Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Śmierć świętego

Bardzo dawno temu w dalekim kraju żyło razem trzech mnichów, którzy opuścili swój klasztor, aby wieść jeszcze bardziej surowe życie w samotności opuszczonej góry. Spotkali tam prostego człowieka imieniem Joe, który z trudem utrzymywał się z małego kawałka ziemi. W swojej prostocie uważał za zaszczyt, że pozwolono mu usługiwać tak świętym osobom i związał się z nimi jako ich zakrystianin, kucharz i złota rączka od różnego rodzaju napraw.

Najstarszym z pustelników był Serapion Mistyk, człowiek modlitwy, który potrafił spędzać siedem godzin dziennie na kolanach, bez opuszczenia ani jednego dnia. Drugim z kolei był Meliton Asceta, człowiek umartwienia, który potrafił za jednym razem pozostawać bez jedzenia przez tydzień. Najmłodszym z nich był Felimon Ekstatyk, człowiek tak oddany kontemplacji Boga, że często popadał w długie transy ekstazy, całkowicie niepomny na to, co się dzieje wokół niego.

Od czasu do czasu zdarzało się, że jakiś zagubiony podróżny zatrzymywał się w pustelni na noc. Każdy z przybyszów niezmiennie ulegał wrażeniu świętości trzech mężów i po powrocie opowiadał w sąsiednich miastach, co widział. Toteż z biegiem czasu wieść o świętości pustelników rozniosła się szeroko i zaczęła przyciągać stały napływ pielgrzymów, którzy przybywali znaleźć tu pocieszenie i zbudowanie się postawą trzech świętych mężów z gór. Wkrótce trzeba było zbudować jakiś zajazd, aby zapewnić nocleg wszystkim ludziom. I wtedy różne talenty i umiejętności Joe okazały się rzeczywiście bardzo przydatne.

Joe nie tylko postawił przestronną gospodę dla pielgrzymów, ale także umówił się z kupcami z sąsiednich miasteczek, żeby dostarczali zaopatrzenie do gospody. On sam gotował i podawał posiłki trzy razy dziennie wygłodzonym gościom, przygotowywał czystą pościel dla każdego, utrzymywał wszystko w idealnym porządku, a jednocześnie usługiwał pustelnikom. Joe stał się bardzo zabieganym człowiekiem, uwijał się od świtu do zmroku, służył wszystkim z uśmiechem i utrzymywał wszystko we wzorowym porządku.

Jednak trzeba wspomnieć, że Joe miał pewną skazę na charakterze, pewną słabostkę, która - w jego oczach - czyniła go największym ze wszystkich grzeszników. Otóż miał słabość do dobrego wina. Trzeba zauważyć, że nigdy nie był pijany. Skoro jednak musiał trzymać zapasy tego wyśmienitego napoju dla pielgrzymów, od czasu do czasu przyjmował zaproszenie na drinka od któregoś z nich. I przy takich okazjach mógł czasem - o, nie często, może raz na miesiąc, czy coś takiego - przekroczyć cienką granicę wstrzemięźliwości i być lekko podchmielony. Nie do tego stopnia wszakże, żeby to powodowało zaniedbanie obowiązków. Właściwie to nikt nawet by nie zgadł, że jego policzki były zaczerwienione nie od wysiłku w pracy, ale od wypitego wina. Ale Joe o tym wiedział. I kiedy porównywał swoje lekkie uleganie słabości z ascetycznym życiem swoich trzech mistrzów, zwykł uważać to za straszny grzech, który mógł być odpokutowany w jakimś stopniu tylko przez całkowitą służbę swoim współbraciom. Po każdym upadku następowały łzy skruchy i solenne obietnice zaniechania picia wina do końca życia.

Niestety, obietnice łatwiej się składa niż się je wypełnia. Joe potrafił oprzeć się swoim skłonnościom przez kilka dni pełnych męki lub nawet tygodni, modląc się z wielką gorliwością na osobności w swoim małym pokoiku na poddaszu gospody. Lecz wkrótce narastało w nim nieznośne napięcie. Po długich zmaganiach, zazwyczaj pod koniec wyczerpującego dnia, kiedy rzesze pielgrzymów były szczególnie męczące, zaczynał czuć jak słabnie jego opór przeciw pokusie. W takich chwilach pokusa wypicia stawała się tak przemożna, że Joe nie mógł już dłużej walczyć. A po kilku kieliszkach niebiańskiego napoju powtarzał się cykl pokutny. Takie było życie Joe. Bardzo proste, jak prosty był Joe. Można je było zawrzeć w dwóch zdaniach: Joe kochał każdego i służył każdemu z całego serca i całej duszy, a z drugiej strony - trochę za bardzo lubił wino.

Tak przedstawiały się sprawy na tej świętej górze pustelników, kiedy najstarszy z nich - Serapion Mistyk nagle umarł. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, tłumy natychmiast zaczęły wołać: "Umarł święty! Umarł święty!". Kiedy Serapion przybył do bram nieba, trzymając w swoich dłoniach wielki modlitewnik, św. Piotr z rzeszą świętych i aniołów już czekali na niego, aby go przywitać. Przyprowadzili go triumfalnie do wielkiego tronu Chrystusa i przedstawili jako "świętego Serapiona Mistyka". Jezus uśmiechnął się na to ciepło i przywitał go najbardziej łaskawym gestem prawej ręki. Wtedy całe niebo zawołało: "Święty! Święty przyszedł po swoąa koronę! Radujmy się!". Lecz kiedy trąba niebieska zaczęła grać uroczysty hymn, można było usłyszeć cichy komentarz Jezusa, jakby mówił sam do siebie: "No, może nie święty, ale w istocie pobożny człowiek".

Tymczasem życie na ziemi toczyło się dalej. Pielgrzymi ciągle tratowali świętą górę w nadziei otrzymania tu pocieszenia i wsparcia moralnego od dwóch pozostałych pustelników, a Joe dalej usługiwał każdemu z całkowitym oddaniem. Przy czym od czasu do czasu zdarzały mu się wpadki z winem.

Pewnego dnia, po szczególnie długim poście, zmarł Meliton Asceta. Tłumy natychmiast zawołały: "Wielki święty nie żyje! Wielki święty nie żyje!". Kiedy Meliton przybył do bram nieba, trzymając w ręku pustą misę do zupy, podobnie został uroczyście powitany przez św. Piotra i mieszkańców nieba. Przyprowadzili go do tronu Chrystusa i przedstawili jako "wielkiego świętego Melitona Ascetę". Jezus popatrzył na niego z wielką miłością, po czym całe niebo wznosiło okrzyki: "Wielki święty! Wielki święty przybył po swoją koronę! Radujmy się!". I ponownie, gdy rozległ się dźwięk trąby, Jezus powiedział do siebie: "No, może nie święty, ale w istocie pobożny człowiek".

Tymczasem na ziemi śmierć Serapiona Mistyka i Melitona Ascety wcale nie zmniejszyła napływu pielgrzymów wspinających się na świętą górę, gdyż na niej wciąż żył trzeci pustelnik, którego tłumy uważały za największego z tych trzech - Felimon Ekstatyk. Konkurował on z żarliwością Serapiona do modlitwy i rygorem Melitona w poszczeniu; co więcej - jego oblicze prawdziwie jaśniało jak u anioła, kiedy popadał w dłuższą ekstazę. Z pewnością Joe miał trudny czas, próbując opanować ciekawski tłum, gdyż wielu usiłowało odciąć i zachować jako relikwie kawałek z habitu mnicha albo nawet włosy z jego brody, tak wielka była pobożność pielgrzymów.

Lecz nawet Felimon podlegał naszej ludzkiej naturze. I pewnego dnia on również umarł po szczególnie długiej ekstazie. Natychmiast tłumy zawołały: "Bardzo wielki święty nie żyje! Bardzo wielki święty nie żyje!". I kiedy Felimon Ekstatyk przybył do bram nieba, trzymając w ręku płonącą pochodnię, oczekiwał go cały dwór niebieski. Natychmiast wprowadzono go uroczyście i z radością do Chrystusowej wielkiej sali tronowej i przedstawiono jako "bardzo wielkiego świętego Felimona Ekstatyka". Na to Jezus lekko się skłonił w najbardziej kurtuazyjny sposób, a całe niebo śpiewało: "Bardzo wielki święty! Bardzo wielki święty przybył po swoją koronę! Radujmy się!". Lecz znowu, kiedy trąba zagrzmiała po tych okrzykach, usłyszano jak Jezus mówił cicho do siebie: "No, może nie święty, lecz w istocie pobożny człowiek".

Wraz ze śmiercią trzech pustelników nastąpiły wielkie zmiany na świętej górze. Strumień pielgrzymów wysechł jak ręką odjął, a Joe został zupełnie sam. Z upływem lat on również zestarzał się przedwcześnie wskutek nieprzerwanej pracy, którą wykonywał w służbie pustelnikom i ich wielbicielom, którzy ich podziwiali. I tak pewnego dnia Joe również umarł. Lecz nikt o tym nie wiedział, a już nikomu nie przyszło do głowy zawołać: "Umarł święty!".

Kiedy Joe przybył do bram nieba, nie miał ze sobą ani modlitewnika, ani pustej misy, ani płonącej pochodni. Nie miał nic w rękach. Oczywiście nie oczekiwał, że wielki św. Piotr, albo jaki inny święty lub anioł będzie oczekiwać i witać człowieka, który przez całe życie był tylko służącym pustelników, i co więcej, który za bardzo lubił wino. Postanowił więc poczekać na jakąś ważną osobistość; może udałoby mu się wejść niepostrzeżenie za nim. Lecz właśnie w tym momencie, bramy same się otworzyły. A w nich stał Chrystus w porażającym majestacie. Miał ze sobą butelkę najwyborniejszego wina. Podszedł do Joe i uścisnął go, mówiąc:

- Witaj, umiłowany przyjacielu! Służyłeś mi bardzo dobrze przez wszystkie te lata. Wypada, abym ja sam, osobiście powitał cię w raju.

Oczywiście aniołowie i święci byli dość zaskoczeni tym wyjątkowym przyjęciem, kiedy o nim usłyszeli. Ale przecież w końcu tylko Chrystus potrafi odróżnić człowieka pobożnego od rzeczywistego świętego.

Nil Guillemette SJ


   

Wasze komentarze:
 Marcin: 12.11.2020, 14:18
 Dzięki, budujące
(1)


Autor

Treść



Poprzedni[ Powrót ] 
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej