Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Zelia i Ludwik Martin - twórcy "malej drogi" św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Rodzice Św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Zelia i Ludwik Martin, połączyli się świętym węzłem małżeństwa 13 lipca 1858 r. we francuskim miasteczku Alencon.

Ona, córka byłego żołnierza cesarskiego i bardzo surowej matki, która nie rozumiała dziewczęcia, otrzymała gruntowne wychowanie, ale, jak wspominała w liście do brata (7 XI 1865), nie miała nigdy rozrywek w swoim życiu. "Moje dzieciństwo, moja młodość - były smutne jak całun".

Prawdopodobnie wywarło to wpływ na pewną twardość jej charakteru. Cechowały ją energia i odwaga, odpowiedzialność i wytrwałość w zmaganiu się z przeciwnościami, zdolność do poświęceń, ale też troskliwość i serdeczność.

Zanim założyła rodzinę, otworzyła własne przedsiębiorstwo koronkarskie, które, zgodnie z tradycją regionu, miało produkować słynne w całej Francji koronki z Alencon. Tego artystycznego rękodzieła Zelia nauczyła się u sióstr adoratorek, które zajmowały się jej edukacją.

On, syn normandzkiego oficera armii francuskiej , a z zawodu zegarmistrz i jubiler, mimo impulsywnej natury był niezwykle subtelny, szlachetny i wrażliwy na piękno, wielkoduszny, lubujący się w samotniczej kontemplacji i lekturach kształtujących duchowość.

Kochali się niezmiernie. Po kilku latach małżeństwa, gdy Ludwik przebywał poza domem, małżonka pisała do niego: "Czuję, że podwaja się jeszcze moje uczucie przez to pozbawienie się Twojej obecności. Byłoby dla mnie niemożliwe żyć z daleka od Ciebie" (31 VIII 1873). On odwzajemniał to uczucie. Mimo znacznej różnicy charakterów żyli w wielkiej zgodzie, gdyż Zelia, z właściwą kobietom zręczną dyplomacją, umiała wpływać na jego decyzję. "Wiesz - pisała do dorastającej córki - że jeśli czego pragnę, to powolutku postawię na swoim" (15 VII 1877). Dzięki temu nie kłócili się.

Po ślubie Ludwik zlikwidował swój zakład, by ulokować pieniądze w prosperującym od kilku lat przedsiębiorstwie małżonki. W miarę potrzeby i osobistych możliwości włączał się do prac związanych z jego prowadzeniem, nadto zajmował się ogrodem.

Duszą i siłą napędową interesu była Zelia. Ona obsługiwała swoje chałupniczki rozdzielając im prace i odbierając wykonane; ona kontrolowała jakość wyrobów i korygowała błędy. Na niej także spoczywała główna odpowiedzialność za funkcjonowanie domu, o czym po latach napisała jedna z córek: "Nasza matka miała niezwykłą siłę charakteru i samozaparcia, nie mówiła o sobie, zapominała o sobie. Pracowała z wielką odwagą, by nam dać dobre wychowanie". Bywało, że kończyła dzień nieludzko zmęczona, ale nie dopuszczała nawet najmniejszej taryfy ulgowej; czasem tylko skarżyła się w liście do brata: "Mam tyle utrapienia z tymi przeklętymi koronkami z Alenęon, które są koroną wszystkich moich kłopotów. To prawda, że zarabiam trochę pieniędzy, ale, mój Boże, jak mię to drogo kosztuje!... To dzieje się za cenę mojego życia, bo jestem pewna, że to skraca moje dni" (23 XII 1866). Mimo to jej trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość kazało jej pisać do bratowej: "Myślę jednak, że byłoby szaleństwem z mojej strony porzucić to przedsiębiorstwo mając pięcioro dzieci, którym trzeba zapewnić byt" (6 II 1876).

Jednak osobowość Zelii była całkowicie inna niż większości dzisiejszych "bussines-women". Jej nie imponowało bogactwo ani uciechy i obyczaje "fałszywego świata". "Jest rzeczą pewną - pisała do brata i bratowej - że stała pomyślność oddala od Boga". "Nie chcę się do nikogo przywiązywać, jak tylko do dobrego Boga i do mojej rodziny" (21 VII 1872). Istotnie ona pragnęła być stale blisko Pana wiedząc, że wszystko Mu zawdzięcza. Każdy dzień oboje z mężem rozpoczynali o szóstej rano od uczestnictwa we Mszy św. Nigdy nie opuszczali pierwszopiątkowej Eucharystii. Pokornie godziła się z wolą Bożą, bez szemrania przyjmowała wszelkie krzyże, niezachwianie wierząc w miłosierdzie Boga. Tłumaczyła swemu bratu: "Dobry Bóg jest Mistrzem: może nam zesłać dla naszego dobra mniejsze lub większe cierpienie, ale nigdy nie zabraknie nam Jego pomocy i łaski" (17 X 1871).

Jakkolwiek pracę wykonywała wzorowo, to prawdziwym jej szczęściem był dom, w którym mogła realizować swe posłannictwo żony i matki. Urodziła dziewięcioro dzieci, ale czworo zmarło we wczesnym dzieciństwie; zaś te, które żyły, opromieniały jej szare dni. W liście do bratowej pisała: "Zajmowanie się małymi dziećmi, to praca przyjemna. Gdybym tylko to miała do roboty, uważałabym się za najszczęśliwszą z kobiet" (14 IV 1868). Nie mogła zrozumieć ludzi, którzy w imię dobra swych interesów oddawali własne dzieci na wychowanie innym: "Wolałabym umrzeć, niż rozstać się z moimi dziećmi" - pisała 10 X 1875 r. w liście do córki. Kochając je nad życie, okazywała wielką troskę o ich zdrowie i wychowanie, w którym słodycz przeplatała się ze stanowczością. Nade wszystko dbała o ich rozwój duchowy. Od najwcześniejszych lat opowiadała im o Bogu, wspólnie z nimi modliła się i nawet z maluchami odprawiała w domu różne nabożeństwa; systematycznie przyzwyczajała do drobnych ofiar w rozmaitych intencjach. Czytała dziewczętom książki religijne i wdrażała w życie ukazywane w nich wzory. Starannie dobierała im towarzystwo. Pilnowała, by np. przebywając wśród zamożniejszych od siebie nie wypaczały charakterów niezdrową zazdrością. Panny Martin nigdzie nie wychodziły same, bez opieki.

Od zarania wychowywała je do świętości, o którą nieustannie się modliła. Gdy podrasta- jące dziewczęta pobierały nauki w szkołach klasztornych, niezmordowanie przypominała im o tym, by były święte. "Pracuj dalej nad sobą - pouczała w liście Paulinkę - byś była dobra i święta, a jeśli nie masz tego ostatniego przymiotu, staraj się go zdobyć" (1 1876). Nawet gdy droga do świętości córek wymagała poniesienia kosztów, Zelia nie liczyła się z nimi. "Pieniądze nie mają znaczenia tam, gdzie chodzi o uświęcenie i udoskonalenie duszy" (10 V 1877) - pisała do Pauliny, gdy jej starsza siostra pragnęła pojechać na rekolekcje do innego miasta. Jednak wiodąc córki ku świętości nie wiązała ich przyszłości z zakonną służbą Bogu, przeto starała się zapewnić im posag.

Także wdrażając dziewczynki do praktyk religijnych, czyniła to z ogromnym wyczuciem i umiarem; niczego nie narzucała, nie zmuszala pod żadnym rygorem. Gdy były małe, nie zabierała ich na całe Nieszpory, a jedynie na Błogosławieństwo, by nie męczyć i nie zrażać do nabożeństw. Najstarszej córce, szesnastoletniej już pannie, nie pozwoliła uczęszczać na pierwszą o poranku Mszę św., aby zbyt wcześnie nie wstawała. Wiedziała bowiem, że Boga trzeba przyjąć samemu, z własnej woli, bez przymusu i ofiarować Mu przyjaźń z radością, bez wymuszonych poświęceń. Ale nie wszystko układało się po jej myśli, gdyż ze średnią córką przez kilkanaście lat miała poważne kłopoty wychowawcze. "Kiedy patrzę na nią - pisała - doznaję wielkiego cierpienia, bo ona zawsze robi to, czego ja nie chcę" (13 II 1877). Jednak i ten krzyż znosiła z pokorą i spokojem. "To jest ziemia trudna do uprawy i trzeba nam koniecznie rosy z nieba" (28 V 1877) - pisała do bratowej, i niestrudzenie zanosiła modły do Boga. "Gdyby mi przyszło złożyć ofiarę z mojego życia w tym celu, by ona stała się świętą - wyznawała - zrobiłabym to z całą chęcią" (18 I 1877). Licząc na Miłosierdzie Pańskie, nie zawiodła się, bowiem za przyczyną niedawno zmarłej swej ukochanej siostry z zakonu wizytek wyprosiła wreszcie łaski dla tego dziecka.

Mimo rozlicznych obowiązków Zelia Martin niemało swego czasu ofiarowywała innym, nie tylko własnej rodzinie. Była otwarta na wszystkich, którzy potrzebowali jej wsparcia zarówno materialnego, jak i duchowego. Wraz z córkami odwiedzała ubogich i chorych, i nieustannie ingerowała tam, gdzie dostrzegała niebezpieczne oddalanie się od Boga. "Mój Boże - pisała 7 XI1875 - jakże smutny jest dom bez religii! Jak straszna tam wydaje się śmierć". Gdy zmarła nagle jej znajoma, ubolewała: "Najboleśniejsza jest dla mnie myśl, że ona nie praktykowała. Była na Mszy św. dwa względnie trzy razy do roku" (26 II 1876).

Przeciążona nadmierną pracą, nie była w stanie osiągnąć doskonałości na każdym odcinku, ale nie dopuszczała do głosu żadnego usprawiedliwienia. Przeciwnie, bolała nad tym, że drażnił ją czasem rwetes domowy, że marzyła o pustelni, że zdarzało jej się kupno bułeczek dla dzieci w niedzielę, że nie lubiła pielgrzymek i nie podobały się jej nabożeństwa majowe, śpiewane bez wyrazu, oraz że lękała się cierpień. Na każdym kroku widziała swoją niedoskonałość. "Ja również chciałabym być świętą, tylko nie wiem, z którego końca się do tego zabrać. Jest tyle do zrobienia, a ja ograniczam się tylko do pragnień. Powtarzam sobie często w ciągu dnia: "Mój Boże, chciałabym bardzo być świętą!" A potem nie spełniam czynów!" (26 II 1876).

Mimo swych uchybień była przepojona Bogiem i nie musiała tego deklarować, gdyż każdy jej czyn dobitnie o tym świadczył . W obliczu nieuleczalnej choroby prosiła Matkę Bożą z Lourdes o uzdrowienie, ale jednocześnie pisała do bratowej: "Jeśli zechce, uzdrowi mnie, jak uzdrowiła już tylu chorych. Nie jestem jednak przekonana o tym, że mnie uzdrowi, gdyż to może nie być wolą Bożą. Wtedy trzeba będzie spokojnie poddać się" (5 I 1877). "Wiele mnie kosztuje opuszczać swojego męża i dzieci. Ale z drugiej strony mówię sobie: "Jeżeli nie zostanę uzdrowiona, to widać dla nich będzie pożyteczniej, kiedy umrę"" (20 II 1877). "W końcu dobry Bóg daje mi tę łaskę, że wcale się nie lękam. Jestem spokojna, niemal szczęśliwa, za nic nie zamieniłabym swojego losu" (jw.).

Odpowiedzialna aż do końca, podjęła likwidację interesu, "by nie zostawić rodzinie kłopotów" (17 XII 1876), zabezpieczyła dodatkową opiekę dzieciom ze strony brata i bratowej, sama zaś w okrutnych cierpieniach, "by zmniejszyć sobie swój czyściec" (20 X 1876), z godnością zbliżała się do Boga. Odeszła 28 sierpnia 1877 r. tak, jak żyła. "Nie po to się jest na ziemi - pisała sześć lat wcześniej do bratowej - by zażywać wszelkich przyjemności, a ci, którzy na nie wyczekują, nie mają racji i są strasznie zawiedzeni w swoich nadziejach" (5 V 1871).

Pięć córek, w wieku 4-17 lat, pozostało pod opieką ojca, Ludwika Martin. Utrata ukochanej żony, która była "światłem domu", urodzoną wychowawczynią, która rozwijała, pobudzała, powściągała, kierowała, a w potrzebie upominała swoje córki; która kochała i podziwiała swego męża; która była świetną gospodynią i doskonałym przedsiębiorcą - zwaliła się wielkim ciosem na tego wrażliwego człowieka. Mimo to nie załamał się. Dwie dorastające panny starały się zastąpić przedwcześnie zmarłą matkę dwom najmłodszym, a średnia - już nie sprawiała kłopotów. Aby być w pobliżu swego szwagrostwa, Ludwik kupił niewielki dom w Lisieux, dokąd się przeprowadzili. Najstarsza córka pełniła obowiązki pani domu, zaś on zajmował się domem, ogrodem, lekturą; jak dawniej prowadził czynną działalność charytatywną i uczestniczył w życiu parafialnym, jako członek kilku stowarzyszeń. Ale przede wszystkim zajmował się wychowaniem córek. Poświęcał im wiele czasu: rozmawiał, bawił się, chodził na spacery i do kościoła. "Wspólnie nawiedzaliśmy Najświętszy Sakrament, wstępując codziennie do innego kościoła" - wspominała po latach Teresa. Pielęgnował prawość i bogobojność swojej rodziny jak za życia żony, a może nawet staranniej, gdyż jego wierność Bogu była głębsza i bardziej skrupulatna. Troszczył się, by w dziewczynkach nie rozwinęła się niebezpieczna pycha, toteż delikatnie, ale stanowczo sprzeciwiał się komplementom, które im prawiono. Kochał je jak matka. "Serce tatusia - zapisała Teresa - już przedtem tak czułe wzbogaciło się w miłość, w uczucia prawdziwie macierzyńskie".

Teresę starał się mieć zawsze przy sobie; zabierał ją na ryby poza miasto, obsypywał pieszczotami i nazywał swoją "królewną". Ona wzajemnie tytułowała go "królem" i z podziwem kontemplowała jego urodę. Jeszcze za życia, matka widziała, że tę najmłodszą najbardziej kochał. Kiedyś w liście do bratowej wyznała: "Mój mąż ją uwielbia. Nie do wiary, ile ofiar podejmuje dla niej dniem i nocą". Ale i pozostałym córkom nie skąpił swych uczuć. I właśnie ten wrażliwy i kochający ojciec, w miarę dorastania dziewcząt, kolejno musiał się z nimi rozstawać, oddając na służbę Bogu.

W 1882 r. zrosił łzami pożegnanie Pau- liny, która wstąpiła do Karmelu. W 1886 r. dołączyła do niej najstarsza, 26-letnia Maria. W 1887 r. jego ukochana "królewna", 14-letnia Terenia, powiedziała ojcu o pragnieniu wstąpienia do tegoż zakonu. Wspominając ów moment, po latach zapisała: "Łzy nasze popłynęły razem, nie powiedział jednak ani słowa, by odwieść mnie od mego powołania". Nie tylko "nie powiedział", ale później, wobec trudności z powodu zbyt młodego wieku - zawiózł ją do papieża, aby tam mogła prosić o zgodę. Dalej pisała: "Tatuś, dzięki prostej i prawej naturze, jaką posiadał, wkrótce został przekonany o Bożym pochodzeniu mego pragnienia... Zdawało się, że tatuś cieszy się już tą spokojną radością, która daje spełniona ofiara; rozmawiał ze mną jak święty".

W styczniu 1888 r. Leonka wstąpiła do zgromadzenia sióstr wizytek, a w kwietniu jej siostra Teresa do karmelitanek. Pozostająca przy nim Celina także skłaniała się do drogi wybranej przez siostry.

Dla pozornie spokojnego i zrównoważonego p. Martin był to jednak zbyt wielki cios, gdyż w niespełna dwa miesiące po tym wydarzeniu pojawiły się u niego pierwsze symptomy choroby umysłowej. Wkrótce jednak rozwinęła się na dobre i - poza krótkimi okresami poprawy - był przez nią nękany aż do śmierci. Celina wstąpiła do Karmelu w 6 tygodni po jego zgonie.

Biedny Ludwik, bezgranicznie posłuszny woli Bożej, nie wytrzymał ciężaru złożonej mu ofiary. Ale prawdopodobnie i znacznie silniejsza psychicznie Zelia, gdyby żyła, przeszłaby podobny wstrząs, bowiem w 1876 r., gdy dwie najstarsze córki, po odbytych rekolekcjach, wspomniały jej o perspektywie wstąpienia do zakonu, napisała do bratowej: "Mimo gorących pragnień, by swoje dzieci oddać dobremu Bogu, gdyby w tej chwili zażądał ode mnie dwóch ofiar, czyniąc to jak najchętniej, nie przeżyłabym tego bez bólu" (9 VII).

Gdyby matka tych dziewcząt nie umarła przedwcześnie, może losy tej rodziny potoczyłyby się inaczej. Wydaje mi się jednak, że dążenie do świętości, od zarania uprawiane jak najlepsza gleba pod Boże ziarno, zaowocowałyby w dowolnych okolicznościach i na każdej drodze życia panien Martin.

19 października 2008 w Lisieux papież Benedykt XVI ogłosił ich błogosławionymi. W niedzielę 18 października 2015 roku papież Franciszek kanonizował małżonków Ludwika i Zelię Martinów – rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Mgr Julia Szwarc

Literatura:
1) Zelia Martin, Korespondencja rodzinna 1863-1877, Wyd. OO. Karmelitów, Kraków 1981.
2) Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Dzieje duszy, wyd. jw., 1977.
3) Teresa Micewicz, Mała Wielka Święta, PAX, Warszawa 1980.


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Małżeństwo - echo pierwotnej jednościMałżeństwo - echo pierwotnej jedności

Katecheza: Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkichKatecheza: Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich

Trójca Święta i MaryjaTrójca Święta i Maryja

Wiersze na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi PannyWiersze na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

Boże Narodzenie opowiada nam historię Boga, który stał się DzieckiemBoże Narodzenie opowiada nam historię Boga, który stał się Dzieckiem

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2021 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej