Uczciwie dążyć do celu. Rozmowa z Anną SeniukA może jestem osobą, której lepiej nie poznawać? Zdaję sobie doskonale sprawę, że jestem darzona zaufaniem, ale jest to zaufanie do osoby, której kompletnie się nie zna. To jest magia obrazu. Czy jestem lubiana? To pytanie trzeba by zadać moim najbliższym - i tu byłyby bardzo duże różnice zdań- Jest pani dzieckiem wojny. Jak zatem wspomina pani swoje dzieciństwo i młodość? - Z wojny na szczęście niewiele pamiętam, natomiast dzieciństwo kojarzy mi się z bezustannymi przeprowadzkami i zmianami domów. W pamięci pozostały tylko migawki: pociąg, furmanka, przenosiny od babci do cioci, od cioci do wuja, potem do mieszkania służbowego - ot, ciągły ruch. Gdy próbowałam się zaprzyjaźnić w przedszkolu, a potem w szkole z koleżankami, to już trzeba było znów pakować manatki i jechać gdzieś dalej. Ten ciągły ruch miał też pozytywne strony. Dzięki niemu zwiedziłam wiele wspaniałych miejsc i poznałam wielu przyjaciół. Przez długi czas miałam poczucie osierocenia, że nie miałam swojego rodzinnego miejsca i swojego domu. Dlatego tak bardzo przywiązałam się do Krakowa. W nim bowiem udało nam się wreszcie osiąść, byłam już wówczas w szkole średniej. W Krakowie zdałam maturę, dostałam się na studia i rozpoczęłam swoją pierwszą pracę w Teatrze Starym. To był najpiękniejszy okres mojego życia. Chociaż wcale nie uważam, żeby następne etapy były mniej ciekawe. Jest oczywiste, że miejsce gdzie spędza się młodość, przeżywa pierwsze uniesienia i sukcesy wspomina się najmilej. Kraków stał się moim zastępczym miastem rodzinnym i całkowicie zapełnił dotychczasową pustkę w sercu. - W wieku 21 lat ukończyła pani Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. Co zadecydowało o wyborze zawodu aktora: kaprys młodości, miłość do sztuki czy przypadek? - Myślę, że był to jednak przypadek. Zupełnie nieoczekiwanie wzięłam udział w konkursie recytatorskim w szkole, w którym zdobyłam drugie miejsce. Ponieważ brakowało kandydatów do tego konkursu to dosłownie zostałam wypchnięta na scenę, aby powiedzieć jakiś wierszyk. No i tak to się zaczęło. Gdybym za pierwszym razem nie zdała egzaminu na studia, to być może moje losy zawodowe potoczyłyby się inaczej. Nie byłam do końca przekonana, że aktorstwo jest moim powołaniem. - Od samego początku kariery zdobywała pani tytuły ulubienicy publiczności. W 1963 roku została pani uznana za najmilszą studentkę Krakowa, a już w 1968 roku za ulubioną aktorkę tego miasta - dziś jest pani podziwiana przez całą Polskę. Chyba nie jest łatwo zasłużyć sobie na taką akceptację? - Naturalnie, że nie jest łatwo. Nie sądzę też, aby to była wyłącznie moja zasługa. Przyczynił się do tego los, który nami rządzi. W moim życiu zdarzyło się wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności, po prostu znalazłam się w odpowiednim miejscu i czasie, spotkałam też wielu wspaniałych ludzi. Wielkim szczęściem było spotkanie u progu mojej kariery zawodowej Zygmunta Hubnera, który młodym aktorom dawał szansę i czuł się za nich odpowiedzialny. Dzięki niemu doszłam tak daleko w zawodzie. Później dyrektor Janusz Warmiński zaangażował mnie do Teatru Ateneum w Warszawie. - Jednak trzeba mieć też w sobie to coś, co przyciąga ludzi? - Przypuszczam, że jest to raczej akceptacja postaci, które grałam. Prywatnie przecież mnie nie znają, nie wiedzą jaka jestem naprawdę. A może jestem osobą, której lepiej nie poznawać? Zdaję sobie doskonale sprawę, że jestem darzona zaufaniem, ale jest to zaufanie do osoby, której kompletnie się nie zna. To jest magia obrazu. Czy jestem lubiana? To pytanie trzeba by zadać moim najbliższym - i tu byłyby bardzo duże różnice zdań. W rodzinie nie zawsze jestem akceptowana i często wytykają mi przeróżne wady i niedoskonałości. - Jak bardzo Madzia Karwowska z "Czterdziestolatka" wpłynęła na pani dalszą karierę zawodową? - Pomijam popularność, jaką się zyskuje po takim serialu, natomiast na moje dalsze życie artystyczne serial ten wpłynął negatywnie. Przez dwa lata nikt nie zaproponował mi żadnej dobrej roli. Często po takim sukcesie popada się w dołek zawodowy. Nikt bowiem nie chce zaangażować tak zwanej ogranej twarzy, która się jednoznacznie kojarzy. Bardzo utożsamiłam się z tą rolą i trudno mi było się od niej oderwać, pozostawić za sobą. Tak więc cierpliwie czekałam na dobre role i warto było, bo zagrałam w trzech doskonałych filmach: "Bilecie powrotnym", "Pannach z Wilka" i "Konopielce". - Gdzie, pani zdaniem, aktor może w pełni wyeksponować swoje zdolności i umiejętności aktorskie - przed kamerą filmową czy na scenie teatralnej? - Miejsce nie ma znaczenia. Jest tylko problem techniki i rzemiosła jakim się operuje, a także posiadanych predyspozycji. Są aktorzy, którzy nie lubią grać przed kamerą, skupiać się na dwie, trzy minuty i grać oderwane od siebie ujęcia filmowe. Ale również są tacy, dla których praca przed kamerą jest fascynująca. Czuję się bardzo związana z teatrem. Uważam, że aktor w teatrze musi bardziej odpowiadać za siebie. Tutaj nie można poprawić sceny, wyciąć czy odpowiednio zmontować. Siła teatru polega też na bezpośrednim kontakcie z widzem. Czujemy oddechy widzów, ich bezpośredni odbiór, śmiech czy zadumę. Wzajemna więź między publicznością a aktorem i obustronne oddziaływanie są najwspanialszym przeżyciem. Poza tym w teatrze może zawsze wydarzyć się coś nieprzewidzianego. - Michał Żebrowski powiedział, że to co osiągnął w swoim rzemiośle artystycznym zawdzięcza pani, która jest dla niego mistrzynią i autorytetem. Stwierdził również, że jest pani wspaniałym człowiekiem i pedagogiem. - Zaskoczyła mnie pani tą wypowiedzią i bardzo się z niej cieszę. Młodym ludziom bardzo potrzebne są autorytety; często są zagubieni w tej szalejącej rzeczywistości i szukają wsparcia. Dobrze, gdy jest nim nauczyciel. Staram się zawsze bardzo głęboko wniknąć we wnętrze młodego człowieka. Poświęcam na to wiele czasu. Lubię pracować z młodymi ludźmi, sprawia mi to wiele satysfakcji i tu chyba tkwi sedno sprawy. - Co w pani życiu jest najważniejsze? - Nie jest na to łatwo odpowiedzieć. W życiu przeżywamy różne etapy. Wpierw ważna jest matka, ojciec, potem pierwsza miłość, przyjaciele, dalej praca, dom i rodzina. Bardzo znaczącą sprawą jest dla mnie, by przeżyć życie z godnością. Myślę tu zarówno o życiu osobistym, jak i zawodowym. Najważniejsze, by zawsze uczciwie dążyć do upragnionego celu. - Jesteśmy już w roku 2000 - czego pani w nim oczekuje? - Rok ten jest wielką niewiadomą, jak każdy nadchodzący rok. Chciałabym jeszcze móc pracować, a także uczyć z pasją i oddaniem jak do tej pory Ostatnio wyreżyserowałam trzy sztuki i pragnęłabym wyreżyserować jeszcze cztery, a może pięć... Krótko mówiąc, mam wiele planów i życzę sobie, aby one mi się udały. - 15 grudnia ubiegłego roku została pani laureatką nagrody Brata Alberta - podobno o nominaqi nie wiedziała nawet rodzina? - Jestem zaskoczona takim wyróżnieniem. Myślę, że nagroda ta uświadomiła mi, jak wiele mam do zrobienia nie tylko w zawodzie. I dlatego nagroda Brata Alberta jest dla mnie taka cenna.
Rozmawiała JADWIGA KNIE-GÓRNA
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |