Humor Gustlika - serce Mateusza. Rozmowa z Franciszkiem PieczkąZaraz po przyjęciu mnie do szkoły aktorskiej pojechałem do domu, aby swoją radością podzielić się z najbliższymi. Gdy ojciec zobaczył mnie stojącego na progu z walizkami, krzyknął: "ty pierunie, już cię wyciepli z uczelni!"- Wybrał pan drogę artystyczną. Był to przemyślany wybór czy zadecydował o tym przypadek? - Wszystko zaczęło się od akademii ku czci zjednoczenia partii w 1948 roku. Gdy towarzysze już uzgodnili, że się jednoczą i chcą okazałej akademii rozpoczęły się poszukiwania osób do recytacji wierszy. Niestety wybór padł między innymi na mojego kolegę i na mnie. Postanowiliśmy, że będziemy się jąkać, stękać i mówić tak okropnie, żeby nas odrzucono. Gdy stanęliśmy na scenie auli okazało się, że na widowni siedzą dziewczyny, o których względy się staraliśmy. Byliśmy w kropce. Po kilku minutach wahania młodzieńcze miłosne uniesienia wzięły górę. Tak pięknie recytowaliśmy, że w akademii musieliśmy wziąć udział. Moją recytację zapamiętał profesor polonista prowadzący zespół rapsodyczny w domu kultury w Katowicach. Zaproponował mi wstąpienie do tego zespołu, ja zapewniałem, że kompletnie się do tego nie nadaję. Gdy po raz pierwszy poszedłem do domu kultury i usłyszałem jakże wyszukane i górnolotne wiersze - to wziąłem nogi za pas i uciekłem. Skończyło to się jednak tak, że przez upór profesora zostałem w tym zespole, który jak się okazało po czasie zmienił całe moje życie. Po zdaniu matury, zgodnie z wolą rodziców i moimi zainteresowaniami, startowałem na politechnikę. Miałem zdobyć porządny zawód i zostać inżynierem. - Jednak Politechnika Gliwicka nie za długo gościła pana w swoich murach? - Krótko po rozpoczęciu studiów zaczęło do mnie docierać, że wybrałem zły kierunek mojej życiowej wędrówki. W sercu moim bowiem coraz mocniej rysowała się miłość do sceny. Uczucie to zaczęło być bardzo natarczywe. W rezultacie po miesiącu zostawiłem kolegom indeks i pojechałem do Katowic do amatorskiego teatru rapsodycznego. Profesor, który cały czas mnie namawiał do szkoły teatralnej, radził zaraz pojechać do Warszawy. Rektorem Wydziału Aktorskiego Warszawskiej Szkoły Teatralnej był wówczas Aleksander Zelwerowicz. Kazał mi przyjść do siebie do domu, gdzie miałem zdawać egzamin. Istniało bowiem takie niepisane prawo, że Aleksander Zelwerowicz mógł sam zadecydować o przyjęciu danego delikwenta na wydział aktorski. I mnie się udało. - Rodzice chyba nie bardzo byli zachwyceni tą zmianą decyzji? - Zaraz po przyjęciu mnie do szkoły aktorskiej pojechałem do domu, aby swoją radością podzielić się z najbliższymi. Gdy ojciec zobaczył mnie stojącego na progu z walizkami, krzyknął: "ty pierunie, już cię wyciepli z uczelni!". Ja na to, że studiuję dalej, ale na wydziale aktorskim w Warszawie. Ponieważ ojciec wychowywał nas nie tylko za pomocą perswazji, więc przez tydzień musiałem ukrywać się przed jego razami i śląskimi pierunami. Po pewnym czasie jednak pogodził się z tym moim wyborem. Gdy już byłem znany, to cieszył się z każdego mojego sukcesu. Potem często mówił: "toć to po mnie odziedziczył". Nie było to gołosłowne, gdyż ojciec brał czynny udział w życiu amatorskiego teatrzyku wiejskiego. - Po ukończeniu szkoły dostał pan propozycję pozostania w Warszawie. Pan jednak wybrał teatr w Jeleniej Górze - czy była to przekora? - Do Jeleniej Góry powędrowałem między innymi z Wiesławem Gołasem. Myślę, że było to pewne wyrażenie buntu młodych ludzi na otaczający stalinowski reżim. Po pewnym czasie otrzymałem pismo od Arnolda Szyfmana, który kompletował w Warszawie zespól Teatru Polskiego. Było to pismo angażujące mnie do tego teatru, gdyż dyrektor był przekonany, że dla młodego aktora praca w takim zespole jest niezwykłym zaszczytem, więc nie ma co się pytać o jego zdanie. Jednocześnie dostałem propozycję do powstającego teatru w Nowej Hucie. Po przemyśleniu obu propozycji, wybrałem drugą. Jak się okazało decyzja była słuszna. Zespół tego teatru był młody, nie było żadnych układów i zależności więc mogłem brać jedną rolę za drugą - a młody aktor musi się "ograć". W Warszawie pewnie przez dwa lata wnosiłbym halabardę i to byłby cały mój repertuar. Po paru latach trafiłem do Teatru Starego w Krakowie, którego dyrektorem był Zygmunt Hubner. W 1969 roku przybyłem w końcu do Warszawy, gdzie pracę rozpocząłem wpierw w Teatrze Dramatycznym, później Narodowym i wreszcie w Powszechnym, w którym jestem do dziś. - Może jednak cofniemy się w czasie, bowiem będąc w Krakowie otrzymał pan propozycję zagrania w "Czterech pancernych". - Na tamte czasy było to ogromne przedsięwzięcie. Dziś serial ten odczytywany jest bardzo różnie. Nie mam poczucia wstydu, że brałem w nim udział, wręcz przeciwnie. Serialowi temu można, oczywiście, zarzucić wiele przekłamań historycznych, natomiast nie było w nim żadnych demoralizujących treści. Poza tym w założeniach twórców tego filmu było stworzenie serialu przygodowego. Gdy okazało się, że oglądalność "Czterech pancernych" była bardzo wysoka to tzw. wyższe czynniki partyjne zadecydowały, że serial i jego bohaterowie będą brać udział w politycznej propagandzie. Oczywiście, bez pytania o zgodę głównych zainteresowanych. Praca w tym serialu wymagała niezwykłego wysiłku od aktora, ale wspaniała atmosfera jaka panowała podczas naszej wspólnej przygody wynagradzała wszelki trud. I ta niezapomniana zupka regeneracyjna - zwana przez nas degene- ratką! Albo "niezwykłe elegancki bój" Gustlika z jajkiem na talerzu. - Podobno Janusz Przymanowski obsadzając pana w roli Gustlika nie miał pojęcia, że jest pan Ślązakiem. - To prawda. Gdy jednak zorientował się, że gwarę i humor śląski wyssałem z mlekiem matki, zaryzykował i pozwolił mi nadać Gustlikowi taki charakter, jaki uważałem za słuszny. Dlatego w postaci tej można odnaleźć wiele moich cech charakteru. - Andrzej Seweryn powiedział, że teatr jest dla niego miejscem wyjątkowym, gdzie odbywają się rzeczy dziwne i ważne. Czym dla pana jest teatr? - Teatr jest dla mnie domem, do którego zawsze chętnie przychodzę. Tu, w teatrze, czuje się ten niezwykły dreszczyk przed spotkaniem z publicznością, której przecież nigdy nie można zawieść. Teatr jest również pewną oazą, w której można się zamknąć przed wszechobecnym obłąkanym czasem. - W 1968 roku otrzymał pan nagrodę "Srebrnego Hugo" na festiwalu w Chicago za tytułową rolę w "Żywocie Mateusza". Czy amerykańska nagroda miała wpływ na dalszą pańską karierę? - Oczywiście, nagroda sprawiła mi ogromną radość. Nie wiem czy nie większą radością było zagranie w tym niezwykle pięknym filmie. Treść jego bowiem płynęła prosto z serca reżysera, z jego wielu głębokich i mądrych przemyśleń. Dlatego "Żywot Mateusza" jest taki niezwykły. W Stanach po takim sukcesie życie aktora radykalnie ulega zmianie. Laureat zasypywany jest stosem propozycji, a scenarzyści piszą dla niego role. U nas rzeczywistość była i jest zupełnie inna. Tak więc, prócz osobistej satysfakcji nic w moim życiu zawodowym się nie zmieniło. Mało tego, ja nie mogłem pojechać do Chicago, by swoją nagrodę odebrać. Zamiast niej otrzymałem tylko świstek papieru. Nie dawało mi to jednak spokoju i szukałem swojego "Srebrnego Hugo". W końcu znalazłem, okazało się, że przez wiele lat służył on jako przycisk do korespondencji. Upominałem się o swoją statuetkę, ale jej nie dostałem. Dopiero po wielu latach... wręczyłem ją sobie sam. - Gości pan na scenach polskich i zagranicznych od czterdziestu pięciu lat. Mając tak bogate zawodowe doświadczenie, co pana zdaniem jest w tym zawodzie najważniejsze? - Myślę, że najważniejsza jest uczciwość i dobrze rozumiana solidność wobec widza. Sama dusza i szczerość aktorska nie wystarczą, ważne jest również opanowanie rzemiosła aktorskiego. Moja zawodowa dewiza brzmi - poprzez emocje do intelektu. Przeintelektualizo- wane aktorstwo jest mi bardzo obce. A tak w ogóle, to Panie Boże broń mnie od bycia pedagogiem. Ja się do tego zupełnie nie nadaję. - Podobno lubi pan spędzać wolny czas w ogrodzie, a pańskie hobby to majsterkowanie. Przyznam się szczerze, że jest mi trudno wyobrazić sobie pana przy sadzeniu kwiatków? - Ma pani pewnie na uwadze mój dorodny wygląd. Pan Bóg rzeczywiście obdarzył mnie bardzo szczodrze, dając odpowiedni wzrost i... nos. Pewnie dla zachowania właściwych proporcji. Urodziłem się na wsi. Ojciec mój był górnikiem, ale posiadał kawałek pola. Nic na świecie nie pachnie tak cudnie jak świeżo zaorana ziemia. Dlatego tak lubię grzebać w grządkach, rabatkach, przesadzać i zasadzać. To daje niezwykły relaks i świeżość spojrzenia na otaczający nas wszechświat. Jeśli chodzi o majsterkowanie, to rodzina moja jest przekonana, że nie ma rzeczy, której nie naprawię - prócz komputera, tego pieruna nie tknę. - Zbliża się koniec wieku. Czy czas ten sprzyja sztuce i zawodowi aktorskiemu? - Pewnie zawsze jest tak, że gdy zbliża się kolejne stulecie, w ludziach budzi się refleksja nad przemijającym i zbliżającym się czasem. Czas taki powinien mieć pozytywny wpływ na człowieka, na jego postrzeganie siebie w świecie, w kontekście duchowym i egzystencjalnym. Mijają dwa tysiące lat chrześcijaństwa, a ludzie zachowują się tak, jakby w ogóle nie było Chrystusa. To mnie przeraża i myślę, że nie jest to tylko zrzędzenie starego człowieka. Jeśli chodzi o czas dla sztuki i aktora, to nigdy on nie był, nie jest i nie będzie tak naprawdę dobry czy zły. - Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jakie one były w okresie pańskiego dzieciństwa? - Ojciec górnik nie zarabiał wiele. Do pracy chodził w jedną stronę dwanaście kilometrów. Po powrocie z kopalni zajmował się ziemią. Mieliśmy swoje kury, krowę i króliki. Bywało i tak, że ojciec przez cztery lata był bezrobotny. Miałem sześcioro rodzeństwa, więc nie przelewało się w naszym domu. Ale pamiętam doskonale, że rodzice moi mieli w sobie wiele miłości. Na Śląsku w domu rządził ojciec, jego rola była niepodważalna. Ojciec był kościelnym w Godowie. Naszym sąsiadem był organista, który uczył mnie gry na fortepianie. Później grałem w kościele na organach podczas Mszy świętej. Byłem z tego niesłychanie dumny. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia wiedzieliśmy, że czeka nas długi post. Nawet smalcu nie wolno było lizać. Po choinkę jechało się do lasu. Razem z rodzeństwem z kolorowych papierków sklejaliśmy łańcuchy, a włoskie orzechy zawijaliśmy w staniol po czekoladzie. Choinka była zawsze piękna i kolorowa. Na stole musiało być tradycyjnych dwanaście potraw, a pod obrusem obowiązkowo siano. Ojciec straszył nas, że o północy w noc wigilijną krowy mówią mu jak się zachowywaliśmy przez ten mijający rok. Kończyło się tylko na straszeniu. Dzieci, jak to dzieci - dla nich najważniejsze zawsze są prezenty. W moim rodzinnym domu były symboliczne - przez to może cenniejsze. - Zdradzi nam pan jakiś śląski wigilijny przysmak? - Typowo śląskim przysmakiem była moczka. Piecze się wpierw specjalny piernik, który następnie ściera się na tarce. Miesza się go z wywarem z ryb, rodzynkami, migdałami i odrobiną ciemnego piwa. W okresie świąt sąsiedzi się odwiedzali i próbowali, kto zrobił lepszą moczkę. Wspominam te czasy z wielkim wzruszeniem, bo choć często była bieda, że aż piszczało, to byliśmy tacy szczęśliwi. I im jestem starszy, tym bardziej zazdroszczę moim rodzicom ich niezwykłej wiary w Boga. Była ona taka prosta, płynąca z serca.
Rozmawiała JADWIGA KNIE-GÓRNA
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |