Tobiasz, pies i aniołTedy przybieżał naprzód pies, który był przy nim w drodze, a jako poseł przyszedłszy, radował się marganiem ogona swego. Księgi Tobiaszowe XI, 9
![]() Bóg jest dobry. To właśnie znaczy w języku Hebrajczyków imię Tobiasz. Tobiasz był także dobry. Pojął za żonę młodziutką Annę i urodził im się synek. Tobiasz nachylił się nad niemowlęciem. - Jak nazwiemy syna? - Niech będzie jak i ty, Tobiasz, żeby był dobry - prosiła Anna. - Będę go nazywała Tobi. Ale niedługo cieszyli się swoim szczęściem. Napadły na kraj wojska asyryjskie króla Salmanazara i uprowadziły do niewoli ludność: mężczyzn, kobiety i dzieci. Tobiasz z rodziną znaleźli się w Niniwie. Wszyscy rozpaczali, lamentowali i narzekali, a Tobiasz chodził między współtowarzyszami niedoli, pocieszał ich i upominał, aby nie zapominali, kim są i kto jest ich Panem. Dzielił się wszystkim, co miał. Zauważył go nawet Salmanazar, król asyryjski. - Kim jest ten Izraelczyk, niepodobny do innych? Nie wygląda na niewolnika. - Wszędzie można być człowiekiem - mówił do swoich współbraci. - Czy w domu, czy na wygnaniu. Wszędzie są ludzie i wszędzie jest Bóg. Zmarł Salmanazar, a nastał po nim okrutny król Sennacherib. Prześladował on Hebrajczyków, ścigał i zabijał. Znów podniósł się lament wśród rodzin izraelskich. Jeden tylko Tobiasz nie tracił ducha. Coraz więcej dobrego miał do roboty. Dzień w dzień obchodził swój naród. Żywił głodnych, odziewał obdartych i nagich, a umarłym i zabitym wyprawiał pogrzeb według izraelskich zwyczajów. Pewnego dnia przyplątał się do Tobiasza pies. Psy poznają dobrych. Pies szedł za nim aż do progu domu. Tutaj usiadł i zaskomlił żałośnie. - Pewno głodny. Daj mu jeść - rzekł do żony Tobiasz. Ale pies nie wziął z jej ręki jedzenia. Nie przestawał skomleć jak dziecko. Wziął kęs jedzenia tylko z ręki Tobiasza, ale nie odszedł. Warował przy drzwiach domu. - Ojcze, pozwól mi wziąć do domu tego psa - prosił Tobi. Pies wszedł do domu. Na drugi dzień bawił się z chłopcem wesoło, tarzał się z nim po podłodze, pozwalał się targać za uszy. Ale gdy tylko Tobiasz wstawał i zmierzał do wyjścia, pies już był przy nim. Biegł przodem. Czasem przystawał i oglądał się, czy pan idzie za nim. Wszyscy od razu wiedzieli: idzie Tobiasz, bo jest jego pies. Nawet gdy Tobiasz musiał uciekać przed królem, pies poszedł z nim razem. - Schwytają nas, to zabiją nas razem, mnie i ciebie, piesku - mówił do psa Tobiasz. Ale pies merdał tylko gonem, lizał mu ręce i nie przejmował się groźbami asyryjskiego króla, jakby wiedział, że prędzej króla zabiją ego wrogowie, a on ze swoim panem wrócą do domu. I znowu zaczęło się to samo. Znowu Tobiasz chodził psród żywych, a umarłych grzebał. - Dałbyś sobie spokój - mówili mu przyjaciele. - Już dosyć naraziłeś się władcom. Siedziałbyś w domu, niech inni grzebią swoich umarłych. Tobiasz jednak robił swoje. Czuł tylko, że ma coraz mniej sił, wracał coraz bardziej zmęczony, przystawał, aby zaczerpnąć tchu, a pies musiał nieraz wiele razy wracać z drogi, aż wreszcie siadał i pytająco, z żalem, zaglądał mu w oczy. Tak właśnie było tego dnia. Tobiasz ledwo się dowlókł do domu. Może dlatego, że dzień był gorący, a może za dużo miał tych pogrzebów. Nie miał siły nawet wejść do domu. Oparł się o mur. Osunął się przy ścianie domu i tak zasnął z półotwartymi oczami. Ocknął się z bólu. Coś gorącego oblepiało mu oczy. Usiłował je przetrzeć. Zabolało jeszcze bardziej. - Anno! Anno! - wyszeptał. Pies zaszczekał głośno, alarmująco. Wybiegła Anna i chłopiec. Podnieśli Tobiasza. - Nic mi nie jest - mówił. - Tylko coś zalepiło mi oczy. Anna spojrzała w górę. Nad miejscem, gdzie leżał przed chwilą Tobiasz, wisiało gniazdo jaskółek. - To pewno gnój jaskółczy. Wypalił ci oczy! - Obejrzała Anna oczy Tobiasza. - Widzisz mnie? - Nie widzę. - Widzisz naszego Tobi? - Nie widzę. Jestem ślepy. Wybuchnęła płaczem i Tobi zawtórował jej, choć nie bardzo wiedział, dlaczego matka płacze. - Nie płaczcie - rzekł Tobiasz. - Trzeba za wszystko dziękować Bogu. Za dobre i za złe. Przychodzili ludzie, użalali się nad Tobiaszem. - No widzisz, na co ci się zdała twoja pobożność i twoja dobroć? Co masz za swoje jałmużny i za pogrzeby? - Nie mówcie tak - odpowiadał. - Co by to była za wiara, która by się odmieniała za każdą odmianą losu? Tobiasz nauczył się chodzić z laską, a pies prowadził go bezpiecznie. Stuk jego laski znali wszyscy. Zaś Anna zabrała się do pracy, chodziła tkać płótno po domach, aby zarobić na życie dla Tobiasza i dla Tobiego. Tobiasz czekał na powrót Anny. Lubił, kiedy wracała i zabierała się do przyrządzania posiłku. Słuchał szelestu jej sukni. Pewnego dnia usłyszał beczenie koźlątka. - Skąd je masz? - zapytał. - Dostałam od kogoś. - Może jest kradzione? Idź i zwróć temu, kto ci dał, bo Pan nie pozwala używać i jeść kradzionego. - Nigdzie nie pójdę. Ty przestrzegałeś zawsze przykazań Pana, a oto nagroda, jesteś ślepy. - Anna krzyczała głośno. Aż Tobiasz zakrył sobie uszy. Położył się na łóżku i zapłakał. Nigdy nie płakał, nigdy się nie załamał. Ani wtedy, gdy pognali go w niewolę, ani wtedy, gdy widział umęczonych i mordowanych swoich braci, ani wtedy, gdy król kazał go ściąć, a on musiał uciekać z domu. Nie płakał nawet wtedy, kiedy oślepł. Nawet wtedy. Ale teraz jakby niedobre słowa żony przepełniły czarę jego cierpienia, zapłakał. A płacząc modlił się: - Boże, pozwól mi umrzeć, bo nie chcę więcej żyć. Pod wieczór dopiero przestał płakać, a że czuł się bardzo słaby, pomyślał, że Bóg wysłuchał jego prośby i że niedługo umrze. - Tobi! - zawołał. Chłopiec przyszedł do ojca. Nie był to już mały Tobi. W ostatnim roku wyrósł i stał się młodzieńcem. - Ja umrę, synku, a nie mam ci co zostawić. Zostawiam ci tę naukę: bądź zawsze dobry. Dziel się z ludźmi tym, co masz, bo jałmużna wybawia od śmierci. A teraz posłuchaj: Jest jeden człowiek, nazywa się Gabel. Byłeś jeszcze małym dzieckiem, kiedy pożyczyłem mu dziesięć talentów srebra. To było w mieście Rages. Idź do niego, odbierz dług. - Dobrze, ojcze. Ale on mnie nie zna ani ja jego. - Tu w skrzynce jest złożony cyrograf z jego podpisem. Wystarczy, że mu go oddasz. Trzeba tylko, żebyś poszukał kogoś, kto pójdzie z tobą, za zapłatą oczywiście. Niebezpiecznie jest podróżować samemu. Wybiegł Tobi z domu, ale niedługo wrócił. Prowadził ze sobą młodego człowieka ubranego pięknie i bogato. Anna aż oczy przesłoniła od blasku. - Pokój i radość tobie! - rzekł młodzieniec wchodząc do izby, w której leżał ślepy Tobiasz. - Nie dla mnie radość! - odparł z goryczą Tobiasz. - W ciemności siedzę i nie widzę światła niebieskiego. - Bądź mężny. Bliski jest czas twojego uzdrowienia. Tobiasz pomyślał, że bliski jest czas jego śmierci i że, owszem, w jego przypadku śmierć można by nazwać uzdrowieniem. - Czy mógłbyś z moim synem pójść do miasta Rages, gdzie mieszka pewien człowiek imieniem Gabel? - Znam go. Chętnie pójdę z twoim synem i przyprowadzę ci go z powrotem. - Nie gniewaj się, ale kim jesteś, jakie twoje imię i ród? - Jestem Azariasz, syn Ananiasza - odrzekł przybyły. Gdyby Tobiasz widział, ujrzałby lekki uśmiech na twarzy młodzieńca. Bo był to anioł Rafael, którego Pan zesłał do domu Tobiasza. Anna płacząc zaczęła szykować syna do drogi. Najwięcej jednak rozterki przeżywał pies, bo biegał od ślepego Tobiasza do młodego Tobiego. Wreszcie usiadł między nimi i zaskomlił rozpaczliwie. - Weź psa, Tobi - rzekł ojciec. - Nie będzie mi potrzebny. Młodzieńcy odeszli. Anna płakała. - Czemu płaczesz? - odezwał się do żony Tobiasz. - Odebrałeś mi podporę starości, jedynego syna. Tyle mieliśmy w swojej biedzie, że mogliśmy cieszyć się patrząc na niego. - I znowu zapłakała głośno. - Nie płacz, Anno. Wróci nasz syn; Wierzę, że Anioł Boży poprowadzi go w drodze i już wkrótce cieszyć się będziesz jego powrotem. Ale Tobi z młodzieńcem nie wracał. Pusty i smutny był dom Tobiasza i Anny. Nie było nawet psa, aby ich rozweselał. Anna chodziła i popłakiwała. Coraz częściej narzekała głośno i wyrzucała mężowi, że to z jego winy stracili to, co mieli najdroższego, że puścił syna z obcym, nieznanym człowiekiem. Z początku Tobiasz pocieszał żonę, jak mógł, aż wreszcie zaczął płakać razem z nią. - Anno, gdzie idziesz? - Idę na wzgórze. Siądę i popatrzę, czy nie wraca nasz syn. I tak codziennie wspinała się na wzgórze i patrzyła, patrzyła aż do bólu na drogę, którą odszedł Tobi z psem i nieznajomym młodzieńcem. A Tobiasz siedział sam w swojej ciemności. Wyciągał ręce, jakby chciał napotkać dłońmi głowę syna, ale obejmował tylko powietrze. Cierpienie jego i modlitwa stały się milczeniem, i oczekiwaniem bez końca. Nagle - co to? Z daleka jakby szczekanie psa. Tobiasz nie dowierza uszom. Ale już zaskrzypiały drzwi, pchnięte całym ciałem przez psa, i coś kudłatego, gorącego skacze mu łapami na kolana. Ogon radośnie uderza o podłogę. Tobiasz zrywa się z ławy, a w tej samej chwili wbiega Anna wołając: - Idą! Idą! Wracają! Wypatrzyłam ich z góry. Tobiasz chciał iść ku drzwiom, wyjść naprzeciw syna, potknął się, ale szedł, biegł prawie. A obok niego Anna. Ucałowawszy ojca, Tobi wziął z rąk przyjaciela małe puzderko, otworzył je i jakąś żółtą maścią posmarował oczy ojca. - Co to jest? Co to? - pytał Tobiasz. - To żółć wielkiej ryby, którą wyciągnęliśmy razem na brzeg. Azariasz kazał posmarować nią twoje oczy. Ale zanim zacznie działać, dowiedzcie się, ojcze i matko, że nie wracam sam, ale z nowo poślubioną żoną, córką Gabela i z połową jego majątku. Zaraz nadjadą. My wyprzedziliśmy cały orszak, aby prędzej was powitać w domu. I opowiedział wszystko o swojej podróży i o nowej żonie, Sarze, która też dzięki rybiemu lekowi uzdrowiona została od demona. Ten demon uśmiercał wszystkich jej mężów, zanim którykolwiek jej dotknął. I o tym, jak wielka ryba o mało ich nie pożarła. I o dobroci i wspaniałomyślności Gabela, który wyprawił im wesele i nie chciał ich puścić. Dopiero przez wzgląd na Tobiasza pozwolił odjechać. A tymczasem na ślepych oczach Tomasza utworzyła się jakby cienka, żółta błonka. I zaczęła schodzić z oczu. Wreszcie syn ściągnął ją i Tobiasz odzyskał wzrok. Mógł zobaczyć wreszcie syna i synową Sarę, i swoją żonę Annę, która przez czas jego ślepoty stała się siwa, biała jak śnieg. A na końcu mógł zobaczyć młodzieńca, który towarzyszył synowi w drodze i teraz żółcią ryby go uzdrowił. Z wyglądu był to bogaty młodzieniec, z jakiegoś znacznego rodu. - Co mu damy za to wszystko, mój synu? - Ojcze, i połowa tego, cośmy przywieźli, to mało, bo to wszystko jego zasługa. Tobiasz i Tobi odciągnęli go na bok i prosili, aby przyjął połowę majątku. - Nie przyjmę nic. A gdy go bardzo prosili, rzekł: - Nie jestem tym, za kogo mnie macie. Jestem Aniołem Bożym. Imię moje Rafael, to znaczy Bóg Wyleczył. To on was oboje uleczył, i ciebie, Tobiaszu, i Sarę. Nie mnie dziękujcie, ale Jemu. A na mnie już czas. Muszę wrócić do Tego, który mnie posłał. Tobiasz wyciągnął ręce, aby mu dziękować, ale Rafael nagle znikł i miejsce, gdzie stał jeszcze przed chwilą, było puste. ANNA KAMIEŃSKA
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |