Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
 

Tak nas wywieźli w ten step...

     O Kazachstanie niewiele w Polsce wiadomo. To środkowoazjatyckie państwo powstałe w początkach lat dziewięćdziesiątych, po rozpadzie Związku Sowieckiego, w zbiorowej świadomości Polaków raczej nie istnieje. A jeżeli już, to przede wszystkim jako przeklęta ziemia zesłańców, jako część mitycznego Sybiru, na który przez stulecia deportowano Polaków. Jak w każdym micie, także w tym jest wiele prawdy. Północny Kazachstan, czyli ta część państwa Kazachów, która graniczy z Syberią, była rzeczywiście rejonem Azji, do którego od wieków zsyłano Polaków.

     Zsyłki i deportacje

     Pierwsze zsyłki to lata po konfederacji barskiej, następne - po powstaniach narodowych. Trudno dziś wyliczyć, jak wielu Polaków trafiło wówczas w kazachskie stepy. Jeszcze trudniej powiedzieć obecnie, jak wielu potomków XIX-wiecznych zesłańców żyje po dziś dzień w Kazachstanie. Procesy rusyfikacji, wynarodowienia nie omijały przecież wspólnoty zesłańczej i Polak-zesłaniec po kilkudziesięciu latach zsyłki mógł tak dalece ulec wynarodowieniu, iż jego potomkowie bardziej identyfikowali się z tradycją rosyjską aniżeli polską. Nie można też zapominać, że pewna część powstańców-zesłańców, korzystając z kolejnych odwilży politycznych, które miały przecież miejsce w granicach carskiego imperium, po latach zesłania wracała jednak do kraju.

     Drugą, znacznie liczniejszą grupę deportowanych stanowili ludzie wywiezieni do Azji Środkowej w latach trzydziestych XX wieku z terenów Podola, z okolic Żytomierza i Winnicy, Kamieńca Podolskiego i Płoskirowa, czyli dzisiejszego Chmielnickiego. Większość współczesnej społeczności polskiej w Kazachstanie to właśnie oni lub ich potomkowie. Byli to ludzie wywiezieni przez władze sowieckie z terenów leżących po wschodniej stronie Zbrucza. Zbruczem właśnie biegła w okresie międzywojennym granica polsko-sowiecka. A zatem nasi rodacy, których NKWD wywiozło w kazachskie stepy, nie mieszkali w okresie międzywojennym w Polsce, nie byli obywatelami drugiej Rzeczypospolitej. Chciałoby się napisać, iż mieli paszporty sowieckie, ale nie byłoby to zgodne z prawdą, ponieważ w owym czasie ludzie ci, podobnie zresztą jak większość obywateli sowieckich, w ogóle byli pozbawieni paszportów.

     Okolice Winnicy i Żytomierza to w okresie międzywojennym terytorium swoistego eksperymentu władzy sowieckiej. Właśnie tam powstawała tak zwana Marchlewszczyzna, czyli duży rejon narodowościowy obejmujący powierzchnię 650 km2, nazwany imieniem Juliana Marchlewskiego. Początki istnienia Marchlewszczyzny sięgają lat dwudziestych. We wrześniu 1925 roku na wschód od Żytomierza zaczął funkcjonować pierwszy wzorcowy rejon polski ze stolicą w Dołbyszu przemianowanym na Marchlewsk.

     Podobny polski rejon narodowościowy powstał także na terenie sowieckiej Białorusi i został nazwany imieniem Feliksa Dzierżyńskiego - Dzierżyńszczyzną. Miały to być polskie okręgi narodowościowe leżące nad granicą z Polską, na terytorium których Polacy mogliby zachować narodową odrębność, budować polskie szkolnictwo i kulturę. Ten gest sowieckiej władzy nie był oczywiście bezinteresowny. W zamian Polacy mieli stać się pionierami w dziele kolektywizacji, a w przyszłości, kto wie czy nie heroldami komunizmu także na ziemiach drugiej Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym idea eksportu rewolucji bolszewickiej na zachód była w Związku Sowieckim ciągle żywa.

     Eksperyment wszakże nie nazbyt się udał. Szkoły powstały, ale gdy przyszło do kolektywizacji, okazało się, iż Polacy zawiedli oczekiwania władzy komunistycznej i do kołchozów lub sowchozów akcesu ochotnie nie zgłaszali. Raczej przeciwnie - za wszelką cenę chcieli pozostać przy rodzinnym sposobie gospodarowania, przy prywatnej własności ziemi, przy polskiej tradycji i katolickiej wierze. Mimo wysiłków miejscowego aktywu komunistycznego poziom kolektywizacji na Marchlewszczyżnie był niemal czterokrotnie niższy niż średnia ukraińska.

     W tej sytuacji nastawienie sowieckiej władzy do Polaków zamieszkujących Marchlewszczyznę zmieniło się. Gdy się okazało, że sowietyzacja ludności nie postępuje zgodnie z założeniami sowieckich inżynierów dusz, zaczęto coraz częściej mówić o generalnym rozwiązaniu sprawy polskiej na sowieckiej Ukrainie. Zgodnie z komunistyczną terminologią Polacy z Ukrainy byli typowymi przedstawicielami znienawidzonego przez władzę bolszewicką kułactwa. Logiczną, z punktu widzenia komunistów, konsekwencją takiej postawy mogły być tylko represje. Tymi represjami były właśnie masowe deportacje przeprowadzone na tamtych ziemiach w latach trzydziestych. W ich rezultacie tysiące Polaków z Podola, obywateli sowieckich, zostało wywiezionych do Środkowej Azji, przede wszystkim do Kazachstanu.

     O deportacji ludności polskiej z terenów przygranicznych zaczęto mówić jesienią 1935 roku. Jednocześnie w październiku 1935 roku został rozwiązany polski rejon narodowościowy. Zlikwidowano polskie szkoły i instytucje kulturalne. Polacy byli zwalniani z pracy na kolei, z zakładów przemysłowych, z pracy w organach władzy partyjnej i państwowej. 17 stycznia 1936 roku Komitet Centralny WKP(b) przyjął specjalną uchwałę o wysiedleniu 15 000 gospodarstw Polaków i Niemców z Ukrainy do Kazachstanu. Ostateczną decyzję o deportacjach zatwierdził rząd sowiecki 28 kwietnia 1936 roku.

     Pierwsze wysiedlenia miały miejsce już w czerwcu 1936 roku. Z dokumentów sowieckich wynika, iż do września 1937 roku do Kazachstanu deportowano 20 000 rodzin. Przy założeniu, iż przeciętna rodzina składała się z 4-5 osób, otrzymamy liczbę od 80 do 100 tysięcy deportowanych. Trzeba wszakże pamiętać, iż przy braku właściwej dokumentacji trudno dziś precyzyjnie powiedzieć, ilu Polaków z Ukrainy trafiło w latach 1936-1937 do Kazachstanu.

     Towarowe eszelony z ludźmi deportowanymi z Podola trafiły przede wszystkim do północnego Kazachstanu. Wywożono mieszkańców całych wsi i osad. Z pociągów wysadzano ich wzdłuż linii kolejowej w stepie, a następnie ciężarówkami rozwożono do punktów, czyli miejsc oznaczonych numerem, w których była zwykle jedynie studnia. Tam mieli budować osiedla, zakładać pola uprawne, żyć. Literatura dokumentalna na temat pierwszych lat życia Polaków deportowanych w latach trzydziestych do Kazachstanu jest już dziś na tyle bogata, iż jedynie tytułem przypomnienia przywołam tu opowieść Anny Rudnickiej z Krasnoarmiejska, która tak relacjnowała mi tamten dramatyczny czas: "To na Ukrainie było, blisko Równego. Pod samą granicą z Polską. Tam gdzie mieszkali Polacy, nie wiem, ile to było rodzin polskich, przychodzi ochrana i zabierajcie się, powiada. Tydzień nam dali, żeby się spakować... Paszportów nie mieliśmy, pod strażą nas przez ten tydzień trzymali. Co robić? Nic przeciw władzy nie poradzisz. A potem podwody już przyjechały, kazali siadać i wywieźli nas na stację kolejową do Sławuty, blisko Polski. Do wagonów wsadzili, to towarne były wagony. Nary w środku. Ludzie tam na nich spali. I starzy, i dzieci... Po pięć, sześć rodzin w wagonie.

     Tak nas wywieźli tu, w ten step. Tysiące ludzi wtedy przywieźli. Nie tylko z naszej wsi. Przede wszystkim Polaków. Przyjechaliśmy na św. Jana, w czerwcu. To tu wysypali parę setek rodzin, to tam. Co dwadzieścia, trzydzieści kilometrów nas rozsypywali. I tak nas porozrzucali po całym Kazachstanie. Tam gdzie mnie wyrzucili, to dali nam dwie pałatki, a rodzin było jakich trzydzieści. Ścisk był straszny... Ciasnota. Dzieci strasznie zaczęły chorować, zaczęły umierać. Nie było czym ich karmić. Nie było ni mleka, ni cukru... Ni herbaty. Byt jeden sklep, magazin, i tylko chleb w nim był. Pamiętam, w jednej rodzinie pięcioro dzieci było, wszystkie poumierały... U mnie jedna dziewczynka umarła, dwa lata miała. I tak żyliśmy..."

     Najtragiczniejszy był oczywiście pierwszy okres. Wielu Polaków wspomina po dziś dzień, iż tylko dzięki życzliwej pomocy Kazachów deportowanym udało się przeżyć. Bez wsparcia rdzennej ludności byłoby to niemożliwe. Warto zapamiętać ten szczegół. Dla oceny dzisiejszej sytuacji Polaków w Kazachstanie ma on istotne znaczenie. Z biegiem lat Polacy zbudowali w kazachskim stepie domy, powstały wsie i osady. Pamięć o deportacjach przechowało najstarsze pokolenie. Właśnie ono żyło przez ostatnich kilkadziesiąt lat z poczuciem swego tułaczego losu. Wśród pokolenia średniego i młodego wiedza na temat tamtych tragicznych wydarzeń z drugiej polowy lat trzydziestych jest dziś niewielka. Kolejne deportacje Polaków do Kazachstanu nastąpiły w latach 1939 i 1940, kiedy to władze sowieckie rozpoczęły wywózki z terenów dawnych Kresów wschodnich zajętych przez Armię Czerwoną w 1939 roku. W kilku falach deportacyjnych wywieziono na Syberię i do północnego Kazachstanu kilkaset tysięcy ludzi. Większość z deportowanych na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych opuściła po kilku latach Syberię i Kazachstan. Jedni wyruszyli wraz z armią gen. Władysława Andersa i przez Bliski Wschód, Indie, a nawet Afrykę dotarli do Europy. Ci, którzy nie zdążyli opuścić Związku Sowieckiego w tamtym momencie, mieli szansę zrobić to wraz z armią gen. Zygmunta Berlinga, a także już po drugiej wojnie światowej, w kilku falach repatriacyjnych. Jako obywateli Polski międzywojennej, legitymujących się przedwojennymi polskimi paszportami, objęły ich organizowane kilkakrotnie po wojnie akcje repatriacyjne. W ramach tych akcji nie mogli jednak przyjechać do Polski ludzie deportowani w latach trzydziestych. To właśnie oni stanowią po dziś dzień trzon polskiej diaspory w Kazachstanie.

     Kościół prześladowany

     Oczywiście los Polaków deportowanych do Kazachstanu w czasie wszystkich fal deportacyjnych byl ściśle związany z dziejami wiary i Kościoła na tych ziemiach. Przeniesieni niemal w sam środek Azji przynieśli ze sobą tradycję religijną wyniesioną z Polski i Ukrainy. Tą tradycją było chrześcijaństwo obrządku łacińskiego, a niekiedy też greko-katolickiego. Pośród deportowanych znajdowali się bowiem także grekokatolicy - Ukraińcy. Nie bez przyczyny o ziemiach dzisiejszego Kazachstanu mówi się często jako o tragicznym archipelagu zesłańców. Władza sowiecka deportowała tam bowiem nie tylko Polaków, ale w latach drugiej wojny światowej także Litwinów, Łotyszy i oczywiście Niemców zamieszkujących od wieku XVIII Powołże oraz okolice Odessy. To także dzięki nim katolicyzm tradycji łacińskiej trafi! do Azji Środkowej i trwał tam w sercach i umysłach wiernych.

     Życie religijne katolików zesłanych przez władze sowieckie do Azji Środkowej to temat tyleż fascynujacy, ile przerażający. Jednym z założeń sowieckiej inżynierii dusz, której celem było stworzenie człowieka sowieckiego, stała się bezwzględna walka z wszelkimi przejawami życia religijnego. Tak więc ludzie wywiezieni w kazachskie stepy zostali przez komunistyczną władzę świadomie pozbawieni możliwości uczestniczenia w życiu religijnym. Deportowanym wraz z wiernymi kapłanom zakazano wykonywania jakichkolwiek funkcji kapłańskich. Efektem ignorowania tego typu zakazów były więzienia i obozy pracy, do których trafiali niepokorni duchowni. O budowaniu kościołów lub kaplic zesłańcy mogli co najwyżej marzyć. Współczesnego obserwatora tamtej przeszłości musi zdumiewać nakład sił, jakie władza sowiecka kierowała do walki z wiarą i religijnością.

     Przywiązanie do religii, potrzeba życia duchowego była wszakże na tyle silna, iż nawet w tych niesprzyjających warunkach Polacy, ale przecież także Litwini, Łotysze czy Niemcy, próbowali prowadzić jakąś działalność religijną w ukryciu. Postacie takich kapłanów, jak o. Kaszuba, ks. Bukowiński, bp Hyra czy w latach późniejszych o. Dumbliauskas, przeszły do historii Kościoła na tych ziemiach. Oczywiście ich działalność nie byłaby możliwa bez poświęcenia i zaangażowania wiernych, którzy bardzo często, nie bacząc na represje i szykany, modlili się w prywatnych domach, tworzyli w nich sekretne kaplice, w których przyjmowali przybywających potajemnie z posługą duszpasterską kapłanów. Tamte heroiczne czasy tak wspominała kilka lat temu Maria Ziliziecka z Krasnoarmiejska w północnym Kazachstanie: "Czy modliliśmy się wtedy? A pewnie, że modliliśmy się. Po chatach zbieraliśmy się. Ale tak, żeby nikt nie widział. Okna zasłonięte, światełko ledwie palimy. A pod okno diabeł podejdzie, zobaczy, że na modlitwie trwamy, drzwi odmyka, do środka wpada, książki rwie, nas z chaty wyrzuca, czegoście się zebrali - wrzeszczy!

     Jaki diabeł, pan pyta? No, taki sam człowiek, jak i my, tylko z diabłem w środku. Razem z nami przyjechał, tym samym pociągiem, ale diabła w środku ma. Jak zobaczy, że ty się człowieku modlisz, to by ciebie zabił za to. I co mu zrobisz? Nie poradzisz z nim". Cytowana już Anna Rudnicka dodawała: "Przechowywałam w domu Przenajświętszy Sakrament. Ludzie przychodzili i komunikowali się sami. Księdza nie ma - to łyżeczką brali. O, bardzo było wtedy srogo, teraz już nie. Czy nie bałam się księży przyjmować? Bardzo się, panie, bałam, bardzo. Ale jakże? Pana Jezusa z domu nie wypędzisz, tak i ksiądz gdzieś musi się zatrzymać... Dla nas ksiądz to było jakieś wielkie cudo. Kiedy tak tu przyjechaliśmy, to ja sobie myślałam, żeby choć z daleka zobaczyć kopułę kościelną. Albo żeby ktoś powiedział, że tędy szedł ksiądz. To już byłoby weselej. My tu od 1936 roku już żyliśmy bez księdza... Księży tu u nas na stałe przez lata nie było. Przyjeżdżali od czasu do czasu... Kiedyś syn mój napisał z Karagandy - mamo, u nas jest ksiądz. To był Bukowiński. Ale ja nie uwierzyłam. Boże przepuść - pomyślałam - to jakiś oszust pewnie. Skąd tam ksiądz, w Karagandzie? Pojechałam jednak. Wierzę i nie wierzę. On dopiero co z więzienia wyszedł. Spodnie na nim jeszcze więzienne, brudne na nim wszystko. Patrzę na niego i myślę - czy ty ksiądz? Ale jak zaczął Mszę świętą odprawiać, to widzę, że ksiądz. To u niego byłam u pierwszej spowiedzi po wielu, wielu latach. Jaka to była radość..."

     Odrodzenie

     Sytuacja katolików w Kazachstanie zaczęła się zmieniać u schyłku lat osiemdziesiątych. Odwilż w sowieckiej polityce wyznaniowej wiązała się z ówczesną doktryną pierierstrojki zapoczątkowaną przez Michaiła Gorbaczowa. To właśnie u schyłku lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, jeszcze w okresie istnienia Związku Sowieckiego, nieliczni kapłani żyjący w Kazachstanie mogli rozpocząć jawną działalność duszpasterską, a władze zezwoliły na budowę kilku kościołów i kaplic w osadach, w których zamieszkiwały przede wszystkim polskie i niemieckie mniejszości. Do końca ostatniej dekady katolicy w niepodległym już Kazachstanie wybudowali blisko 30 świątyń. Początek lat dziewięćdziesiątych to także organizacja struktur kościelnych w Azji Środkowej i powołanie pierwszego na tym terenie biskupa rzymskokatolickiego. Został nim ówczesny proboszcz parafii w Krasnoarmiejsku ks. Jan Paweł Lenga. Od 1991 do 1999 roku istniała na terenie Azji Środkowej jedynie administratura apostolska, następnie zaś została powołana pełna struktura diecezjalna. Budowanie struktur kościelnych zaowocowało w 2000 roku istnieniem w Kazachstanie jednego arcybiskupstwa, dwóch administratur apostolskich oraz ponad sześćdziesięciu parafii łacińskich. Powołane zostało także seminarium duchowne, a pracę duszpasterską sprawuje blisko stu duchownych - kapłanów diecezjalnych i zakonnych.

     Kim są współcześni katolicy Kazachstanu? Czy rzeczywiście Kościół katolicki w Kazachstanie to wyłącznie ludność pochodzenia polskiego i niemieckiego? Pytany o to przeze mnie jakiś czas temu bp Jan Paweł Lenga odpowiadał: "W kościołach zaczynają się pojawiać ludzie o skośnych i ciemnych oczach. Przychodzą na przykład Koreańczycy, Tatarzy. Tutejszy Kościół jest współcześnie wielką mieszaniną narodowości. Taką samą jak współczesny Kazachstan".

     Dla przyszłości katolicyzmu w Kazachstanie istotne znaczenie ma fakt wyjazdów z tego kraju na stałe Niemców, a także Polaków. Czy wraz ze znaczącym zmniejszaniem się polskiej i niemieckiej diaspory na tych ziemiach katolicyzm przetrwa w środowisku, które bardziej ciąży ku islamowi aniżeli ku chrześcijaństwu? Władze Kazachstanu, trzeba to otwarcie przyznać, starają się zachowywać jednakowy stosunek do różnych wyznań. Prezydent Nursułtan Nazarbajew niejednokrotnie potwierdzał, że odrodzenie życia religijnego - zarówno chrześcijańskiego, jak i islamskiego - jest istotne dla budowania suwerennego Kazachstanu. Budowanie wartości duchowych jest bowiem elementem, który sprzyja tworzeniu odpowiedzialnego i świadomego swej tożsamości społeczeństwa. Ten w gruncie rzeczy pozytywny wobec katolicyzmu stosunek władz Kazachstanu potwierdza bp Jan Paweł Lenga, mówiąc: "Nie spotkałem się z żadną oficjalną odmową zgody na budowę nowego kościoła. Budujemy w tej chwili kilka świątyń. Moglibyśmy pewnie budować więcej, gdyby więcej było kapłanów chętnych do organizowania takich budów. Oczywiście w Kazachstanie powstają meczety, ale powstają także kościoły. Skoro więcej jest tu muzułmanów, to i więcej buduje się meczetów. Gdyby więcej było katolików, a przede wszystkim katolickich księży, to i więcej budowałoby się kościołów. A nawiasem mówiąc, to na przykład w Alma Acie wybudowaliśmy już nowy kościół i dwa klasztory, a budowa największego meczetu w tym mieście ciągle jest niezakończona..."

     Dla losów Kościoła katolickiego w Kazachstanie nieobojętny jest oczywiście renesans islamu w tym kraju oraz model islamu, który będzie tam w przyszłości dominował. Dochodzące wszakże co pewien czas doniesienia o groźbie pojawienia się w Kazachstanie islamskiego fundamentalizmu lub powiązanego z nim kazachskiego nacjonalizmu nie znajdują pokrycia w faktach. U schyłku lat dziewięćdziesiątych dr Marek Gawęcki, ówczesny ambasador Polski w Kazachstanie, a jednocześnie etnolog zajmujący się problemami Kazachstanu od lat, zauważał: "Kazachowie są sunnitami, ale w tej chwili świadomość islamską buduje się tu, prawdę powiedziawszy, na nowo, od podstaw. Natomiast bardzo liczne są w islamie Kazachów elementy wierzeń przedmuzułmańskich, bardzo typowe dla społeczeństw koczowniczych. To są elementy tradycji szamańskich. One przetrwały i zostały włączone w ludowy, lokalny islam stepów Kazachstanu. Dzisiaj bardzo trudno odejść tutejszym muzułmanom od tych tradycji. Tutaj nie ma gruntu dla fundamentalizmu islamskiego, nie ma gruntu dla religijnego ekstremizmu. To, co proponują muzułmańskie nurty fundamentalistyczne, choćby odrzucanie kultu przodków, jest nie do pogodzenia z tradycją stepową Kazachów, gdzie kult przodków był zawsze elementem bardzo silnym. Osobiście nie widzę tu szans na szerszy rozwój wahabizmu na przykład czy innych nurtów fundamentalistycznych".

     W podobnym tonie wypowiadał się także bp Jan Paweł Lenga, komentując obserwowane współcześnie odrodzenie kazachskie: "Jest jasne, że Kazachowie, którzy w okresie sowieckim ucierpieli ogromnie, nie mieli swoich szkól, pozbawiano ich możliwości kultywowania języka, kultury, obyczaju, że ci Kazachowie chcą teraz możliwie szybko wracać do swoich korzeni. Można oczywiście ubolewać, że czasami dzieje się to zbyt gwałtownie, ale fakt, że powstają kazachskie szkoły, narodowe instytucje - nie powinien nikogo zaskakiwać. To jest zupełnie normalne. Oni chcą zachować w ten sposób swoją tożsamość".

     Jedno wydaje się pewne: katolicy w Kazachstanie pozostaną mniejszością. Dzisiaj stanowią około 1,8% społeczeństwa tego kraju. Chrześcijanie tradycji wschodniej to 44% społeczeństwa, muzułmanie natomiast - 47%. Mimo mniejszościowego charakteru katolicyzm z całą pewnością będzie w Kazachstanie świadectwem wiary. Tak jak był tym świadectwem przez kilkadziesiąt lat prześladowań i sowieckiej walki z religijnym poglądem na świat. "Kazachstan to jest wielki kraj i dla wielu ludzi tu jest miejsce" - zauważa bp Jan Paweł Lenga. Trudno się z tym nie zgodzić.

Krzysztof Renik

Miejsca Święte nr 59


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć



Poprzednia[ Powrót ]Następna
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej