Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Trudne losy mojego dziadka

     Bohater - to dla wielu z nas ktoś bardzo odległy, osoba, której mężne czyny opiewają legendy, epopeje... Często nie dostrzegamy, że wielu żyjących wśród nas ludzi zasługuje na to szczytne miano. Osobiście za bohatera uważam mojego dziadka - Kazimierza, który w czasie II wojny światowej walczył w obronie naszej Ojczyzny.

     We wrześniu 1939 roku mój dziadek został wcielony do Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" pod dowództwem gen. bryg. Franciszka Kleeberga, w której walczył aż do bitwy pod Kockiem, po której to, 6 października, ta ostatnia regularna jednostka wojskowa kampanii wrześniowej z powodu braku amunicji skapitulowała. Wówczas mój dziadek został umieszczony w obozie w Radomiu. Panowały tam straszne warunki - żywiono się głównie zabijanymi psami i śmierdzącą koniną (ze zwierząt, które padły na polu walki). Ponieważ mój przodek urodził się w Dalwitz (w Niemczech) dwukrotnie proponowano mu podpisanie listy, w której zadeklarowałby przynależność do narodowości niemieckiej, zaś w zamian zostałby uwolniony. On jednak bezkompromisowo odrzucił tę propozycję, mówiąc, iż "Polska nie zginie, dopóki żyć będą Polacy". Za te słowa został pobity. Obawiając się o swój dalszy los, uciekł z obozu następnej nocy, szczęśliwie przedzierając się pomiędzy gęsto ustawionymi "bocianami" (strażnicami) i zasiekami z drutu kolczastego. Nieszczęśliwym zrządzeniem losu, po kilku dniach ucieczki, gdy w okolicach Brześcia przeprawił się przez Bug, został złapany przez Sowietów, którzy uznali go za "szpiona germańskiego". W grudniu 1939 r. dziadek został wywieziony na Sybir - do łagrów. Straszliwy głód i mrozy dochodzące do 40 stopni to obraz tamtych dni. "Jakprędzej podochniesz to dla tiebie budiet lutsze"- mówili Rosjanie. Zesłańców umieszczono w drewnianych barakach, w każdym po ok. 120 ludzi. Na środku ustawiano duży kocioł, który pełnił funkcję pieca - zapewniał on temperaturę do ok. 5 stopni... Dzienne wyżywienie składało się z kromki czarnego chleba oraz litra zupy (gotowanej wody - tzw. kipiatku). Po 12 dniach morderczej pracy był dzień wolny - "wychodnoj". Tego dnia odbywała się kąpiel - do dużej beczki nalewano wodę, w której musiało się wykąpać ponad 30 osób. Wszawica była tak wielka, że dla ostatnich woda była gęsta od tych złośliwych insektów. Sytuacja poprawiła się nieznacznie wiosną. Zbierano wówczas jagody i żurawiny, które dostarczały niezbędnych witamin.

     W końcu nadeszła jesień 1941 roku - koniec morderczej gehenny. Któregoś dnia Rosjanie informują zesłańców, iż są wolni i mogą iść, gdzie chcą. Mój dziadek wraz z kilkoma towarzyszami niedoli został wywieziony do oddalonej od łagrów o 200 km. miejscowości. Tam pracował przy wyrąbie lasu. Warunki były tam znacznie lepsze, można było zarobić na chleb, kaszę i zupę. W marcu 1942 roku dziadek wyruszył do polskiego punktu zbiorczego w oddalonym o ok. 300 km. Kotła- sie. Po 8 dniach trudnej podróży udało mu się dotrzeć do tej placówki. Tam wydano mu odzież, buty i dokumenty, i pozwolono najeść się do syta. Po kilkunastu dniach podstawiono wagony, które przetransportowały wszystkich, którym udało się dotrzeć do Kotłasu, w kierunku Taszkientu (stolica Uzbekistanu-Azja Centralna). Podróż trwała miesiąc. Diametralnie zmieniły się warunki klimatyczne - temperatura dochodziła do 40 stopni. Było to jednak znacznie lepsze od syberyjskich mrozów. W tworzącej się armii polskiej mój dziadek został przydzielony do 6 Dywizji Lwowskiej. Po krótkim czasie, wraz z innymi ochotnikami, pociągiem udał się do Aszchabatu, a stamtąd małymi statkami - węglarkami - do Persji. Po kilku dniach wywieziono ich autobusami do Iraku, gdzie rozpoczęły się ćwiczenia wojskowe. Pod koniec czerwca 1943 roku wyjechali do Libanu, gdzie kontynuowano ćwiczenia. Największy nacisk kładziono na przygotowanie kondycyjne oraz naukę strzelania, gdyż zbliżał się czas wyjazdu na front we Włoszech.

     Na początku 1944 roku nastąpił tak bardzo oczekiwany wyjazd do Włoch. Mój dziadek trafił do miejscowości Paladziano. Tam rozpoczęto intensywne przygotowania do akcji bojowych. Wszystkich ożywiała myśl, iż coraz bliższa jest chwila, w której będzie można spłacić Niemcom dług za niewolę, za wrzesień 1939 roku, za tych, którzy polegli i zginęli w obozach...

     Gdy zajęli pozycje na wzgórzu Monte Cassino, Niemcy próbowali ich zastraszyć, krzycząc przez megafony, iż każde kolejne natarcie zostanie rozbite, tak jak rozbito natarcia Amerykanów, Anglików, Kanadyjczyków, Australijczyków czy Nowozelandczyków... Twierdzili, iż nie ma takiej armii, która mogłaby zwycięsko sforsować Monte Cassino.

     Walka rozgorzała 11 maja 1944 r. Niemcy bronili się do ostatka. Dochodziło do walki na białą broń i wręcz. 14 maja polski front się załamał. Na ratunek pospieszyły posiłki - w nocy z 14 na 15 maja dołączyły 17 i 18 batalion. Kolejny atak okazał się skuteczny. Ostatecznie, 18 maja nad gruzami klasztoru na Monte Cassino załopotała polska flaga, zwiastując koniec piekła, jakim była walka o to wzgórze. Dalszy szlak bojowy mojego dziadka wiódł w kierunku Ankary. Tam spotkało go nieszczęście - został ciężko ranny. Otrzymał przestrzał na wylot, w płucach znalazło się wiele odłamków pocisku artyleryjskiego. Lewa ręka i bok były poszarpane. W szpitalu usunięto mu płat lewego płuca, ręka została przyszyta. W 1947 roku powrócił do ukochanej Ojczyzny.

     Uważam mojego dziadka za bohatera, ponieważ w miarę swoich możliwości i sił służył Ojczyźnie. To dla Niej przelał swą krew, nie szczędząc siebie, swojego życia i zdrowia. Podziwiam go, gdyż mimo tortur, śledztw, upokarzającego traktowania w obozach, nie zniechęcił się i z cierpliwością,wedle swych możliwości bronił i świadczył o Ojczyźnie. Szczególnie cenię go za to, iż w momencie, gdy w obozie niemieckim mógł podpisać listę, która za cenę wyrzeczenia się polskości zapewniłaby mu wolność i lepszy byt, nie zrobił tego, odważnie świadcząc o swym patriotyzmie. Dziadek uświadomił mi, jak wielką wartością jest wolna Polska. Jego miłość do Ojczyzny jest dla mnie przykładem, który chciałbym naśladować.

Jan Niciejewski
W Rodzinie, nr 238


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej