać. Pod koniec tej rozmowy wspomniałam jej o dzisiejszym kazaniu, o dziękowaniu Bogu za wszystko... i że właściwie to powinnam Bogu podziękować za Jacka, że mi go dał... że był dobrym dzieckiem... że przez 25 lat był dla nas radością, chociaż troski też były... i że Jacek wiedział, że może nagle umrzeć... I popłynęły mi łzy. Padłyśmy sobie w objęcia. I muszę przyznać, że od tamtego czasu ten ból przestał mnie przygniatać, przytłaczać. Za wszystko Bogu dziękujcie... Później podziękowałam i za to cierpienie, i za to doświadczenie tak trudne. Od tego czasu rzeczywiście dziękuję często.

Po kilku miesiącach od śmierci Jacka ludzie zwrócili mi uwagę, że mój małżonek bardzo zeszczuplał. Zapytałam go więc, czy pości, czy się odchudza, czy mu co dolega. Wreszcie zdecydował się pójść do lekarza. Podejrzewano guza, badania potwierdziły wstępną diagnozę. Potem przyjęto go do kliniki, gdzie powtórzono badania, a następnie wyznaczono termin operacji. Okazało się jednak, że był to nieoperacyjny guz przełyku umiejscowiony na odcinku wpustu do żołądka. Otwarto więc jamę brzuszną i zamknięto, wkładając jedynie przetokę do późniejszego karmienia. Nikt z personelu nie powiedział mężowi, jaki jest jego stan. Uspokajano go, że niby wszystko w porządku. Kiedy ja chciałam rozmawiać z lekarzem, zawsze jakoś już wyszedł, jeszcze nie przyszedł, był na innym oddziale, był... ale go nie było. Mnie to specjalnie nie niepokoiło, ważne było dla mnie, jak się mąż czuje, bo zaraz po operacji był w "dołku psychicznym", ale później czuł się coraz lepiej. Na dolegliwości fizyczne nie narzekał, ponieważ dostawał leki znieczulające.

Wreszcie nadszedł czas wypisania z kliniki. Lekarz, który "już wyszedł", wrócił po coś. Przedstawiłam się mu i zapytałam, co zostało usunięte w czasie operacji, na co on odparł, że nic. Najpierw próbował jakoś tak ogólnie, ale w końcu powiedział dokładnie. Spytałam, jak to mam małżonkowi powiedzieć, gdyż dla mnie było oczywiste, że człowieka nie można w tych sprawach okłamywać. Poradził mi najpierw, żeby nie mówić prawdy, ale potem - że mam powiedzieć, że wiedza medyczna na aktualnym poziomie nie zna technicznego sposobu na wykonanie tej operacji, że leczenie tego schorzenia jest poza możliwościami medycyny. Przez całą tę rozmowę nie umiał mi spojrzeć w oczy, umykał speszony ze wzrokiem, kiedy nasze spojrzenia się przypadkowo spotkały.

Jak mi poradził, tak i powiedziałam. Początkowo mąż nie chciał wierzyć. Pomyślałam, że ta wiadomość może go załamać, więc w drodze powrotnej (około dwóch godzin jazdy samochodem) zaczęłam się intensywnie modlić, aby tak się nie stało. I nie załamał się. Chociaż lekarz prorokował najwyżej dwa - trzy miesiące życia (o tym tylko ja i syn wiedzieliśmy), to małżonek żył trzykrotnie dłużej. Wiedział, jak będzie wyglądał końcowy etap jego choroby, do końca panował nad sobą, nad dolegliwościami, mocował się ze swoim schorowanym ciałem. Dla mnie był bohaterem. Nie narzekał, nie jęczał, do końca był samodzielny. Ostatnie kilka dni chciał spędzić w szpitalu, żebym ja się nie martwiła. Nie chciał, żeby dzieci były w domu w tym czasie; nalegał, żeby wyjechały na ferie, żeby ich nie stresować. I tak się stało. Dzieci rozjechały się, każde w inną stronę, ze świadomością, że mogą wrócić już po jego śmierci. Tylko ostatnia nasza córeczka, wówczas będąca w siódmej klasie, uparła się, że nigdzie nie pojedzie, i była z nami do końca.

Małżonek zmarł, powiadomiłam dzieci, przyjechały, i nie wiedzieć czemu, wszystko im nie pasowało. Wszystko czyniłam według nich nie tak, jak powinnam, nawet źle ubrałam męża do trumny. Czułam się bardzo osamotniona, rozpłakałam się i przy wieczornej modlitwie poprosiłam zmarłego męża, żeby mi się przyśnił w tym ubraniu, jeśli mu ono nie przeszkadza. I przyśnił się, i to mnie uspokoiło. Przyśnił mi się taki jak w młodości, jak w narzeczeństwie, i cieszyłam się, że nie był taki szczupły jak przed śmiercią. Mąż był i jest dla mnie wielką pomocą, daje mi psychiczne wsparcie. Śnił mi się wiele razy i zawsze ten sen dodawał mi otuchy, pozwalał łatwiej znieść przeciwności życia, które jakoś dziwnie nie chciały mnie opuścić. Nie układało się również i dzieciom według ich planów, więc wyjechały ode mnie, jedno po drugim, nie w złości, ale nie umiały obok mnie ułożyć sobie życia. Została ze mną ta ostatnia córeczka, która jest teraz w trzeciej licealnej i też wybiera się na studia. Pozostałe dzieci nie mają łatwego życia. Przedostatnia, która właśnie stoi przed obroną pracy magisterskiej, jest tak schorowana, że bez leków (hormonów) nie może żyć. Jako matka bardzo cierpię, kiedy się dzieciom nie układa, bo każda matka nieba przychyliłaby swojemu dziecku.

Upłynął jakiś czas od śmierci małżonka, kiedy na cmentarzu spotkałam Dorotę, koleżankę ze szkoły, która przychodziła na grób swego syna. Ponieważ była samochodem i mieszkała w tym samym kierunku, więc razem jeździłyśmy i wiele opowiadałyśmy sobie o naszych dzieciach, mężach i sprawach dnia codziennego. Przede wszystkim jednak rozmawiałyśmy o naszych zmarłych synach. Powiedziałam jej, że dla mnie było ważne, że syn wiedział, że może nagle umrzeć, że na pewno był przygotowany na śmierć, że zdążył mi o tym powiedzieć. Ważne też było to, że nie cierpiał. I właściwie to nigdy nie miałam żalu do Boga o śmierć syna, niejako się na nią zgodziłam, i Jacek się zgodził przed Bogiem na to odejście od nas. Wierzę, że Bóg dał mu to, co najlepsze. Nieraz myślałam, dlaczego Jacek zmarł akurat daleko od domu, bo na uczelni, i dziś wiem, że to było wręcz błogosławieństwem. Pewnie nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby karetka pogotowia przyjechała do domu za późno, a ja nie umiałabym mu pomóc. I dlatego myślę, że wyjątkowo delikatnie postąpił względem mnie Bóg, bo mogło być jeszcze trudniej. Długo też myślałam, co tak naprawdę mnie boli w związku ze śmiercią Jacka. Doszłam do wniosku, że boli mnie odejście syna w nieznane, to, że nie mogę go już więcej chronić - to taki matczyny odruch. Choć przecież i tu, na ziemi, nie w każdej sytuacji umiałabym mu pomóc, a nie ma nic gorszego jak bezradność rodzica wobec cierpienia dziecka. Zresztą wcale tu nie jest tak dobrze, żeby nasi zmarli chcieli do nas wrócić. Napisane jest w Ewangelii, że tam jest tak cudownie, że "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało". Często przy naszych rozmowach obie płakałyśmy.

Rozmawiałyśmy również o naszym stosunku do bliskich zmarłych. Mówiłam jej, że dla mnie moi bliscy są tuż obok, jakby za cienką zasłoną, że doskonale wiedzą, co się z nami dzieje i chcą nam pomagać. I pomagają! Kiedy zepsuł się kran i leciała woda, zamknęłam w piwnicy główny zawór i poprosiłam męża (już zmarłego), żeby mi pomógł naprawić. I pomógł. W drodze do pracy natknęłam się na konserwatora z naszej pracy, który mnie zagadnął, a kiedy powiedziałam o swoim problemie, to mi pokazał na zużytym sprzęcie, jak mam sobie poradzić, i nawet pożyczył mi klucz. Naprawiłam sama, to znaczy z pomocą męża.

Bóg postawił mi Dorotę na drodze. Stała mi się bardzo bliska, wspólne przeżycia łączą ludzi. Nasze rozmowy pozwoliły mi uświadomić sobie wiele rzeczy, wnosiły pokój i ciszę w moje serce. Dzięki nim pogłębiły się moje relacje z Bogiem. I właściwie dziękuję Bogu za te wszystkie trudne przeżycia, bo dzięki nim doświadczyłam Jego miłości. Dziękuję też za tę ankietę, bo ona spowodowała, że zebrałam w całość wiele złożonych spraw i dziś patrzę w przyszłość z większą ufnością. Dziękuję Bogu i Jego Matce za Ich wspaniałą Miłość.

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej