Czarodziejski wrzosOstatni tydzień sierpnia. Przez błękitne, bezchmurne niebo przetacza się potężne, jasne słońce. Pani Teresa wygląda przez okno i woła:- Wojtku, co byś na to powiedział, gdybyśmy zrobili wypad do lasu? Niedługo nie będzie czasu na wycieczki, bo rok szkolny tuż - tuż!
![]() Chłopak wyskoczył z pokoju: - Mamo, ty zawsze masz takie wspaniałe pomysły! Łobuza bierzemy ze sobą, bo w domu zamartwiłby się o nas. A Łobuz już kręci się wokoło Wojtka, merda ogonem i aż podskakuje z radości, bo widzi, że przygotowuje się wyprawa: zwinięty koc, czapki od słońca, trochę żywności i książka dla mamy. Wojtek wyszedł z domu pierwszy, by z piwnicy zabrać rowery. Po drodze mijali domki, ogrody i wreszcie upragniona, pusta szosa. Za przydrożnym krzyżem skręcili w lewo. Pies biegł przy nich lub wyprzedzał rowery. Niedługo zamajaczył przed nimi popielaty las: gęste świerki, jodły, sosny a nawet i modrzewie. Weszli głębiej i ukryli rowery w gęstych zaroślach. Wojtek jest najzwyklejszym chłopcem, który uczy się średnio, wrzeszczy jak inni, po boisku szkolnym biega jak szalony i bardzo chętnie gra w piłkę. Od koleżanek i kolegów wyróżnia go tylko jedno: zainteresowanie światem rozmaitych roślin, drzew, kwiatów i krzewów. Bezbłędnie je rozpoznaje, nazywając po imieniu. Zna nawet nazwy łąkowych chwastów. Wojtek potrafi rozmawiać z kwiatami: - Czemu nie urosłeś - pyta lub surowo ostrzega - radzę ci pospieszyć się z kwitnieniem, bo może być już za zimno i nie zdążysz. Las czy łąka zawsze jest dla niego najciekawszym i najmilszym miejscem. - Mamusiu, czy będą już kwitły wrzosy? - Na pewno. Wrzosy są jego ulubionymi, najukochańszymi kwiatami. Wojtek starannie wpatrywał się w ziemię pokrytą kłującym dywanem opadłego igliwia, kępami zielonego mchu i drobnymi krzewami. Dopiero po chwili ruszył za matką raz po raz schylając się i uważnie rozglądając się na boki. Wreszcie wyszli na leśną polanę pełną kolorowych jeszcze kwiatów i traw. W przedziwnej zgodzie i miłości posplatały się ze sobą wysokie badyle czerwonego szczawiu, płaskie, białe parasole krwawnika, delikatne sosenki skrzypu, złote mlecze i poważne, różowe koniczyny. Wojtek biegał jak zając, zaglądał, wąchał a wraz z nim szalał Łobuz. Wtem stanął, schylił się i wydał dziki, prawie indiański okrzyk: - Mamo, jest! Jest mój wrzos! Między krzaczkami żarnowca widać było najpierw pojedyncze kępki a potem całe fioletowe polanki. Jak gdyby ktoś rozpostarł delikatny, liliowy jedwab. Rzeczywiście, było czym się zachwycać! Matka podeszła bliżej i pochyliła się nad tym fioletowym dywanem:
- Kochamy cię, Wojtku i opiekujemy się tobą. Niech Bóg błogosławi czas, w którym rodzi się tajemniczy, liliowy wrzos. Zobaczyłeś nas, bo rozumiesz mowę kwiatów i drzew. Bądź zdrów i przychodź tu często. Liliowe dzwoneczki wrzosów na główkach boginek zadzwoniły radośnie i łagodnie: "Chłopczyku kochany my dobrze cię znamy; za to, że nas lubisz, szczęśliwy się zbudzisz. Zrozum każde słowo i to, na co patrzysz, bo to wszystko ważne, co teraz zobaczysz." Nagle... nie ma już aksamitnych panienek. Ktoś powoli, delikatnie głaszcze chłopca po głowie: - Zbudź się synku, otwórz wreszcie oczy. Warto cię było zabierać do lasu, żebyś prawie cały czas spał, aż do wieczora? Wojtek podniósł wreszcie powieki i zobaczył uśmiechniętą twarz mamy. - Wiesz, przed chwilą były tu prześliczne leśne duszki, malutkie panienki, które mieszkają we wrzosach. Żebyś wiedziała jak ładnie tańczyły. One mnie bardzo lubią. Mówiły mi o tym. - Oj, marzycielu! Gdyby usłyszeli to twoi koledzy, wyśmialiby cię. Ale nie bój się, przecież ja im nie powiem! Powoli robiło się szaro, bo słońce szybko chowało się za ciemną ścianę lasu. Przy trzepaniu koca mama powiedziała: - Wiesz, synku, gdy podeszłam do ciebie, spałeś bardzo mocno. Obok ciebie cichutko leżał Łobuz. Był wpatrzony w ten wrzos. Nawet nie zerwał się i nie przybiegł do mnie - jak to zwykle robi. Trochę mnie to zastanowiło... A... a co ty widziałeś, sam wiesz najlepiej... Zresztą przyroda jest jak człowiek. Odkrywa swoje tajemnice tym, którzy ją bardzo kochają. Zawsze bądź blisko drzew, kwiatów i lasu, bo w przyjaźni z przyrodą my sami stajemy się lepsi. Zaskrzypiały rowery na leśnej ścieżynce i zniknęły w lekkiej, wieczornej mgle. MARIA JAGUSZTYN
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |