Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Władysław Reymont, świadek religijności ludowej

"Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" - tymi słowy, wypowiedzianymi przez starą Agatę, rozpoczyna się znane dzieło Władysława Reymonta Chłopi, za które w roku 1924 otrzymał nagrodę literacką Nobla.

W galerii polskich literatów, którzy swą twórczością mogą nauczyć czytelnika, jak żyć w przyjaźni z Bogiem, pisarz ten zajmuje poczesne miejsce.

Urodził się w 1867 r. jako syn organisty wiejskiego, toteż od najmłodszych lat, poprzez kościół, związany był z życiem religijnym ludu. Obcowanie ze wsią odcisnęło w jego duszy (a przez to i w twórczości) obraz zachowań przesyconych obecnością Stwórcy.

Jedną z nieprzemijających wartości Chłopów jest ukazanie misternego splotu życia ludzkiego z rytmem przyrody, a jednocześnie z wszechstronną obecnością Boga. Imię Jezusa czy Maryi, słowo Bóg albo inne zwroty religijne - znaczą niemal każdą stronicę tej powieści. Również wiele nowel Reymonta związanych ze środowiskiem wiejskim zawiera te same treści religijne.

Jakże prosta i szczera była za czasów Reymonta wiara ludu polskiego!

Od modlitwy zaczynał się dzień: "umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze".

Ludzie pozdrawiali się wzajemnie wezwaniem Boga: "- Szczęść Boże w robocie! - Boże zapłać, dziękujemy!"

WBogu pokładali wszelką ufność: "Ajuż ta Jezu- siczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści"; "Da Pan Jezus zdrowie, uredzim wszystkiemu" (Na Niemca); "A wszędy strzeż się złego, duszo ludzka, i jeno w Bogu miej nadzieję". Jemu zanosili najgorętsze wyrazy wdzięczności: "- A najpierw to Panu Bogu powinniście podziękować za ocalenie". "Wszyscy też przyklęknęli w półkole i wraz z żarliwą i dziękczynną modlitwą łzy płynęły z oczu, uwieszonych na Chrystusie przybitym do krzyża".

W ręce Boga składali swój los, wiedząc, że całe ich życie i wszelka pomyślność zależy od Pana: "do stóp Chrystusa rzucali serca strwożone i wybuchali świętym płaczem oddania się i rezygnacji"; "- Pan Jezus to tylko wie przódzi, nie my, grzeszni"; "- Bogu jednemu wiadomo, któren z nas powróci" (Na Niemca); "Ale w sobie byli wszyscy spokojni, z poddaniem się znosząc ten dopust Boży".

Normy moralne i prawa zwyczajowe opierali na zasadach Bożego ładu: "Pan Bóg zawsze błogosławi zgodliwym, mówię wam, błogosławi".

Reymont, jako młodopolski realista, bynajmniej nie idealizował swych bohaterów. Przedstawiał ich takich, jakimi byli - z licznymi wadami i ludzkimi ułomnościami. Ale z opisów tych można wyraźnie wyczytać, że byli oni świadomi swej niedoskonałości, boleli nad nią, a własne grzechy - wielu z nich martwiły i przerażały.

Oto Józka zWitkiem w noc wigilijną, nie mogąc doczekać się, aby bydlątka przemówiły ludzkim głosem, dochodzą do wniosku: "- Grześniśmy pewnie, to nie usłyszymy, ino bezgrzesznym opowiadają, a my grzeszne". Gdy ksiądz wygłaszał kazanie świąteczne, "kto się bił w piersi, kto się w sumieniu z win kajał, kto się zamedytował, któren znów co miętszy, a kobiety zwłaszcza, płakał - bo ksiądz mówił gorąco a tak mądrze, że każdemu to szło prosto do serca i do rozumu".

Jednak najbardziej wymowne było głębokie zjednoczenie z Bogiem w opisywanych obrzędach liturgicznych; szczera, niekłamana, spontaniczna jedność ludu Bożego w oddawaniu czci należnej Stwórcy. Gdy procesja obchodziła kościół, "śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala zda się płynął i bił w słońce blade..."; "Naród się zakołysał, powstał z klęczek, wraz też pochwycił nutę i pełnymi piersiami, a z mocą ryknął jednym głosem: - "Kolędować małemu"". "Zaś naród śpiewał wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławione ręce nad wszystkim światem..." (nabożeństwo majowe przy kapliczce). "Parli się w tłoku wielkim głowa przy głowie, ledwie już dysząc z żaru i ciasnoty, ale śpiewając z całego serca, całą mocą, wszystkimi gardzielami, że zdało się jakoby wraz z nimi cały świat śpiewał chwałę Panu" (Boże Ciało).

Z głębokiej, autentycznej wiary wynikała ta wielka cześć dla Najświętszego Sakramentu. Podczas procesji baldachim nad monstrancją trzymaną przez księdza nosili tylko najbardziej godni gospodarze. Gdy ksiądz (w drodze do chorego) przechodził przez wieś z Panem Jezusem, "tłum zatargał się jakby na uwięzi, zakołysał się i runął na drogę, przystawał, rozpadał się na bryzgi, sciszał, aż nagle przymilkł całkiem i upadł na kolana, i pochylił obnażone głowy..."

W obliczu zagrożenia ludzie potrafili bronić Hostii Świętej z narażeniem życia. W noweli I wynieśli autor opisuje scenę wyniesienia złotej puszki z Najświętszym Sakramentem z bombardowanego, walącego się kościoła. Po skończonej Mszy świętej ksiądz "wziął złoty kielich z Sakramentem w drżące dłonie" i niósł go "przez skrwawione rumowisko, przez trupy i złomy, nie bacząc na grady kul, na padające mury", przez płonącą wieś "ku lasom widniejącym na horyzoncie granatowym pasem". Towarzyszyła mu gromada wiernych, którzy patrząc na puszkę nie czuli trwogi. "Ogarniało ich święte uniesienie. Dobrowolnie stawali bronić świętości, dobrowolnie szli na śmierć prawie pewną". W pewnej chwili "ksiądz się zachwiał i, niby kłos podcięty, leciał na ziemię, ale nim padł, już kielich ujęły inne, mocne dłonie, wyniosły go w górę i poprowadziły rozśpiewane rzesze". "Gromada rzedła, kule co chwila robiły szczerby, co chwila ktoś padał zabity, kielich przechodził z rąk do rąk. Niósł go jakiś szlachcic! Niosła dama w żałobie! Niosło pacholę z chabrowemi oczyma! Niósł jakiś ranny żołnierz! Niósł, kto pierwszy był z brzega. Aż w końcu przeszedł w spracowane, chłopskie dłonie"... "I wynieśli".

W wielkiej czci były na wsi poświęcone obrazy i inne przedmioty kultu religijnego. Traktowano je jako zapory ochronne przed zakusami szatana. "Kobieta broniła go, jak mogła, obrazem świętym osłaniając, to kredą święconą znacząc progi a okna, ale już ustawała z wielkiej turbacji, by nie pomarł bez sakramentów i pojednania z Bogiem". "Zapłakała gorzko z frasunku przed oną figurą Częstochowskiej i tym szlochem krwawym, tym skrzybotem serdecznym skamlała o zmiłowanie".

Polska wieś żyła Bogiem. A miasto?...

Ciężko pracujący prości ludzie, zniewoleni całodziennym przebywaniem w fabrykach, mniej mieli czasu na pielęgnowanie swej wiary, ale od niej nie odstępowali. Dawali temu wyraz w swym godnym postępowaniu i uczciwym, choć ubogim, życiu, które Reymont opisuje w powieści Ziemia obiecana. Nie zapominali o Bogu, ufali Mu i wierzyli w sprawiedliwość Bożą, jak kiedyś u siebie na wsiach, z których wywodziła się większość robotników. Za wyświadczone dobro, pełni wdzięczności, polecali Bogu swych dobroczyńców: "Ażeby ci Pan Jezus i ta Częstochowska szczęściła na zdrowiu, na majątku, na honorze..." Za zło - wzywali kary Bożej na krzywdzicieli.

Przedmioty kultu i symbole religijne miały dla robotników takie samo znaczenie, jak dla chłopów. Oto matka rozpaczająca nad upadkiem swej córki: "A nie karz mnie, Boże przedwieczny, za ślepotę, a nie karz mnie, Panie miłosierny, za dzieci moich winy, bom ich niewinna! - błagała nieprzytomnym głosem padając w wielkiej skrusze przed obrazem Matki Boskiej oświeconym oliwną lampką".

Zatem nie można się dziwić, że łódzki fabrykant Żyd Zuker zażądał od bohatera Ziemi obiecanej - Karola Borowieckiego, by przysiągł na obraz Matki Bożej, iż mówi prawdę w sprawie dotyczącej honoru fabrykanta. Zuker, pełen nadziei, oświadczył: "Jak pan przysięgnie, to będzie prawda" i podkreślił: "Pan przysięgnie na ten obrazek, to jest obrazek Matki Boskiej, ja wiem, co to jest wielka świętość u Polaków".

Borowiecki przysiągł - na obraz Matki Bożej, a przedtem jeszcze, wobec zaklęć Zukera, "na wielkiego Pana Boga", ponadto "dał słowo" - wszystko fałszywie. Nie zawahał się przed krzywoprzysięstwem, nie zadrżał mu głos, a zapewne także i serce. Niczym było dla niego słowo i wszelkie świętości, tak ważne dla Polaków. A przecież człowiek ten właśnie był Polakiem; urodzonym i wychowanym w dobrej, prawej i bogobojnej rodzinie.

Jak to się stało, że sprzeniewierzył się korzeniom swego honoru, swej narodowości, swego człowieczeństwa? ...

Reymont stara się przeanalizować i wyjaśnić ten problem, dać lekcję swoim czytelnikom.

Odkąd Borowiecki wyszedł z domu i zaczął sam kształtować swą osobowość, żył bez Boga. Zdobywszy wykształcenie techniczne, przybył do miasta, w którym gwałtownie rozwijał się przemysł. To była Łódź, miasto przepastnych skrajności: olbrzymiego bogactwa i nieopisanej nędzy. Karol wszystko postawił na jedną kartę, postanawiając wzbogacić się niemal bez przebierania w środkach. Omamił go pieniądz.

Pierwsze "szlify" egoizmu i brutalności zdobył u swego pracodawcy, słynącego z bezduszności i okrucieństwa, a potem odrzucał kolejno wszystkie normy moralne, głosząc, że "bez etyki żyć można, a bez pieniędzy nie", i zmierzał ku temu, by czcić jedynie pieniądze.

Popełniał wiele niegodnych czynów, ale swym wynaturzeniem zadziwiał nawet najgorszych. Nazywano go "wyjątkowym Polakiem", a także "najlepszą maszyną". Istotnie, był niezwykle zdolny i operatywny, ale i szczególnie bezkompromisowy, gorszy od innych. Człowiek, dla którego "rubel był bogiem jedynym", mówił o Borowieckim: "On ma ostre pazury, on jest zupełnie człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja, a on czasem zrobi coś takiego, czego ja nie rozumiem, czego żaden z nas nie zrobi".

Dlatego odszedł od Boga i Jego przykazań. Uważał, że "w fabryce nie ma człowieczeństwa", toteż na wieść o robotniku, który umierał wskutek obrażeń odniesionych w wypadku przy budowie jego fabryki, wyraził się: "Niech sobie zdycha z Bogiem". Na wiadomość o śmierci znajomego księdza, uważanego za człowieka wielkiej nauki i pobożności, zareagował słowami: "Czas mu było już od dawna. Stary wariat!" Za nic miał człowieka i życie ludzkie. Zaś "tłumaczenie świata przy pomocy katechizmu" - uważał za "dowcipne".

Jednak dbał o zachowanie pozorów, o powierzchowną formę swego postępowania, o iluzoryczną przyzwoitość, do której zmuszała go "pewna wstydliwość, wzgląd na ojca i gruba warstwa towarzyskiego savoir- vivre'u, zabraniająca czynienia źle w formach jaskrawych i brutalnych". Cały był przesycony fałszem.

Wreszcie osiągnął upragnione miliony i dołączył do grona ludzi, dla których "pojęcia: miłość, dusza... piękno... dobro... i tam dalej to żaden "papier", to weksel bez żyranta".

"Ale ta praca ponad siły, trwająca już lata całe, wyczerpywała go fizycznie, a miliony nie radowały zupełnie - przeciwnie, czuł się coraz głębiej znużonym, obojętnym i smutnym". Doszedł do wniosku, że pieniądze dały mu znużenie, nudę "i ten dziwny głód duszy, i tę nieokreśloną, a tak mocną, a tak szarpiącą, a tak bezcelową tęsknotę, która coraz silniej ściskała mu duszę". Wreszcie stwierdził - "Zmarnowałem życie...", "Przegrałem własne szczęście!..."

Tak pisał Reymont przed prawie stu laty. Opisanym przykładem ostrzegał młodych, zdolnych i przedsiębiorczych... A dziś?... Jakże aktualne są przesłanki autora... Znów ruszyły "na podbój świata" zastępy młodych, chętnych i "obrotnych". Niestety, wśród nich jest wielu takich, dla których "pieniądz jest bogiem jedynym", a "tłumaczenie świata przy pomocy katechizmu - dowcipne". Znów niektórzy przodują w niegodziwościach, co uwłacza godności ludzkiej i często - narodowej. "Robią coś takiego", czego żaden z obcych nie zrobi.

Nim nabiorą niekontrolowanego rozpędu, dobrze byłoby im przedtem przeczytać Ziemią obiecaną albo Pęknięty dzwon. I w tym drugim utworze Reymont ukazywał, jak "brzęk złota pieśnią stał się nowego żywota", "jak jarmarcznym gwarem karmiły się rzesze", jak "Bogiem głosili zyski plugawe, miasto ołtarzów kramy wznosili". Ale też stwierdzał: "Umarła radość, umarło szczęście, umarła wielkość i chwała".

A obecna polska wieś?... Czy nadal ma tyle niekłamanej, szczerej i prostej wiary, jak za czasów Reymonta? Czy pęd do dobrobytu i często bezkrytyczne naśladowanie najgorszych przykładów życia miejskiego - nie oddaliły zbytnio od Boga, zwłaszcza wielu młodych?

Oczywiście, krytyka takich postaw materialisty- cznych nie oznacza, że człowiek nie powinien zmierzać do lepszego bytu, do własnego rozwoju i dźwigania z upadku zubożałej Ojczyzny. Już w biblijnej opowieści Chrystusa o talentach - gospodarz gniewał się na tego sługę, który nie pomnożył powierzonego mu dobra.

Ważne jest, aby dorabiając się zapamiętać życzenie Reymonta wyrażone słowami pana Adama (ojca Borowieckiego). Zwracając się do byłego wiejskiego "hołysza", któremu się powiodło, rzekł: "- No, no! szczęść ci, Boże, mój Stachu, zostań sobie milionerem, byle bez krzywdy ludzkiej".

Wiedział Reymont, co to znaczy żyć z Panem Bogiem, gdy poprzez usta opisywanych postaci przekazał swym czytelnikom dwukrotnie (w Chłopach i w Ziemi obiecanej) pełne mądrości słowa: "Kto z Bogiem, z tym Bóg".

Mgr Julia Szwarc


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. KlaryModlitwa do św. Klary

Koronka do św. KlaryKoronka do św. Klary

Litania do św. KlaryLitania do św. Klary

św. KlaryŚwięta Klara

Klara - święta trzech kwiatówKlara - święta trzech kwiatów

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej