Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Od dziadka do wnuczka i odwrotnie

     Pani Barbara podchodziła do okna już chyba piąty raz, namoczyła i bez tego rozmoczoną roślinę, która poza dwoma sterczącymi badylami i anemicznym, czterolistnym kwiatkiem raczej nie przypominała nic ozdobnego, potem poprawiła nakrochmalone jak żyletki fałdy firanki i podreptała do kuchni po szmatkę do kurzu, aby zgarnąć dwie zdechłe muchy, których rano tam jeszcze nie było. Pochyliła się nad szufladą - bo tam zawsze trzymała wymienioną wyżej szmatkę i... jęknęła z bólu. - Boże, znowu te moje "korzonki", a może jeszcze gorzej. Może to lumbago?

     Doprowadziła się wolno do pionu, co zważywszy na jej 80 kg, było sporym wyczynem i ruszyła w kierunku telefonu, który natrętnie wciskał się w cieplutką ciszę.

     - Tak, słucham - usłyszano po drugiej stronie sznura zmaltretowany głos starszej pani.

     - Chcecie przyprowadzić do mnie na trzy godziny chłopców? Ależ to niemożliwe, przecież ja jestem taka chora i potrzebuję spokoju. Przykro mi, ale w tym tygodniu jest to niemożliwe. Wy ciągle zapominacie ile ja mam lat, i że z wiekiem człowiek się wyczerpuje.

     - Jak możesz zaprzeczać? Poczekaj, poczekaj, jak dożyjesz moich lat, to wtedy mnie zrozumiesz. - Zakończyła rozmowę pani Barbara i zapominając ze wzburzenia o swoich korzonkach dość energicznie udała się ponownie do kuchni, tym razem jednak obierając za cel błyszczące bielą drzwi lodówki. Wielka porcja baleronu normalnie byłaby wystarczającym pocieszeniem, ale teraz, gdy okazało się, że nawet własne dzieci nie są w stanie zrozumieć dolegliwości związanej z jej wiekiem, dokładka z dwóch kawałków ciasta była konieczna.

     Barbara wgryzała się w warstwy smakowitego kremu, warstwy orzechów i daktyli, wspominając przeszłość dawną i tę najświeższą. Wszystkie jej przyjaciółki (lub prawie wszystkie) świętowały swoje "kopy", czyli sześćdziesiąte urodziny i żyły sobie spokojnie, bez stresów, utrwalając "poglądy, nawyki i to co uznane za ważne". Ona "kopę" uczciła jeszcze z mężem. Od trzech lat jest sama i musi oszczędzać swoje siły...

     W pewnym momencie przemyślenia starszej pani przerwał znajomy, nieco drażniący, ale ciągle na nowo intrygujący dźwięk. I wtedy podeszła do okna po raz szósty. Odsunęła misternie wykrochmaloną fałdę firanki i badyl roślinki, który miał być ozdobny. Który to już raz, z nosem przy szybie obserwowała Zenona, przyjaciela jej zmarłego męża. Właśnie był w połowie chodnika, między klonem a kasztanem. Spokojnym, regularnym ruchem odbijał się od powierzchni, a jego nogi wciśnięte w stare wrotki wnuka sprytnie omijały różne przeszkody. Sąsiedzi już dawno przestali się dziwić, a nawet wesoło go dopingowali. Od lat był wdowcem i choć ogólnie wiedziano jak bardzo kochał swoją żonę, z szacunkiem podziwiano sposób, w jaki przechodził żałobę i jak przyjął na siebie wzmożone obowiązki rodzicielskie.

     Co tu dużo gadać, kochali w dzielnicy Zenona. Organizował dla dzieciaków rajdy, zawody, place zabaw. Potem to już ze swoimi wnuczętami pokazywał się wszędzie. Wnuki pana Zenona "kapka w kapkę" cały on - wesołe, żywe i chętne do pomocy. Nawet ten sam zadarty nos i piegi!

     Kiedy tak patrzono na dziadka i wnuki, to nikt nawet nie miał ochoty myśleć o metryce. Człowiek, to człowiek, a cała reszta... A niech to dunder świśnie!

     Barbara podbiegła do telefonu.

     - Marysiu, oczywiście przyprowadźcie chłopców. Przecież żartowałam.

KRYSTYNA HOLLY


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzedni[ Powrót ] 
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej