Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Wizerunek nadziei niepozbywalnej

     Czym jest nadzieja w życiu człowieka? Jest siłą napędową wszelkiego chcenia i działania, jest mocą w cierpieniu i uspokojeniem w szczęściu. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak głęboko i nieodwracalnie wpisana jest nadzieja w naturę ludzką.

     Co dnia i na każdym kroku akceptujemy jakieś nadzieje i spodziewania. Nie muszą być one od razu ostateczne i cudowne, mogą być małe i najzwyklejsze, liczone na najbliższe godziny. Nadzieja otwiera przed człowiekiem jego przyszłość. Zawsze ukazuje jakieś lepsze jutro i dzięki temu pozwala nam znieść rozmaite doświadczenia, których nam zazwyczaj nie skąpi życie.

     Aby odpowiedzieć, na pytanie czym jest nadzieja, warto uświadomić sobie, jak wygląda życie bez nadziei? Niewątpliwie takie życie jest nie do pozazdroszczenia, prowadzi, bowiem do rozpaczy i nihilizmu. Wszystko wówczas sprzysięga się przeciw człowiekowi, a przyszłość to jedynie unicestwienie. Grozę tej sytuacji ukazał w swoim obrazie Dzień Gniewu Pańskiego, prekursor romantyzmu John Martin zwany "Szalonym". Pod koniec swego życia tworzył majestatyczne, niesamowite, inspirowane poezją Miltona, wizjonerskie obrazy, które wzbudzały sensację w Anglii i Europie (wywarły wpływ na malarstwo J.M.W. Turnera). Przedstawiały one w wielkiej skali sceny biblijne z maleńkimi figurkami ludzi lub zwierząt z tajemniczym, niepokojącym niebem.

     Takie właśnie niebiosa widzimy w obrazie Dzień Gniewu Pańskiego, ilustrującym moment zagłady ludzkości, kiedy otworzyły się niebiosa i przez czterdzieści dni, i czterdzieści nocy padał na ziemię deszcz Bożego gniewu. Góry pękają, szaleją pożary, a z nieba strzelają pioruny. Oto Bóg odwrócił swoje oblicze od ludzkiego rodzaju, który przebrał miarę występków. Maleńkie postacie w centrum, nagie w swym wstydzie i hańbie, znikają w pierwotnej nicości, z której przybyły. Przestały być ważne, nic się nie liczy, nawet ich rozpacz nie zwraca niczyjej uwagi. To jest kwintesencja beznadziei.

     Dla każdego człowieka, nawet dla "Szalonego" Johna, taka atmosfera nie jest na dłuższą metę do wytrzymania. Dlatego po kilku obrazach przedstawiających ekspresyjne wizje dnia zagłady, gdy świat pogrążył się w pierwotnym chaosie i człowiek zostaje unicestwiony, John Martin maluje zupełnie inny w swej wymowie obraz, który zatytułował Zejście wód.

     Jak wiemy z lektury biblijnego Potopu, po tym kataklizmie nikt nie ocalał oprócz jednego sprawiedliwego męża i jego rodziny. Bóg, bowiem rozkazał mu zbudować statek z żywicznego drzewa, na którego pokład zabrał Noe zwierzęta po parze z każdego rodzaju. Kiedy wody zaczęły ustępować, arka osiadła na stromym szczycie góry, Ararat. By sprawdzić, czy wody już ustąpiły, Noe otworzył okienko swego statku i wypuścił kruka. Ten jednak zaraz wrócił, ponieważ nie znalazł żadnego miejsca, gdzie mógłby usiąść i odrobinę odpocząć. Podobnie zrobiła gołębica. Noe odczekał jeszcze tydzień i znowu otworzył arkę. A wtedy gołębica przyniosła mu gałązkę oliwną znak, że ziemia znowu rodzi, a Boży gniew się skończył. Tę właśnie chwilę chciał uchwycić malarz. W obrazie widzimy jak właśnie wody ustąpiły. Na sterczących wśród fal nagich skałach, wszczepione w mizerną garstkę ziemi, zieleni się wątłe oliwkowe drzewko.

     Przysiadła na nim biała gołębica - symbol pokoju i nadziei dla świata. Obok, na zmurszałym pniu siedzi kruk, który pazurami wpił się w martwego węża. Wąż symbolizuje tu zło, które Bóg wyplenił oczyszczającymi wodami potopu. W głębi, zmarszczone delikatnym powiewem wiatru, przelewa się bezkresne morze. Światło załamuje się w wilgotnym powietrzu, rozsuwa się zasłona ciemnych chmur. Za chwilę Stwórca położy "na obłokach swój łuk" - wielobarwną tęczę, znak przymierza między niebem i ziemią. Znak nadziei, że już nigdy Bóg nie odwróci swego oblicza od człowieka. Gdy porównamy te dwa obrazy, i wejdziemy w ich atmosferę, zrozumiemy, czym jest beznadzieja i nadzieja dla ludzkości.

     Zawiedzeni i zmęczeni ludzie ukuli powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich. Gdyby miało to być prawdą, należałoby powiedzieć w następstwie, że trudno jest żyć, nie będąc głupim, gdyż trudno jest żyć bez nadziei. I choćbyśmy deklarowali z całym przekonaniem swój sceptycyzm - nie umiemy się pozbyć zawierzenia. Jeśli nie ludziom, to bodaj rzeczom; a czasem tylko pamięci. Zawodzą nas ludzie, zdradzają nas także rzeczy. Z ludźmi wychodzi nie tak, jak miało być, wydarzenia przebiegają inaczej. Nawet rzeczy martwieją nam w ręku - nie takie, jakimi były w naszych oczach jeszcze wczoraj. I przecież nieraz oszukuje nas własna pamięć. A my wciąż nie umiemy żyć bez zawierzenia i nadziei. Zawiedzeni i pobici, potrafimy się zdobyć tylko na żałosne redukcje nadziei. Czepiamy się ich jak "tonący brzytwy", bo naprawdę nie można żyć bez nadziei chociażby skarłowaciałej i krótkotrwałej. Kiedy umiera nadzieja, człowiek przechodzi w stan wegetacji, traci wiarę, a jej miejsce zajmuje rozczarowanie.

     Samo powstanie nadziei wiąże się z niebezpieczeństwem rozczarowania. Rozczarowanie towarzyszy każdej nadziei jak cień. Dlatego droga człowieka przez życie wiedzie poprzez nadzieje i rozczarowania. Po tej drodze kroczy się raz samemu, raz we wspólnocie. Idzie się nocą i we dnie, w świetle i bez światła. Przy sprzyjającej i nie sprzyjającej pogodzie. Ważne jednak, aby iść, a iść można tyko wtedy, kiedy ostatecznie zwycięża nadzieja nad rozczarowaniem. Bowiem rozczarowanie, zbyt długo trwające, w każdej chwili może uczynić krok w kierunku rezygnacji.

     Kiedy obserwujemy współczesnego człowieka i jego zasadnicze problemy zauważamy, że przeżywa on kolejny kryzys wielkich nadziei. Kryzys nadziei ma ten skutek, że przyszłość jakby zamyka się przed człowiekiem. Nie znajduje on w sobie dość sił, aby znosić wszystkie utrapienia i bóle, jakie mu codzienność gotuje. Przedłużający się kryzys sprawia, że wielu z współczesnych popada w stan rezygnacji. Ale gdy stan rezygnacji i apatii pogłębia się, człowiek nie znajduje już dość siły do dalszego życia. Słowo rezygnacja oznacza w tym kontekście stan wyrzeczenia się jutra, wspólnoty z drugim, a niekiedy nawet wyrzeczenia się owej samotnej walki o jutro.

     Dlatego warto chronić nasze nadzieje, ciągle dbać o ich umocnienie. Jak to robić? Ksiądz Józef Tischner mówi, że nadzieje buduje się, nie poprzez kreślenie kolorowymi farbami obrazów przyszłości, ale w ten sposób, jakby się sadziło dęby. Zasadzone dziś dęby są małymi drzewami, ale kiedy nieco poczekamy, dęby wyrosną. Trzeba sadzić dęby, a sadzić dęby, znaczy nazywać prawdy i ustanawiać wartości, których żaden dym nie zasłoni ani żadna rdza nie zniszczy. Tylko taka nadzieja pomaga przetrwać niejedno utrapienie. Jeśli jakaś nadzieja jest zniszczona, to dlatego, że była ona dość płytką nadzieją, namalowaną kolorowymi farbami. Nadzieja rzetelna nie rośnie z tego, co ewentualnie mogłoby jeszcze być, ale z tego, co jest. Rośnie z ziemi, z lasu, z ludzi. Dlatego w niebie skończy się nadzieja, a zostanie tylko miłość.

     O tej niezwykłej roli nadziei mówi Theodore Gericault w najsłynniejszym swoim dziele, wyrastającym z dogłębnego przeżywania przez malarza współczesności, które zatytułował Tratwa Meduzy. Temat obrazu nawiązywał do autentycznych wydarzeń, które wstrząsnęły opinia publiczną nie tylko we Francji. W czerwcu 1816 roku, z wybrzeży Francji wypłynęły trzy statki z 365 pasażerami do Senegalu. Na fregacie Meduza było 240 mężczyzn, 18 kobiet i ośmioro dzieci. Na skutek błędu kapitana 2 lipca fregata osiadła na rafie. Kapitan i wyżsi oficerowie odpłynęli na łodziach ratunkowych, pozostawiając na tonącym statku 150 pasażerów i załogę. Mimo braku dowództwa i rozgardiaszu, załodze i pasażerom udało się zbudować tratwę, na którą zabrało się 150 osób. Z tej liczby po 13 dniach odnaleziono zaledwie piętnastu rozbitków dryfujących na tratwie.

     Wydarzenie to wywołało polityczną burzę, prasa wiele pisała o tej historii, składając odpowiedzialność na skorumpowane władze. Jeden z ocalonych rozbitków, lekarz okrętowy napisał książkę zawierającą bezpośrednią relację z dramatycznej katastrofy na morzu. Gericault przeczytał jego wspomnienie, wtedy wszyscy tę książkę czytali. W kilka miesięcy po jej wydaniu przetłumaczono ją na kilka języków. Lekarz opisuje różne ekstremalne formy zachowania w sytuacji zagrożenia, pisze o wzajemnym okrucieństwie, do którego pchnął rozbitków głód, brak wody pitnej i osłony przed falami.

     Wydarzenie to zainspirowało Gericault, aby namalować obraz, który miał być w założeniu artysty, ukrytą w realizmie i historycznej prawdzie metaforą odnoszącą się do ludzkiego losu. Dlatego powstanie dzieła poprzedziło zebranie szczegółowej dokumentacji tego wydarzenia. Malarz nie tylko przeczytał wszystkie prasowe doniesienia o katastrofie, ale odszukał naocznych świadków. Zapoznając się z innymi relacjami rozbitków maluje ich portrety, zapewniając obrazowi realistyczną indywidualizację postaci obrazu. Wśród ocalonych znalazł się i cieśla z Meduzy, który zbudował tratwę. Gericault poprosił go o narysowanie planów i wykonał model. Była to scena, na której rozgrywała się tragedia. Model odwzorowywał wszystkie szczegóły roboty ciesielskiej. Natomiast do ugrupowania postaci posłużyły woskowe figurki. Gericault dociera również do lekarza, autora książki o tragedii Meduzy, którego regularnie odwiedza w jego paryskiej siedzibie. Słuchając jego ustnych relacji, pyta o potrzebne malarzowi szczegóły. To, co słyszy jest wstrząsające. Początkowo na tratwie było tak tłoczno, że nie można było zrobić kroku, a ciężar był taki, że tratwa była metr pod wodą. Oprócz ludzi na tratwie znajdowały się również beczki z winem i wodą pitną, zaś całą żywność rozdzielono pierwszej nocy. Już pierwszego dnia wysokie fale wyrzuciły z tratwy dwadzieścia osób, zaś dziesięć osób zgniotły miotane żywiołem belki tratwy. Następnego dnia uzbrojeni i zdesperowani żołnierze upili się winem do nieprzytomności. Oficerowie próbowali przywrócić porządek, żołnierze się sprzeciwili. Pozostali pasażerowie widząc, że żołnierze chcą się ratować kosztem pozostałych, wszyscy chwycili, co mieli pod ręką, aby poprzeć oficerów. Wśród ryku fal, na skąpej powierzchni tratwy rozgorzała walka. Bunt dało się stłumić kosztem wielu ofiar. O świcie trzeciego dnia brakowało dalszych sześćdziesięciu osób. Ci, którzy zostali, leżeli nadzy czy półnadzy na beczkach albo kurczowo trzymali się masztu i siebie nawzajem.

     Kilku spośród rozbitków posunęło się do tego stopnia, że rzuciło się na trupy rozbitków, aby zaspokoić głód. Wśród tych potworności pozostała tylko jedna kobieta. Miała zmiażdżone udo, bo noga wpadła jej między belki tratwy, zaś jej mąż był ciężko raniony szablą podczas walki. Po beznadziejnie ciężkiej naradzie zdecydowano, że wrzuci się ich do morza, aby zachować trochę wina i wody.

     Słuchając tej relacji Gericault tworzy dziesiątki studiów kompozycyjnych, dzień pod dniu ilustrujących opowiadanie lekarza, są one świadectwem wielkiego wysiłku malarza, pragnącego nadać przedstawieniu możliwie prawdziwy, ale i ponadczasowy symboliczny wyraz. Dlatego ostatecznie do namalowania olbrzymiego płótna spośród tragicznych wydarzeń Gericault wybrał ten moment, w którym resztka rozbitków dostrzega statek niosący ocalenie. O tym momencie pisze w swej książce jeden z rozbitków: przez całe dwie godziny przeżywaliśmy na przemian nadzieje i strach. Jedni mówili, że statek się zbliża, a inni, że oddala. W końcu zaczął się zbliżać biorąc kurs wprost na naszą tratwę. Uratowało się piętnastu. Piętnastu ze stu pięćdziesięciu.

     Realizm tej chwili oddany jest w szczegółach, w wierności odtwarzania zachowań wszystkich znajdujących się na tratwie w chwili odnalezienia, ukazaniu ich rozpaczy i nadziei, bólu i śmierci. Aby móc jak najdokładniej przedstawić śmierć, Gericault chodził do szpitala Beaujon i malował twarze umierających. Co więcej, z tegoż szpitala znosił do swojej pracowni amputowane nogi i ręce, oraz z więzienia obcięte głowy skazańców. Nic nie zaniedbał, aby oddać realizm sceny, studiował nawet krajobraz, aby na obrazie wiarygodnie wyglądały poranne blaski nieba i zagrażające tratwie fale. Rzeczywiście efekt szczegółów jest przejmujący. Na dodatek podkreśla go pełna ekspresji kompozycja. Patrząc na obraz ma się wrażenie, że jest się już jedną nogą w wodzie, jak zauważa nauczyciel autora obrazu J.L. David, mając na myśli słabą stabilność tratwy, unoszącej się ukośnie w stronę statku, który jawi się w oddali jako promyk nadziei.

     To tyle, jeśli chodzi o realizm, z tego założenia Gericault wywiązał się znakomicie, nie mniej dobrze wypadło metaforyczne przesłanie dzieła. Chociaż nie od razu zostało zauważone. Krytycy i odbiorcy obrazu, im dalej znajdują się od historycznego wydarzenia, tym wyraźniej widzą w dziele Gericaulta uniwersalne przesłanie. Sam fakt kompozycyjnego ujęcia obrazu nawiązującego do ikonograficznej tradycji przedstawienia potopu i scen sądu ostatecznego nabiera dla zgłębiających dzieło symbolicznego znaczenia. Wybranie do namalowania momentu, gdy ludzie na tratwie po raz pierwszy dostrzegli statek ratowniczy Argus, pozwoliło artyście na połączenie w jednym obrazie motywów śmierci i entuzjazmu, patosu i grozy, rozpaczy i wiary, odrętwienia i szaleństwa, rezygnacji i nadziei.

     Poczynając od rozrzuconych na pierwszym planie zwłok (domalowanych najpóźniej, kiedy obraz został już umieszczony na wystawie) poprzez ciała konających, kompozycja narasta ku punktowi kulminacyjnemu w grupie stłoczonych rozbitków, podtrzymującej zapamiętale wymachującego Murzyna. Ci, którzy przetrwali zostali przez malarza wychyleni ku przodowi, tak, że ich układ ciał jest równoległy do kierunku, w jakim płynie tratwa. Przez co wydaje się, że to dzięki nim płynie. Dzięki tym, którzy się nie poddają, nie rezygnują, którzy mają nadzieję na ocalenie. Dynamiczna ludzka piramida kontrastuje z postacią zastygłego w rozpaczy człowieka, siedzącego pośród trupów. Jest to ojciec, który opłakuje zmarłego syna. Ta śmierć pogrąża go w rozpaczy, z której nic nie jest w stanie wyrwać. Nawet możliwość ocalenia.

     Przez swój realizm Gericault zmusza patrzącego do fizycznego niemal uczestnictwa w cierpieniach i śmierci. Śmierć następuje w najstraszliwszych warunkach, trwa długo i odarta jest z prywatności i godności. Każdy szczegół dramatu jest przemyślany. Żaden fragment obrazu nie daje widzowi możliwości schronienia się przed przerażającym widokiem zarysowanej na kształt trójkąta tratwy, która zdaje się nacierać na patrzącego. Po której jesteś stronie? Po stronie żywych czy martwych? Posiadasz nadzieję, która góry przenosi czy nie?

     Gericauld rozmyślnie pominął w pierwotnym zamyśle wszystko, co byłoby zbyt dosłowną aluzją do katastrofy. Opracowuje temat współczesny, dbając o realizm wydarzenia, ale równocześnie dba o szlachetność ekspresji, eliminując malowniczość i anegdotę. Dlatego stosuje oszczędny, ciemny koloryt, żywsze barwy wydawały się artyście zbyt wesołe, zbyt trywialne w tej scenie. Symboliczne znaczenie ma również światło na obrazie, które pada z tyłu, jakby spoza płaszczyzny płótna wydobywając mocne cienie. Światłocień i ziemiste kolory potęgują tragizm rozgrywającej się sceny i jej dziwną poetykę. Gericault wyróżnia się tu jako malarz i poeta rzeczywistości, w której są blaski i cienie, duch i materia, realizm i poezja.

     Podstawowym motywem obrazu jest ludzkie nieszczęście, którego dramatyzm potęgują przytłumione tony kolorytu. Chcąc nadać uniwersalizm swemu dziełu, umieszcza postać Murzyna na szczycie piramidy utworzonej z ludzkich ciał. Oto pełna symboliki precyzja. To ukryta w realizmie i historycznej prawdzie metafora ludzkiego tragizmu i roli nadziei. Nadziei, która trzyma nas przy życiu, która bezustannie wykracza poza to, co zastane, poza tragizm i brutalność otaczającego nas świata. Trudno jest żyć bez nadziei. Dlatego ostatecznie twarz człowieka, który coś znaczy w dziejach naszej historii, jest wizerunkiem nadziei nie- pozbywalnej. I jest w tym wielka mądrość.

ks. Eugeniusz Grzywacz SPKwartalnik Katolicki

nr 50



   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej