Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Armenia. Pielgrzymka do raju

     Ale Bóg, pamiętając (...) o wszystkich istotach żywych (...) sprawił, że powiał wiatr nad całą ziemią i wody zaczęły opadać. (...) i po upływie stu pięćdziesięciu dni się obniżyły. Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Ararat. (...) Noe (...) wypuścił z arki gołębicę i ta wróciła do niego pod wieczór, niosąc w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego. Poznał więc Noe, że woda na ziemi opadła. I czekał jeszcze siedem dni, po czym wypuścił znów gołębicę, ale ona już nie powróciła do niego. W sześćset pierwszym roku, w miesiącu pierwszym, w pierwszym dniu miesiąca wody wyschły na ziemi, i Noe, zdjąwszydach arki, zobaczył, że powierzchnia ziemi jest już prawie sucha (Rdz 8,1-13).

     Kraj leżący u podnóża Araratu, miejsce, nad którym Bóg rozpostarł tęczę na znak pojednania z ludźmi i zlecił Noemu misję zachowania rodzaju ludzkiego i życia na Ziemi, nazywany jest dzisiaj Armenią.

     Armenia to kraj górski, położony na wulkanicznym płaskowyżu, gdzie trzęsienia ziemi nie są rzadkie, a wzniesienia osiągają wysokość od 1600 do 1800 m n. p. m., ze szczytami Aragac (4095 m), Bingol (3200 m) i najwyższym Araratem (5160 m). Łańcuchy gór są poprzecinane głębokimi dolinami rzek, kotlinami i rozpadlinami. Zima jest tu bardzo ostra, temperatura spada niekiedy do - 40 °C, lato zaś gorące i słoneczne (średnia temperatura w lecie wynosi 25°C, a liczba godzin nasłonecznienia - 2700, jak w Egipcie). Już w XIV wieku przed narodzinami Chrystusa istniały w tym kraju małe królestwa. W IX wieku nastąpiło zjednoczenie plemion Urartu pod wodzą króla Arama, od którego imienia inne narody nazwały powstałe państwo Armenią. Sami Ormianie nazywają siebie Hajami, zaś swój kraj Hajastanem, wywodząc te nazwy od Hajka, ich mitycznego przodka, syna Torgoma, potomka Noego. Stąd pochodzi mityczne znaczenie, jakie po dziś dzień ma dla Ormian Ararat, ich święta góra. (Od traktatu zawartego w Karsie w 1921 roku Ararat nie należy do Armenii, znalazł się w obrębie Turcji i stal się symbolem utraconej ojczyzny).

     Król Menua, władający krajem od 828 do 785 roku przed Chrystusem, kazał wybudować liczne kanały nawadniające, m. in. znany do dziś 50-kilometrowy Kanał Seramidy prowadzący wody z rzeki Chaszab do przedmieść Wanu, ówczesnej stolicy Armenii. Jego syn, Argiszti I, pozostawił po sobie wiele miast-twierdz, m. in. zbudowaną w 782 roku ku czci boga Chaldiego twierdzę Erebuni - dzisiejszą stolicę Erewan. W IV wieku przed Chrystusem Armenia została podbita przez Aleksandra Wielkiego i kraj czerpiący dotąd pełnymi garściami z kultury Wschodu znalazł się pod wpływem kultury greckiej. To wtedy narodziła się cywilizacja Ormian, którzy stali się "Europejczykami Azji". Po dziejach Macedończyka rozpoczął się okres wpływów rzymskich i czasy pierwszej pełnej niepodległości Armenii w II wieku przed Chrystusem, pod panowaniem króla Artaszesa.

     Za największego monarchę ormiańskiego jest uważany Tigranes (Tigran) Wielki. W I wieku przed Chrystusem zjednoczył wszystkie terytoria ormiańskie oraz Syrię, Mezopotamię, Zakaukazie, Cylicję i Fenicję. Ta potęga terytorialna wzbudziła wrogość Rzymu i Wielka Armenia zaczęła szybko tracić podbite kraje. Odtąd aż do dziś jej historia jest nieprzerwanym pasmem niszczycielskich inwazji, podbojów, zagarnięć i rozbiorów dokonywanych głównie przez imperia perskie, bizantyjskie i tureckie.

     Szukając Armenii w dzisiejszych atlasach świata, odnajdujemy niepozorny kawałek ziemi, pozostałość po najmniejszej republice radzieckiej, o powierzchni zaledwie 29,8 tys. km2, czyli mniejszej od Belgii. Dzisiejsza Republika Armenii obejmuje już tylko dziesiątą część państwa przez tysiąclecia obecnego na wszystkich mapach świata, sięgaj ącego od Morza Kaspijskiego i rzeki Kury po Arabię, Palestynę i północną Mezopotamię.

     Początki chrześcijaństwa w Armenii sięgają I wieku, ale wtedy zwolennicy nowej religii byli nieliczni i prześladowani. II wiek był czasem działania misjonarzy przybyłych z Syrii i Azji Mniejszej, spośród których najznakomitszy okazał się św. Grzegorz Oświeciciel. Wtrącony przez Tirydatesa (Trdata) III do głębokiego lochu wykutego w skale u podnóży Araratu, siłą modlitwy zamienił, jak głosi przekaz, niewiernego króla w świnię. Ten, strwożony mocą Bożą, ukorzył się i gdy tylko została mu przywrócona ludzka postać, przyjął chrzest. Tym samym w 301 roku Armenia stała się pierwszym w świecie państwem chrześcijańskim. Nawrócenia szybko objęły cały kraj. To wydarzenie raz na zawsze wyznaczyło los narodu ormiańskiego, który odtąd w wierze znajdował niezbędną odwagę i wolę przetrwania.

     Na własne oczy

     Trzęsącym się, zatłoczonym i niemiłosiernie zadymionym autobusem (we wszystkich środkach komunikacji publicznej można palić!) jedziemy do Eczmiadzynu, ormiańskiego Watykanu. Od przyjęcia chrześcijaństwa po dzień dzisiejszy Eczmiadzyn jest siedzibą kolejnych katolikosów - głowy Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Odległość niespełna 30 km dzielącą cel naszej pielgrzymki od Erewanu autobus pokonuje ponad półtorej godziny. Jest niedziela, wczesny ranek, pada drobniutki śnieg. Miasto, jak wszystkie inne miasta ormiańskie, jest zbudowane z kamienia - bazaltu i tufu - porowatej skały powstałej przez osadzenie i scementowanie popiołów wulkanicznych wyrzucanych w czasie wybuchu wulkanów. Tufy przyjmują wszelkie ciepłe odcienie od kremowego przez miodową żółć, pomarańcz, aż do ciemnej czerwieni. Tuf to tutaj najpopularniejszy budulec, toteż na pierwszy rzut oka tak samo wyglądają tysiącletnie chramy i nowo zbudowane bloki osiedlowe. Patrząc na czerwony kamień, przypominam sobie słowa Księgi Rodzaju: Z Edenu zaś wypływała rzeka, aby nawadniać ów ogród, i stamtąd się rozdzielała, dając początek czterem rzekom. Nazwa pierwszej - Piszon; jest to ta, która okrąża cały kraj (...) gdzie znajduje się złoto. A złoto owej krainy jest wybrane; jest tam także wonna żywica i kamień czerwony (Rdz 2,10-13).

     Sobór katedralny, najstarszą, bo wybudowaną w roku przyjęcia chrześcijaństwa świątynię, odnajdujemy, idąc za głosem dochodzących do nas przepięknych pieśni liturgicznych. Świątynia jest niewielka, ale ma majestat, surowe, twarde i mroczne piękno. Nie jest strzelista ani potężna, sekret jej uroku to niewzruszoność, godność i niezłomność wykuta w kamieniu. We wnętrzu jest ciemno, niewielkie, wysoko umieszczone okienka przysypane śniegiem nie wpuszczają światła dnia. Rozświetla je tylko migotliwy blask setek maleńkich, cienkich jak zapałki świeczek wotywnych, które wierni wtykają w specjalnie do tego celu przygotowane ciężkie metalowe pojemniki wypełnione żwirem. Staramy się brać udział w nabożeństwie, ale obcy język i niezrozumiała liturgia przysparzają kłopotów. Łatwo jest natomiast modlić się w tym kościele. Czy to dlatego, że proste kamienne mury słuchają modłów już od szesnastu stuleci, czy też dlatego, że nic nas tu nie rozprasza - w świątyniach ormiańskich nie ma ozdób poza kamiennymi ornamentami. Nabożeństwu przewodniczy sam katolikos Georgin. Najwyższy pasterz Kościoła ormiańskiego jest dostępny dla wszystkich, po Mszy można do niego podejść i porozmawiać. Ci, którzy nie mogli przystąpić do Stołu Pańskiego w czasie Mszy, dostają niekonsekrowany opłatek po zakończeniu modlitw - na znak tego, że Chrystus nie zapomina o nich, a Kościół wciąż czeka na ich nawrócenie. Okruchy płaskiego, przaśnego chleba dostajemy i my - wszyscy są zaproszeni na tę ucztę. Wychodzę ze świątyni i wtedy podbiega do mnie mały, może ośmioletni chłopczyk i na migi tłumaczy mi, żebym się odwróciła, bo nie można wychodzić tyłem do Pana Boga. Widzi, żeśmy nietutejsi, i jak umie, stara się nauczyć nas obrządku. Bierze moją rękę i układa w gest oznaczający, jak tłumaczy, "dłoń Chrystusa". Cieszy się ogromnie, gdy się okazuje, że znak krzyża robię tak jak oni.

     Biblia i język

     Dostajemy pozwolenie na zwiedzanie muzeum i skarbca. Wśród nagromadzonych kosztowności szczególne wrażenie robi złota tablica z literami ormiańskimi inkrustowanymi drogocennymi kamieniami. Wprowadzenie pisma ormiańskiego w języku zrozumiałym dla całego narodu miało niebagatelny wpływ w walce z obcymi wpływami. Kiedy katolikos Sahak Partew zdał sobie sprawę, że używanie przez Kościół języka syryjskiego czy greckiego sprzyja wchłonięciu narodu przez potęgi ościenne, zlecił, przy poparciu króla Wramszapucha, opracowanie alfabetu. Dokonał tego Masztoc, jeden z najbardziej wykształconych ludzi tej epoki. Na początku V wieku naszej ery Mesrop Masztoc stworzył alfabet tak doskonały, że przetrwał on w niezmienionej postaci 1600 lat, aż do dnia dzisiejszego. Masztoc pierwszy też przełożył na ormiański Pismo Święte, a przekład ten został uznany przez filologów za tak doskonały, że Biblia w wersji ormiańskiej dziś jest nazywana królową przekładów. Jak wielkie znaczenie miały dla Ormian przekłady na język ojczysty, świadczy to, że w V wieku tłumaczy zaliczano w poczet świętych, ustanowiono też uroczyście obchodzony Dzień Tłumacza - Tarkmanczacton (słowo to we współczesnym języku ormiańskim oznacza każde święto).

     Kościół w Armenii, podobnie jak w Polsce, był od najdawniejszych czasów krzewicielem kultury i nauki. Katolikos Nerses I, ten sam, który na zwołanym w 365 roku soborze w Asztiszacie wydał wiele postanowień dotyczących finansowania budów szpitali, szkół i klasztorów, wprowadził obowiązek czytania i pisania w języku ormiańskim dla wszystkich mnichów. Pierwsza uczelnia przyklasztorna powstała właśnie w Eczmiadzynie (dziś budują się właśnie nowe pomieszczenia dla tej wiekowej szkoły). Na polecenie katolikosa Anastazego Ananiasz Szirakaci zwany Amaroh, co się tłumaczy "matematyk", prowadził w VII wieku prace nad kalendarzem armeńskim, kosmografią, geografią, matematyką, astronomią i geologią. W manuskrypcie Komentarz do księgi Genezis, pióra Egisze, uczonego z V wieku, czytamy: "Kiedy Księżyc znajduje się w górnej półkuli, Słońce zaś w dolnej, to znaczy, gdy znajdują się one na jednej osi, Słońce nie może oświetlać równocześnie także Księżyca i wtedy następuje zaćmienie Księżyca".

     Kościoły drążone w skale

     Kolejne trzy kościoły, które zwiedzamy, powstały na przełomie VI i VII wieku, w złotym okresie architektury. Są poświęcone męczeńskim dziewicom - siostrom Gajanie, Ripsime i Szokatach. Były budowane z wielkich bloków bazaltu i tufu gładzonych tak starannie, że do ich łączenia (podobnie jak w piramidach egipskich) nie używano zaprawy murarskiej. Znów ta sama linia architektoniczna - ciemne okopcone świecami wnętrze i delikatna sylwetka budowli - sprawia bajkowe wrażenie w padającym śniegu.

     Na dziedzińcu chramu Gajany widzimy niezwykłą dla nas scenę. Przy kamiennym ołtarzu kapłan poświęca baranka i koguta, namaszczając zwierzęta solą. To matach - jeden z pradawnych i do dziś powszechnie kultywowanych zwyczajów. Zwierzę ofiarowuje się w podzięce za wysłuchane modlitwy, najczęściej za uzdrowienia. Poświęcone gotuje się, mięso zawija się w tradycyjny płaski przaśny chleb i rozdaje siedmiu rodzinom, a to, co zostaje, zjada się samemu. Za osobę pozostającą w niewoli ofiaruje się gołębia. Krwią lekko skaleczonego ptaka znaczy się czoło uwięzionego, zaś gołębia należy wypuścić; gdy odleci, przyniesie wolność.

     Nowy dzień przynosi kolejne niespodzianki. Za czterdzieści tysięcy dram (równowartość dwudziestu dolarów) wynajmujemy na cały dzień taksówkę. Kierowca, służąc zarazem za przewodnika, zawozi nas do Garni i górskiego Gehardu. Obie miejscowości leżą w głębokiej dolinie, około czterdziestu kilometrów na wschód od Erewanu. Jest piękny, zimowy dzień, po raz pierwszy od kilku dni wyszło słońce i możemy podziwiać dwa ośnieżone wierzchołki Araratu. Po drodze mijamy kilka osobliwych "stacji benzynowych" - to dzieci na poboczach sprzedają paliwo z kanistrów.

     Garni to maleńka i biedna wioska. Tym niezwykłejszy wydaje nam się widok doskonale zachowanej hellenistycznej świątyni Słońca powstałej w III wieku przed Chrystusem. Postawiona na trójkątnym cyplu, otoczona ścianą czternastu bazaltowych kolumn była miejscem kultu, a zarazem przez ponad tysiąc lat niezdobytą twierdzą. Obszerna, pozbawiona okien sala z kamiennym ołtarzem jest wsparta na kilkunastu kolumnach jońskich. W sklepieniu kopuły centralnie umieszczony mały otwór, jedyna oprócz wejścia szczelina, przez którą wpadają do wnętrza promienie słońca. Pod otworem wykuto kamienną studnię otoczoną misternym rysunkiem tarczy słonecznej. Gdy tam stałam, pogoda była mroczna, a przez otwór wpadały do studni płatki śnieżnej zawieruchy, ale wyobrażałam sobie, że w piękny słoneczny dzień w studni zanurzają się jasne i ciepłe promienie.

     Jedziemy dalej, aż do miejsca, gdzie dolinę zamyka potężny skalny próg. Tu stoi wyciosany w skale klasztor. Pierwsze wzmianki o nim sięgają IV wieku po Chrystusie. W X wieku służył schronieniem katolikosowi Janowi. Główną część świątyni wykuto w litym kawałku skały w XIII wieku. Aż nie chce się wierzyć, że budowlę mozolnie wyrzeźbiono i wydrążono w skale, poczynając od wierzchołka kopuły, a kończąc na posadzce. Przed klasztorem mali chłopcy sprzedają nanizane na nitkę orzechy zatopione w stężałym soku z winogron. To jeden z przysmaków tego regionu.

     Zgliszcza i ruiny

     A przecież nasza pielgrzymka nie kończyła się na podziwianiu zabytków dawnych epok. Ruiny, jak powiadają, nie mają wieku, trudno czasami odróżnić te sprzed paru od tych sprzed paru tysięcy lat. Bodaj czy nie największe wrażenie zrobiła na nas wizyta w Łaczi - mieście zburzonym doszczętnie podczas niedawnej wojny o Górny Karabach. Nie ma tam nic prócz ruin. Wielotysięczne niegdyś miasto dziś zamieszkuje kilkadziesiąt osób, uchodźców z Azerbejdżanu.

     Do Łaczi przyjechaliśmy już po zmroku. Mimo że to już nasz drugi tydzień w Armenii, mimo że jest nam znana tutejsza nadzwyczajna życzliwość i gościnność, trawi nas niepokój. Czy uda się znaleźć nocleg i kupić coś do jedzenia? Miasto sprawia wrażenie całkowicie wymarłego. Przypadkiem natrafiamy na mały sklepik, w którym są tylko jajka, makaron i zapałki. Właściciel, widząc, że jesteśmy zmęczeni, zaprasza nas za zaplecze, gdzie mieszka w jednym pokoiku z całą rodziną: żoną Natalią, córkami Marią i Magdaleną oraz synem Aratem. Robią nam jajecznicę, jedną, potem drugą. Modlimy się: Ojcze nasz po polsku i ormiańsku. Jesteśmy dziećmi tego samego Boga.

     W 1996 roku Jan Paweł II podpisał z katolikosem Gareginem wspólne oświadczenie ogłaszające oficjalnie zgodność obu Kościołów w wierze Chrystusowej.

Irena Szymczak

Miejsca Święte nr 59


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej