Opowiadanie o św. Marcienie de PorresMarcin szedł z podniesioną głową, wypatrując brzytwy, której powiedziała mu matka.- Pójdziesz - mówiła - główną ulicą i jak miniesz pomnik Kolumba, to zobaczysz wielką brzytwę. Tam mieszka Marcel de Rivero. Marcin szedł wolono, rozglądał się bacznie na wszystkie strony, ale brzytwy na razie nie dostrzegał. Wreszcie ją zauważył. Kolebała się dostojnie nad chodnikiem, zawieszona na dwóch łańcuszkach. Była tak wielka, że można by było przy jej pomocy drzewa ścinać. Tuż pod brzytwą widniał napis: "Marcel de Rivero, cyrulik". Marcin stanął. Więc to tu! Poszukał w kieszeni listu ojca, wyjął go i wygładził kopertę. Ten list miał dla niego pozyskać przychylność znanego w Limie lekarza i golibrody. "Jak mnie też ten pan de Rivero przyjmie - pomyślał Marcin. - Jaki jest? Groźny czy łagodny, gruoy czy chudy? Upłynęło kilka chwil, zanim Marcin zakołatał do ciężkich drzwi. Nie od razu się otworzyły. Dopiero po pewnym czasie zgrzytnęła zasuwa i Marcin zobaczył przed sobą chłopca niewiele od siebie starszego, ubranego w długi, biały fartuch. Spojrzał na Marcina z góry i spytał niezbyt grzecznie: - Czego chciałeś? - Mam list do pana de Rivero i chciałbym go osobiście wręczyć - odparł Marcin. Chłopak przyjrzał mu się podejrzliwie. - Nie wiem, czy ci się to uda, bo mistrz jest w tej chwili zajęty. Ale poczekaj, spytam się. Chłopak odszedł i Marcin został sam. Teraz dopiero poczuł jakiś drażniący zapach, dochodzący z izby, do której wszedł chłopak. Usłyszał też przytłumione odgłosy, jakby jęki. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo chłopak w białym fartuchu znowu się pokazał i, patrząc na Marcina trochę łaskawiej, rzekł: - Możesz wejść. Tylko musisz poczekać, aż mistrz skończy. I nie mdlej czasem - dorzucił złośliwie. Marcin ruszył za nim. Chłopak stanął przed drzwiami, zza których w dalszym ciągu dochodziło jakby pojękiwanie, otworzył je i dał znak, żeby Marcin wszedł pierwszy. Marcin zrobił dwa kroki i znalazł się w dużej, dobrze oświetlonej izbie. Pierwszą rzeczą, którą zauważył, był długi stół, stojący na środku izby. Na stole leżał mężczyzna, to on pojękiwał. Schylony nad nim drugi mężczyzna o dziwnie jasnych włosach powtarzał bez przerwy cierpliwym głosem: - Zaraz przestanie boleć, zaraz skończymy, zaraz przestanie... Jednocześnie wykonywał jakieś szybkie, ale delikatne ruchy nad nogą leżącego. Każdy jęk chorego działał na Marcina jak ukłucie igły. "Musisz się do tego przyzwyczaić - mówił chłopiec do siebie. - Inaczej nigdy nie będziesz dobrym cyrulikiem. Jęki ucichły. W rękach pochylonego mężczyzny zabieliły się bandaże. Teraz dopiero rozejrzał się Marcin po izbie. Przy oknie stało wygodne krzesło z oparciem pod łokcie, a przed nim wisiało ciężkie lustro w złoconych ramach. Obok dostrzegł mały stolik, na którym leżały jakieś błyszczące narzędzia. Podobny stolik stał obok pochylonego nad chorym mężczyzny. Na nim też leżały błyszczące przedmioty. Niektóre z nich przypominały noże, płaskie łyżki, piłki, obcęgi, inne nie były podobne do niczego, co dotychczas znał Marcin. Chłopiec dalej błądził wzrokiem po izbie. Część jednej ściany zajmowała oszklona szafa, w której widniały grzbiety ksiąg oprawionych w skórę. Drugą część ściany wypełniały półki, na których ustawiono najrozmaitszych rozmiarów słoje i słoiki. Na jednej z tych półek zauważył Marcin ludzką czaszkę. Wzdrygnął się. W kącie stał kamienny piec z okapem, tlił się na nim ogień. Po izbie rozchodził się zapach ziół, których pęki wisiały na drugiej ze ścian. Gdy Marcin skończył oględziny tej dziwnej izby, chory zszedł ze stołu przy pomocy mężczyzny o jasnych włosach i chłopaka w białym fartuchu i przy ich pomocy opuścił izbę. W chwilę później przed Marcinem stanął mężczyzna o jasnych włosach i ocierając wierzchem dłoni czoło, powiedział: - Z jakim to listem przychodzisz, kawalerze? Marcin - domyśliwszy się już wcześniej, że mężczyzna o jasnych włosach jest panem de Rivero - wręczył mu list ojca. Cyrulik list przeczytał, przyjrzał się Marcinowi i rzekł: - Chcesz zostać cyrulikiem? Marcin przytaknął. - A dlaczego? - dopytywał się cyrulik, patrząc mu prosto w oczy. Chłopiec zawahał się. Odpowiedział cichym głosem: - Bo chciałbym ulżyć tym, którzy cierpią. Pan de Rivero zamyślił się na chwilę. Potem powiedział poważnym prawie uroczystym głosem: - A więc Marcinie de Porres, od dziś zostajesz uczniem cyrulika de Rivero. Widzę, że zasługujesz na to. Dziękuję panu - wyszeptał Marcin. MARIAN ORŁON
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |