Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Czy, kiedy i jak się zaręczyć?

Spis treści

O tym jak rozpoznać czy to ta "właściwa" osoba i o tym jak rozpoznać czy dana osoba jest dojrzała do związku obszernie pisaliśmy w książce "Miłość czy miłość, czyli sztuka chodzenia ze sobą" w rozdziale "Oczekiwania, czyli kobiecość i męskość w związku". To samo odnosi się do dojrzałości do małżeństwa. Wybieramy bowiem kogoś nie tylko na jakiś czas ale z założeniem, że być może z tą właśnie osobą wejdziemy w małżeństwo. Oczywiście, o tym, że nie zawsze tak jest nie trzeba nikogo przekonywać. Ale założenia są takie: musimy znaleźć tę właściwą, czyli dojrzałą osobę. Kiedy zatem zdecydować się na ślub?

Małżeństwo jest instytucją dla osób dorosłych. I nie chodzi tu o wiek, choć naturalnie to też ma znaczenie, ale o dojrzałość. Bo dojrzałość jest czymś innym niż dorosłość. Dojrzałość zakłada przede wszystkim odpowiedzialność. I nie tylko za siebie, choć naturalnie od tego należy zacząć, czyli od poważnego traktowania siebie i swojej przyszłości tj. podejmowania takich działań, by móc samodzielnie funkcjonować samodzielnie się utrzymać, mieć ambicje, dążyć do tego, by swoje talenty pomnażać. Nie mówimy o stronie czysto materialnej ani robieniu kariery za wszelką cenę, tylko o tym, by - nawet gdybyśmy zostali sami w życiu - potrafili sobie poradzić. Po drugie: dojrzałość to odpowiedzialność za innych. Jeśli mamy małżeństwo w planach to nasza odpowiedzialność sięga dalej: na małżonka i dzieci. Ponadto musimy rozważyć czy dany człowiek odpowiada nam charakterologicznie. Bo może być i religijnym i dojrzałym, ale jego sposób bycia nas drażni, nie odpowiada nam. Wbrew pozorom różnice, skrajne przeciwieństwa w charakterze i usposobieniu nie łączą a dzielą. Ciężko się dogadać górskiej łazędze z domatorem. Ciężko osobie małomównej i cichej z duszą towarzystwa, imprezowiczem, liderem. Trzeba poznać też swoje upodobania, zwyczaje, hobby. Trzeba poznać swoje oczekiwania. Bo każdy może mieć inną wizję domu, rodziny, podziału obowiązków, pracy. O tym trzeba rozmawiać, żeby później nie było zdziwienia i rozczarowania.

Na pewno nie można wchodzić w małżeństwo nie tyle nie będąc do końca pewnym czy to ta osoba, bo zawsze jest jakieś ryzyko i nie ma żadnych testów pozwalających to sprawdzić, o ile nie będąc pewnym, że się chce wytrwać. Nie każdy kogo się kocha nadaje się na małżonka. Może to brzmi okrutnie ale tak jest. Można bardzo kochać ale trzeba w tym wszystkim widzieć konsekwencje swojego wyboru. Gdy mężczyzna oświadcza się kobiecie to nie jest to tylko zwykłe wyznanie miłości. To jest propozycja wspólnego życia. To jest propozycja stworzenia rodziny. Dlatego decydując się na oświadczyny powinien mieć wizję przyszłej rodziny, pewien plan. Z przyszłą żoną powinien ten plan omówić w podstawowych kwestiach: kto i w jakim wymiarze będzie pracował, gdzie będą mieszkać, kiedy i ile dzieci planują, jak będą dzielić się obowiązkami. Nie jest postawą dojrzałą propozycja na zasadzie: pobierzmy się, jakoś to będzie, rozejrzę się za czymś, jakoś sobie poradzimy. Mężczyzna powinien zapewnić kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Ona też ma się starać, oczywiście, też ma być odpowiedzialna. Ale ma się nie bać przyszłości. Ma się nie bać sytuacji gdy zostanie bez pracy. Ma się nie bać zajść w ciążę. I to nie w jakiejś perspektywie, tylko ma mieć tę pewność już. Już w momencie oświadczyn ma mieć poczucie bezpieczeństwa. Miłość prawdziwa jest bezwarunkowa, ale nie jest naiwna.

Jednakże bardzo złą motywacją wiązania się jest ciąża. Obecnie mentalność - w porównaniu sprzed powiedzmy dwudziestu lat - bardzo się zmieniła i nikogo nie szokuje już tzw. "panna z dzieckiem" a ludzie niejednokrotnie nawet mając dzieci po prostu mieszkają ze sobą nie zamierzając się pobierać. Ba, status "osoby samotnie wychowującej dziecko" jest np. powodem przyznania dodatkowych punktów przy przyjęciu dziecka do przedszkola. O ile w pewnych sytuacjach jest to słuszne to niestety, w większości przypadków bywa wykorzystywane przez osoby wcale nie będące samotnymi rodzicami. O tym zaś, jak destrukcyjny jest tzw. "wolny związek" dla psychiki dzieci i poczucia bezpieczeństwa rodziny w ogóle nie trzeba nikogo przekonywać.

Rzadziej już zatem ale jednak ciągle zdarza się, że ludzie pobierają się dopiero kiedy dziewczyna jest w ciąży lub znając się bardzo krótko - zawierają małżeństwo tylko lub głównie z tego powodu. To niedobra motywacja, pomijając już sam fakt, że nigdzie, w żadnym prawie ani cywilnym ani kościelnym nie ma takiego obowiązku. Czasem dziewczyna (lub częściej jej rodzice) czuje wstyd albo strach przed porzuceniem a chłopak czuje się w obowiązku wobec choćby dziecka i oboje decydują się na ślub mimo, że gdyby nie ciąża wcale (albo na razie) by się nie pobrali. Najlepiej zatem, jeśli już zaistnieje taka sytuacja by nie przyspieszać ślubu tylko się z nim wstrzymać. Ciąża to szczególny stan dla kobiety, w którym podlega ona dużemu wpływowi hormonów, gorzej się czuje, jest zmęczona. To nie jest dobry czas na nerwowe bieganie i pospieszne załatwianie ślubnych formalności. Nie dość, że ma to negatywny wpływ na jej samopoczucie i na dziecko to w dodatku spłyca całą uroczystość, a czasem powoduje rozgoryczenie, bo przecież "załatwia się" to co zostało - pod względem terminów, sali, całej oprawy. Nie to, czego naprawdę by się pragnęło, o czym marzyło, bo nie ma już dużego wyboru, bo wszystko zostało zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem. Potem może być żal i pretensje, bo "nie tak to miało być". Lepiej zatem - dla wszystkich - poczekać by dziecko się urodziło i dopiero wówczas zorganizować uroczystość. Przede wszystkim sytuacja ta pokaże młodym czy faktycznie powinni się pobrać, bo namacalnie da im możliwość sprawdzenia w się w trudnej roli. Da im także dodatkowy czas, by się lepiej poznać. Jeśli okaże się, że są dla siebie wsparciem, potrafią się porozumieć to ślub będzie ukoronowaniem tej decyzji. Trudno - niech środowisko plotkuje. Lepiej znosić plotki przez kilka miesięcy niż całe życie z nieodpowiednią osobą.

A jeśli okaże się, że to była pomyłka i dziewczyna zostanie z dzieckiem? Oczywiście, to sytuacja nie do pozazdroszczenia. Ale tak mogłoby się stać np. kilka miesięcy lub lat po ślubie. Lepiej zatem by pozostała z dzieckiem jako panna niż rozwódka. W tym pierwszym przypadku ma bowiem jeszcze szansę na ułożenie sobie życia z kimś kto pokocha ją i dziecko, w drugim - pozostanie rozgoryczona i z rozpaczliwie zadawanym Bogu i sobie pytaniem czy nie ma już szans na miłość, bo ślub kościelny ją wiąże. Oczywiście, jeśli do małżeństwa nie dojdzie to i tak powinna starać się o uznanie przez ojca tego dziecka i wystąpić o alimenty - ma do tego pełne prawo.

Narzeczeństwo i deklaracja zostania czyjąś żoną w przyszłości winna być zatem przemyślana. Nie można jednakże zaręczyn porównywać z przysięgą małżeńską. W narzeczeństwie nie ślubujemy przed Bogiem a "jedynie" obiecujemy, że zostaniemy czyimś małżonkiem w przyszłości. Nie jest to akt formalny, zatem zerwanie też nie odbywa się przecież formalnie. Oczywiście narzeczeństwo rodzi odpowiedzialność i dlatego zaręczamy się wtedy gdy naprawdę chcemy założyć rodzinę z tą drugą osobą (stąd słowo "jedynie" jest w cudzysłowiu). Ale mogą zaistnieć w czasie trwania narzeczeństwa takie sytuacje, takie wydarzenia, że zdecydujemy, iż małżeństwo z tą osobą nie byłoby dobrem: dla nas, dla tej osoby, dla przyszłych dzieci (to też jest ważne!) i zdecydujemy się odejść. Różnica polega na tym, że tu mamy tę "komfortową" sytuację, że możemy związać się z kimś innym. A zatem:

Po jakim czasie wziąć ślub?

To trudne pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno nie za wcześnie. Trzeba bowiem, jak wielokrotnie podkreślaliśmy, po prostu dobrze się poznać. Na tyle, by wiedzieć nie tylko o swoich zaletach ale i wadach. Trzeba przeżyć ze sobą nie tylko chwile uniesień, ale i sytuacje trudne, zobaczyć się podczas choroby, problemów, poznać nawzajem swoje reakcje w stresie, przy popełnieniu błędu, nawet pokłócić się (oczywiście nie chodzi o awantury tylko sytuację wymiany zdań, podczas której ujawnione zostaną różnice poglądów). Wówczas zobaczymy czy, mimo dzielących nas różnic, potrafimy dojść do porozumienia, czy potrafimy sobie wybaczyć. Na szczęście procedura związana z przygotowaniem do ślubu (kurs przedmałżeński, konieczność zgromadzenia dokumentów) wymusza przynajmniej kilkumiesięczny okres narzeczeństwa. Przy organizacji wesela ten czas jeszcze znacznie się wydłuża: w niektórych miejscowościach termin ślubu, salę czy zespół trzeba rezerwować z wyprzedzeniem rocznym lub dłuższym. Piszemy o tym dlatego, że zdarzają się (na szczęście coraz rzadziej) sytuacje kiedy ludzie decydują się na ślub po kilku tygodniach znajomości. Owszem, sami znamy przypadki kiedy nawet tak szybko podjęta decyzja okazała się słuszna a małżeństwo trwałe. Jednak z reguły takie pospieszne dążenie do ołtarza, zwłaszcza w przypadku młodych osób nie jest wynikiem przemyślanej, świadomej decyzji a wyłącznie chęci jak najszybszego bycia razem. I często kończy się źle. Z drugiej strony znamy też przykłady wieloletniego, nieraz nawet kilkunastoletniego chodzenia ze sobą, z którego nic nie wynika. Bardzo źle jest bowiem po prostu "trwać w narzeczeństwie". Generalnie bowiem narzeczeństwo to okres przygotowania do ślubu. Nie może być za krótki, bo wtedy przygotowania pochłoną cały czas, będzie stres, nerwowe bieganie i zmęczenie i to wszystko przyćmi cały urok tego romantycznego okresu. Ale nie może być tak, że to trwa latami, a decyzję o ślubie się odkłada. Czasem zaś ludzie tak przywykli do bycia razem (nierzadko mieszkając ze sobą latami), że nawet nie myślą o sformalizowaniu związku. A nieraz nawet się zaręczą ale nic konkretnego odnośnie samego ślubu nie ustalają.

Jestem z Piotrem trzy lata. Nie ma między nami nieporozumień, mamy takie same poglądy i generalnie pasujemy do siebie. Wydawało mi się, że nasza relacja zmierza do ślubu, tym bardziej, że jesteśmy już sporo po trzydziestce. Jednak od pewnego czasu z niepokojem oczekuję na jego oświadczyny, które nie mają miejsca... Jakakolwiek wzmianka zaś o tym powoduje jego zdenerwowanie i ucięcie tematu. Nie wiem co mam o tym myśleć.

A bywa i tak, że jedna strona chciałaby już jasnej deklaracji ale druga wcale się do tego nie kwapi.

Niejednokrotnie dostajemy pytania: "dlaczego on się nie oświadcza"? No właśnie, dlaczego?

Dlaczego on się nie oświadcza?

Czasem po prostu nie jest gotowy. On, sam, jako mężczyzna. Uważa, że nie ma jeszcze odpowiedniej stabilizacji finansowej, mieszkaniowej, zawodowej. Nieraz faktycznie tak jest ale czasem w grę wchodzą jakieś wygórowane ambicje, zbyt wysoko postawiona poprzeczka, której kobieta nie oczekuje. On jednak, jako mężczyzna uważa, że musi osiągnąć odpowiedni pułap bezpieczeństwa, by zadać kobiecie to decydujące pytanie. Czasem nie jest jeszcze pewien, że to ta właściwa kobieta. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, lepiej, że zastanawia się nad tym teraz zwlekając z decyzją niż później miałoby przyjść rozczarowanie. Jednak trzeba pamiętać, że stuprocentowej pewności nigdy nie będzie a ideałów nie ma. Nieraz uważa, że skoro jest z dziewczyną, rozmawiają o przyszłości to sprawa jest właściwie załatwiona i nie będzie się wygłupiał z pierścionkiem i bukietem. Wówczas dla niego jest to oczywiste, że ślub będzie a kobieta zastanawia się dlaczego jeszcze nie usłyszała pytania o wspólną przyszłość. A czasem on jest już bardzo bliski oświadczyn, jest pewien decyzji ale czeka na odpowiedni moment. Bo oprawa dla niego jest bardzo ważna. I szykuje coś naprawdę nietypowego (wyjazd w góry i oświadczyny na szczycie) albo specjalną okazję w jakąś rocznicę.

Co zatem robić, jeśli chodzenie się przedłuża? Po jakimś czasie można delikatnie sprowadzić rozmowę na temat przyszłości - nie konkretnie ślubu ale np. jak wyobrażacie sobie pewne kwestie należące do sfery małżeńskiej typu naturalne planowanie rodziny czy wychowywanie dzieci. Nie będzie to dziwne, bo o tym przecież przed ślubem i tak - jak i na wiele innych tematów - trzeba porozmawiać. Ale może to być delikatny sygnał gotowości danej strony do podjęcia decyzji o małżeństwie i jeśli np. chłopak do tej pory nie wiedział czy dziewczyna jest gotowa to będzie dla niego znak. Jeśli zaś mimo takich rozmów nadal nic się nie dzieje a chodzicie ze sobą już np. dwa czy trzy lata, trzeba odbyć poważniejszą rozmowę i zapytać wprost czy druga strona wyobraża sobie wspólną przyszłość. A jeśli potwierdzi to zapytać dlaczego nie chce się oświadczyć i Waszej relacji przekształcić w narzeczeństwo. Może właśnie wtedy ujawni swoje obawy np. finansowe. Wówczas będziecie mogli szczerze porozmawiać i wspólnie je rozwiać. Trzeba też powiedzieć, że nawet jeśli dla chłopaka nie ma to znaczenia, to Tobie jednak bardzo zależy na tej "otoczce z pierścionkiem".

A jak się oświadczyć?

Naszym zdaniem tak, byście dobrze się z tym czuli i jak Wam się wydaje, że druga strona chciałaby, żeby się to odbyło. Z pewnością jest to, szczególnie dla chłopaka stresujący moment. Nawet jeśli odpowiedzi jest pewien (lub prawie pewien) to jednak podniosłość chwili powoduje niemałą tremę. Dlatego najlepiej jeśli odbywa się to bez świadków. Oczywiście chodzi o same oświadczyny, bo później, jeśli w rodzinie istnieją takie zwyczaje i sami tego chcecie można zrobić małe przyjęcie z okazji zaręczyn. Jednak samo pytanie o dalsze wspólne życie powinno być kierowane tylko do przyszłej żony, bo to jest Wasza jedyna taka chwila a obecność innych osób rozprasza, krępuje a nieraz wymusza sztuczność zachowania. Nie mówiąc o tym, że, jak zaraz napiszemy, odpowiedzi mogą być różne.

Wybierzcie taką scenerię jaka Wam odpowiada i jaka jest zgodna z Waszymi usposobieniami. Jeśli nie jesteście duszą towarzystwa to raczej nie polecamy oświadczyn w góralskiej karczmie z kapelą a raczej wschód lub zachód słońca nad jeziorem lub inne nastrojowe miejsce. Jeśli jesteście raczej powściągliwi to trzy pokolenia kuzynów przyszłej panny młodej wpatrujące się z napięciem w chłopaka spowodują, że będzie jeszcze bardziej zestresowany i z pewnością będzie się jąkał albo zapomni wręczyć bukietu gospodyni. Jeśli jednak w obu Waszych rodzinach przyjął się zwyczaj proszenia ojca dziewczyny o zgodę i Wy sami nie macie nic przeciwko temu to możecie się do tego dostosować. Ale tylko wtedy gdy faktycznie oboje uznajecie to za dobrą opcję. Chodzi o to, by ta chwila zapadła w Waszej pamięci jako wydarzenie takie, jakiego oczekiwaliście Wy a nie Wasi bliscy. A dla rodziców, rodzeństwa czy przyjaciół - tak jak pisaliśmy - zawsze można potem zorganizować przyjęcie lub po prostu spotkanie przy kawie i ciastkach.

A co zrobić kiedy spotykamy się z ...odmową? Spokojnie,... tak się zdarza. Dla uspokojenia - chcemy od razu powiedzieć, że taka zupełna odmowa musiałaby nastąpić wówczas gdyby faktycznie w Waszym związku od jakiegoś czasu coś się nie układało i oświadczyny byłyby tylko pretekstem do zerwania. Natomiast, o czym może mało się mówi, zdarza się tak, że chłopak proponuje małżeństwo i... nie słyszy entuzjazmu. Głupia sytuacja. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy obie strony nie są na takim samym etapie związku. Kiedy chłopak jest już pewien, natomiast dziewczyna - z jakichś względów - jeszcze nie. Jednak pokreślmy - ona nie jest gotowa w tej chwili na decyzję o ślubie a nie na samo małżeństwo jako takie, gdyż ta ostatnia sytuacja raczej ujawniłaby się dużo wcześniej. Może być tak, że dla niej tempo jest za szybkie (np. właśnie po kilku tygodniach czy miesiącach) i w ogóle się w danej chwili takiego pytania nie spodziewała, nie jest do końca pewna czy to ten właściwy człowiek albo ma inny temperament niż chłopak i potrzebuje więcej czasu, żeby oswoić się z sytuacją i wszystko sobie poukładać. Nic w tym złego. Lepiej więc jeśli powie szczerze, że nie jest jeszcze na ślub gotowa niż miałaby się zgodzić, bo tak wypada a potem przesuwać terminy albo robić coś wbrew sobie. Decyzja o małżeństwie jest tak ważna, że trzeba bezwzględnej szczerości wobec drugiego człowieka, nawet jeśli wiemy, że go to trochę zaboli. Bo, że zaboli to pewne - który mężczyzna nie marzy aby w takim momencie usłyszeć radosne "tak!"? Ale lepiej, żeby dziewczyna była szczera i powiedziała, że potrzebuje trochę czasu a potem dała sygnał, że jest już gotowa. Dlatego też, drogie dziewczyny, nie wstydźcie się mówić prawdy. Nie można bowiem mówić czegoś innego niż się czuje tylko dlatego, żeby drugiej osobie, choćby najukochańszej nie sprawić przykrości. A Wy, drodzy panowie, nie unoście się honorem i nie zrywajcie z dziewczyną tylko dlatego, że nie rzuciła się Wam od razu na szyję tylko poprosiła o czas na decyzję. Rozumiemy, że to uraziło Waszą dumę i że nie taki scenariusz sobie wyobrażaliście. Ale chyba lepiej w tak ważnej chwili usłyszeć prawdę niż być oszukiwanym. Dlatego dajcie sobie czas i nie zrażajcie się - przecież nie była to odmowa bycia razem tylko niegotowość na zaręczyny w tej konkretnej chwili, prawda? Zapewniamy Was, że lepiej odłożyć taką rozmowę na czas kiedy faktycznie będziecie już na nią oboje gotowi. Bo tylko wtedy przyniesie prawdziwą radość oczekiwania na ślub.

A jak poznać taki moment? Po prostu umówcie się na jakiś, dla Was tylko zrozumiały znak. I wtedy ponówcie próbę.

A co z pierścionkiem? Jesteśmy tradycjonalistami, uważamy, że to piękny symbol narzeczeństwa. Jeśli chłopak jest pewien gustu (i rozmiaru palca) dziewczyny to może jej go od razu ofiarować. Jeśli nie - nic w tym złego, by wybrali go wspólnie, już po oświadczynach. I jeszcze jedno - wcale nie musi, może nawet nie powinien być zbyt drogi. Bo zdarzało nam się słyszeć smutny (będący naturalnie wymówką) argument na odkładanie decyzji o ślubie, że chłopaka "nie stać na pierścionek". To przecież symbol - a nie lokata kapitału. Ma być wyrazem uczuć do dziewczyny a nie dowodem statusu materialnego. I powinien móc być noszony bez obaw, jako dowód rychłej zmiany stanu cywilnego.

A czy można wyjść za mąż bez miłości?

Człowiek, z którym chcemy iść przez życie musi nas fascynować. Nie chodzi tu o urodę, o wielkie porywy uczuciowe, ale o owo "coś". Musimy tego kogoś za coś podziwiać. Musi nam imponować. Odwagą, szczerością, poglądami, uczciwością, zaradnością. Nie możemy być z kimś kto jest dla nas całkowicie obojętny, bo wtedy to nie jest miłość w sensie oblubieńczym i trudno nam się zmusić do pragnienia dobra dla niego więcej niż wobec przeciętnego bliźniego. Trudno się poświęcać, a przecież wspólne życie nie ma być karą.

Czy zatem małżeństwo bez miłości, z rozsądku ma sens? A może jest grzechem, w końcu miłość się ślubuje... Oczywiście, że nie jest grzechem! Inaczej grzeszne byłyby wszystkie małżeństwa naszych i nie tylko naszych władców i tych wszystkich, którzy swoją żonę nieraz po raz pierwszy na ślubie widzieli. Miłość bowiem, którą ślubujemy przed ołtarzem jest troską o drugiego, pragnieniem jego dobra a nie zakochaniem A zatem tak naprawdę można wyjść za mąż nie tyle bez miłości co bez zakochania. A to przecież żaden grzech. Miłość jednak powinna nas łączyć.

Oczywiście właśnie ta miłość rozumiana jako decyzja, postawa. Ciężko bowiem byłoby zmusić się do życia z kimś pod jednym dachem gdyby nasza postawa nie wypływała właśnie z miłości: ofiarowania mu swojego czasu, pracy, chęci, z żywienia do niego życzliwości, pragnienia jego dobra. Jeśli kogoś nie lubimy, działa nam na nerwy, różnimy się w charakterze, wyznawanych wartościach itp. to ciężko byłoby z nim "dogadać się" na tyle, by stworzyć rodzinę, prawda?

Ale czy to wystarczy? Tak naprawdę to bardzo dużo. I gdyby ludzie z takiego "rozsądku" czyli życzliwej troski, świadomi konsekwencji się pobierali to nie byłoby tak wielu rozwodów, awantur i konfliktów między małżonkami, jakże bardzo w sobie wcześniej "zakochanymi".

Zastrzeżenie jest jedno: trzeba właściwie ten "rozsądek" rozumieć.

Bo nie chodzi o to, by rozumieć go tak: mam już trzydzieści pięć lat, nikogo nie mam, boję się, że zostanę starą panną więc dogadam się z kolegą, który też jest samotny i pobierzemy się. Moją motywacją nie jest chęć czynienia dobra dla niego ale strach przed staropanieństwem, opinią publiczną, znalezienie oparcia, zabezpieczenie przyszłości. Nie o taki rozsądek tu chodzi.

Natomiast jeżeli tym rozsądkiem byłaby postawa: mamy wspólnotę poglądów, zależy mi na jego dobru, jemu na moim również, chciałabym realizować swoje powołanie i uczynię wszystko, byśmy byli szczęśliwą rodziną, wprawdzie nie jestem w nim zakochana, ale też nie czuję jakiegokolwiek wstrętu do tego człowieka, do jego ciała. Wówczas gwarantujemy, że jeśli nawet tego mocnego bicia serca na widok narzeczonego nie będzie to rodzina będzie trwała i szczęśliwa.

Oczywiście, nie chcemy przez to powiedzieć, że jeśli się jest zakochanym to związek nie będzie trwały. Nie. Najlepiej by było, gdyby ów rozsądek i uczucia szły w parze, jednak na samych uczuciach daleko się nie zajedzie. Chodzi zatem o to, by owe przyjemne emocje nie były motorem działania. One mogą nam towarzyszyć i dodają miłości uroku ale nie można tylko na nich polegać. Uczucia bowiem się zmieniają, zakochanie odchodzi a zostaje tylko to co zbudowaliśmy trwałego: życzliwość, troska, dobro. Spytajcie pary staruszków co sobie cenią najbardziej w ich związku. Czymże zatem jest ów "rozsądek" w miłości"?

Miłość bez rozsądku byłaby głupotą, rozsądek bez miłości byłby wyrachowaniem

Owo wyrachowanie jako "rozsądek bez miłości" rozumiemy tak jak w tym przykładzie dotyczącym motywacji założenia rodziny: żeby mi było dobrze, ale nie poświęcę się, nie zależy mi na dobru drugiego. Wtedy to jest wyrachowanie. A głupota jako "miłość bez rozsądku" to właśnie odwrotna sytuacja: bazowanie na emocjach, uczuciach, motylki w brzuchu, ale nieważne co nas dzieli a co łączy i jaką mamy wizję rodziny, jak będziemy realizować naszą miłość w rodzinie na co dzień.

Reasumując: w związku chodzi o miłość rozsądną. Taką, która kocha tzn. chce dobrze, zależy jej na zbawieniu drugiego jak i jego realizacji jako osoby w tym życiu, która się troszczy i umie rezygnować z siebie. Która myśli a nie tylko czuje. Bez egoizmu w którąkolwiek stronę. I to jest miłość rozsądna. A stopień emocji jaki jej towarzyszy jest już naprawdę mniej istotny.

Jeśli zatem tak będziemy "rozsądek" pojmować to nie jest to grzechem i do stworzenia dobrego małżeństwa wystarczy. W innym przypadku możemy sobie i komuś zmarnować życie.

Narzeczeństwo i deklaracja zostania czyjąś żoną w przyszłości winna być zatem przemyślana. Nie można jednakże zaręczyn porównywać z przysięgą małżeńską. W narzeczeństwie nie ślubujemy przed Bogiem, obiecujemy że zostaniemy czyimś małżonkiem w przyszłości. Nie jest to akt formalny zatem zerwanie też nie odbywa się formalnie. Oczywiście narzeczeństwo rodzi odpowiedzialność i dlatego zaręczamy się, chcąc założyć rodzinę z tą drugą osobą. Ale mogą zaistnieć w tym okresie takie sytuacje, wydarzenia, że zdecydujemy, iż planowane małżeństwo nie byłoby dobrem dla nas, dla tej osoby, dla przyszłych dzieci (to też jest ważne!) i zdecydujemy się odejść.

Czy można rozstać się po zaręczynach?

Statystycznie rozstania narzeczonych występują rzadziej niż w przypadku par chodzących ze sobą. Zazwyczaj dzieje się to pod wpływem jakiegoś negatywnego zdarzenia, a czasem po prostu jedna (lub rzadziej - obie) strona dochodzi do wniosku, że jednak nie chce przeżyć reszty życia z tą osobą. Czasem bywa i tak, że ślub wciąż jest odkładany lub po zaręczynach nie wyznaczono konkretnej daty i wszystko zaczyna się jakoś "rozmywać". Fascynacja gaśnie, kontakty się urywają, a ludzie oddalają się od siebie. Trudno zrozumieć takie postępowanie, gdy kilka miesięcy wcześniej miały miejsce oświadczyny. Prawdopodobnie decyzja o małżeństwie została podjęta za wcześnie, a euforia towarzysząca zakochaniu i byciu razem spontanicznie, acz lekkomyślnie, przybrała postać propozycji małżeństwa. Dlatego decyzja o ślubie powinna być zawsze dobrze przemyślana, by zbyt pochopnym krokiem nie zranić drugiej osoby, nie nadwyrężyć jej zaufania do ludzi. Bo skoro opuszcza kogoś narzeczony, to jak tu zaufać potem komuś innemu, jak uwierzyć w przyszłości w prawdziwość wyznanej miłości?

Rozstania narzeczonych są bardzo bolesne, bo przecież byliśmy ze sobą przeważnie dość długo, zbliżywszy się do siebie, wiedzieliśmy o sobie niemal wszystko i planowaliśmy wspólną przyszłość. Pocieszeniem dla osób porzuconych jest to, że lepiej, gdy takie rozstanie ma miejsce przed ślubem niż po nim. Korzystniej bowiem odcierpieć z powodu niedoszłego ślubu, niż całe życie żałować, że miał on miejsce, i zastanawiać się, co by było, gdybyśmy poznali kogoś innego. Lepiej w szczerości serca uznać przed kimś, że się pomyliliśmy, niż złamać mu i sobie życie. Gdy to my jesteśmy tą stroną, która rezygnuje, starajmy się zrobić to jak najdelikatniej, bez oskarżeń i awantur, a na ile można po prostu wybaczyć sobie wzajemnie, z mocnym postanowieniem podejmowania w przyszłości dojrzalszych decyzji. Nawet gdy wszystko zostało już ustalone i zarezerwowane, a zaliczki wpłacone. Lepiej ponieść straty materialne, niż płacić całe życie za błędną decyzję. Bo nieraz słyszy się argument, że "wszystko już załatwione, goście zaproszeni, wstyd się wycofać". Mniejszy to wstyd, o którym po kilku tygodniach wszyscy zapomną niż wspólne lata w kłótniach i oskarżeniach. Na szczęście dla wszystkich nie doszło tu do kroków formalnych, nadal pozostajemy wolni i możemy związać się z kimś innym. Ponieważ jednak jest to doświadczenie traumatyczne, trzeba, tak jak w przypadku każdego rozstania, pozwolić sobie na przeżycie żałoby, próbować odbudować swoją wiarę w ludzi, trwając w przekonaniu, że następnym razem trafimy lepiej, a może sami nie popełnimy pewnych błędów. Rozstanie przed ślubem nie czyni nas osobami "porzuconymi", których "nikt nie chce" - nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy gorsi. Nie odnośmy tego, co się stało, wyłącznie do swoich cech i braków, przez które nie doszło do ślubu. Potraktujmy to raczej jako doświadczenie, które choć na pewno nas boli, może czegoś nauczyć i wzmocnić. I dlatego nadal módlmy się o dobrego męża czy żonę.

Fragment książki:
Co każdy mąż chciałby aby jego żona wiedziała o mężczyźnie Narzeczeństwo czyli sztuka przygotowania się do małżeństwa
Katarzyna Jarosz, Tomasz Jarosz
To znakomite, napisane prostym, komunikatywnym językiem kompendium dla każdego chrześcijanina, który stoi przez wyzwaniami okresu narzeczeństwa...» zobacz więcej

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2023 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej