Wigilijna legendaŚwieczki na choince dopalały się nieruchomym płomieniem, a wśród wielkiej ciszy mogli usłyszeć, jak w lesie drzewa pękały na mrozie.
![]() - Mój pradziad opowiadał tak - zaczął siedzący na brzegu kominka Krzysztof, napychając do krótkiej fajeczki świeży tytoń. - Kiedy jeździł w cugowe konie, mieli pana bardzo surowego i prędkiego w słowach, który długi czas odbywał służbę wojskową, jeszcze za czasów Napoleona. Napatrzył się na wiele okrucieństw i był przyzwyczajony do rozkazywania, a nie do słuchania. Któregoś wieczoru, w samą Wigilię, pradziad mój wracał z nim z miasteczka i jechał szybko, bo już był czas zapalić drzewko. Spóźnili się i śnieg sypał gęsto. Wtedy były w lasach wilki, mieli więc zapalone na saniach latarnie, a pan trzymał flintę na kolanach. ... A kiedy wyjechali z lasu, pradziad raptem ściągnął cugle swojej czwórki, bo w świetle latarni na drodze stało dziecko. Było to małe dziecko, chłopczyk, i miało ośnieżone ramiona. Pradziad opowiadał, że się wystraszył, bo chłopczyk nie miał wcale śniegu na włosach, tylko na ramionach. A sypało gęsto. Ale włosy były jakby ze złota, a na nich ani płatka śniegu. ... Dziecko wyciągnęło prawą rękę, dłonią na wierzch, jakby prosiło, by mu w nią coś włożyć. Miało wesołą, uśmiechniętą buzię, a przecież było zupełnie samo na skraju głębokiego boru. Teraz, kiedy umilkły dzwonki sań, dolatywało z daleka wycie wilków. Konie stały spokojnie. Ruszaj, Krzysztof! - zawołał pan zniecierpliwiony. - Już późno. Ale pradziad nie ruszył. Złożył na lejcach ręce w ciężkich, futrzanych rękawicach i patrzał na dziecko. Później powiedział, że nie można było odwrócić oczu od niego. Jazda, Krzysztof - wołał pan i stanął w saniach. Ale pradziad nie ruszył z miejsca. Uniósł trochę róg koca okrywającego mu kolana, dziecko postawiło nogę na płozy sań i usiadło obok pradziada. Wciąż się uśmiechało. ... Pan był tak zagniewany, że aż go poniosło. Nie był zły z powodu dziecka, ale dlatego, że pradziad go nie usłuchał. Stanął wyprostowany, w błyszczącym mundurze pod futrem, chwycił dziecko za ramiona i chciał je wyrzucić na śnieg. ... Lecz dziecko się nie poruszyło. Siedziało spokojnie, patrzało na konie, które w świetle latarni rzucały wielkie cienie na śnieg, i uśmiechało się. Pradziad trzymał mocno lejce i przyglądał się. Mówił potem, że nie mógł ruszyć nawet małym palcem u ręki. Było mu trochę niesamowicie, ale nie czuł lęku. ... Wtedy pan ze straszliwym przekleństwem wyskoczył z sań; stanął obok płóz i podniósłszy obie ręce, chciał ściągnąć dziecko z sań. ... Ale dziecko się nie ruszyło. Podniosło nawet rączki, jakgdyby chcąc pokazać, że nie trzyma się niczego. I uśmiechało się. ... Śnieg wciąż jeszcze $ypał na światła latarni, a taka była cisza, ża pradziad słyszał bicie własnego serca* Niech pan wsiada, panie - powiedział. - Na Chrystusa, niech pan wsiada! ... I tu stał się cud, że baron usłuchał. Wsiadł i pojechali dalej. Pradziad mógł znów poruszać rękami. Dziecko siedziało cicho obok niego. Na jego złotych włosach nie było ani jednego płatka śniegu. ... Ale kiedy wjechali w podwórze, wystraszyli się okropnie, bo nagle rozświetliły się wszystkie okna dużego domu, wszystkich chałup i stajen. Rozświetliły się światłem, które - jak mówił pradziad - było nie z tej ziemi. Wszyscy ludzie powychodzili z domów* we wszystkich wrotach obór i stajen widać było łby zwierząt, jak gdyby je ktoś poodwią- zywał. Głowy koni, krów i owiec. I wszystkie, w zupełnej ciszy przyglądały się saniom, które teraz, zataczając szeroki krąg, zajechały przed stopnie podjazdu. I wszyscy widzieli to dziecko, wszyscy. Nie było takiego, który by go nie widział. ... Dziecko pierwsze wysiadło z sań. Ale pradziad mówił, że nie wyszło z nich, tylko spłynęło. Bez ciężaru - jak płatek śniegu. Obróciło się jeden raz ku saniom, uśmiechnęło się i poszło przez podwórze do chaty, w której leżało umierające dziecko. Wszystkim było wiadomo, że nie przeżyje nocy wigilijnej. ... A kiedy dziecko z sań przeszło przez próg tej chaty, za jednym zamachem zgasły wszystkie światła na podwórzu i ludzie byli jak oślepieni i macali drogę do stajen, aby poprzywiązywać bydło. ... Pradziad zaś wyszedł z sań i pomógł wejść po schodach panu, który sam nie mógł iść. A wewnątrz, w wielkiej sali, gdzie stała choinka, a na ścianach wisiały rogi, wypchane ptaki, baron rozejrzał się jak po wielkim, obcym lesie i powiedział całkiem nie swoim głosem: "Dzięki ci, Krzysztof..." ... A chore dziecko wyzdrowiało tej nocy... Tak - zakończył Krzysztof swoim cichym, łagodnym głosem - tak to było tej nocy, kiedy pradziad wiózł Dzieciątko Jezus. Wstał, wyjął z ognia węgielek do swojej fajki i z powrotem usiadł na brzegu komina. ERNST WIECHERT Fragment książki "Missa sine nomine"
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |