Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Niezwykłe powołanie

     O. Werenfried van Straaten, zwany swego czasu "Speckpater" (ojciec słonina) jest znanym katolickim duchownym, twórcą dzieła pomocy Kościołowi cierpiącemu "Kirche in Not/Ostpriesterhilfe", ukończył (w 1999 r.) 85 lat życia.

     Urodził się w holenderskim Mijdrecht w 1914 r. a księdzem został w 1940 r. we flamandzkim (Belgia) klasztorze premonstratensów w Tongerlo. W 1947 r. powołał tam do życia "Kirche in Not" (La chiesa che soffre) jako odpowiedź na potrzeby wielu przesiedleńców w Europie.

     W Niemczech był bardzo popularny, bo zaraz po zakończeniu wojny zaczął zbierać w Belgii i Holandii odzież i żywość dla niemieckich przesiedleńców. Był to znak pojednania między narodami po okropnościach wojny. Po powstaniu na Węgrzech w 1956 r. zaczął intensywnie organizować pomoc dla prześladowanych we wschodniej Europie księży, osób zakonnych i świeckich - "Ostpriesterhilfe". "Kirche in Not" wspomogło wierzących w 115 krajach Europy i "trzeciego świata". Zebrano na ten cel ponad 3 miliardy dolarów. 600 000 dobrodziejów z 14 krajów otrzymuje co dwa miesiące pisemko "Echo der Liebe" (Echo Miłości). W książce: ,,Wo Gott weint" (Gdzie Bóg płacze) tak pisze o sobie: Jestem księdzem, zakonnikiem i rzadko bywam w moim klasztorze, ponieważ od wielu lat podróżuję po krajach, gdzie Bóg plącze, albo też podróżuję szukając ludzi, którzy pomogliby mi otrzeć Boże Izy. Jest to szczególne powołanie. Także i prehistoria tego powołania jest niezwykła. Gdy jednak spoglądam wstecz, widzę w moim życiu prostą linię, która ponad wszelkie kręte ścieżki prosto biegnie do Boga.

     Ci, którzy mnie znają, wiedzą, ile cieni jest we mnie i za ile rzeczy muszę żałować. Staram się to robić, na ile mnie stać. Ale mimo to wszystko dzieje się, jakby tak musiało być. Wszystko dobro i wszystko zło; wszystko, co Bóg mi dał, czy też zabrał; współpracowników, którzy zgromadzili się przy mnie, i tych, którzy sami odeszli ode mnie, czy też ja musiałem ich odesłać; wszystko, co zbudowałem, i wszystko, co ja sam lub inni zburzyli; wszystko, na co Bóg przymyka oko, wszystko, do czego Bóg mnie przymusza, co mi z niepojętej dobroci wyświadczył w nadmiarze, albo co ja sam wziąłem; wszystkie moje radości i troski, moje przyjaźnie, moje kłopoty, mój święty i nieświęty gniew, mój optymizm i moje wielkie zaufanie do ludzi, ale i moich przeciwników i tych, którzy mnie zawiedli, moje krzyże, walki i grzechy - wszystko, wszystko miało swoje znaczenie w moim niespokojnym życiu; wszystko przygotowywało mnie do zadania, do którego Bóg mnie przeznaczył, wszystko służyło powołaniu, które od Niego otrzymałem i za które chcę być Jemu wdzięczny na wieki.

     Gdy byłem młody, chciałem studiować sztukę. Mój ojciec jednak, sam z zawodu nauczyciel, postanowił, że mam także zostać nauczycielem. Lata cale udzielał korepetycji, aby mi umożliwić studia na uniwersytecie. Studiowałem filologię klasyczną, ale interesowały mnie naprawdę problemy społeczne. W konsekwencji nie zostałem nauczycielem, ale redaktorem czasopisma studenckiego i współzałożycielem partii politycznej, które na szczęście długo nie istniała. Wylądowałem potem w religijnym ruchu, którego zadaniem było przeprowadzenie międzyreligijnej reformy, co oczywiście ówcześni ludzie Kościoła zaczęli zwalczać jako niebezpieczną sektę. Ruchowi temu, na czele którego stał skazany potem na śmierć o. Raimund van Sante, zawdzięczam wiele. Nauczyłem się tam naprawdę kochać Chrystusa. Ale też z tego powodu stanąłem w opozycji do episkopatu holenderskiego, który w latach trzydziestych nie był zbyt postępowy. Tak więc już bardzo wcześnie zostałem nazwany antyklerykałem. Tak samo i wielu moich przyjaciół nie żyło w pokoju z Kościołem. Moi obaj bracia, którzy przygotowywali się do kapłaństwa, nie bardzo wierzyli w moją prawowierność. Cala rodzina uważała mnie za "czarną owcę".

     Ku ogromnemu zdziwieniu wszystkich Bóg powołał mnie w 1934 r. do życia zakonnego, choć byłem wówczas po uszy zakochany. Ofiary, jakiej ode mnie wówczas zażądał, kosztowała mnie więcej, niż to można w słowach wyrazić. Gdybym się dłużej zastanawiał, najprawdopodobniej powiedziałbym "nie". Ale długie zastanawianie nie leży w mojej naturze i dlatego miałem odwagę powiedzieć "tak". Nie ma to nic wspólnego z doskonałością chrześcijańską, bo moja odwaga jest często większa niż moje siły. Dlatego też, mimo świętych postanowień, po ponad pięćdziesięciu latach życia zakonnego, ciągle jestem człowiekiem słabym i niedoskonałym, który nie może się powoływać na swoją doskonałość, ale tylko na miłosierdzie Boże.

     Postanowiłem zostać kapucynem, bo uważałem, że moje życie powinienem poświęcić ubogim. Ale kapucyni, jedyni wówczas zakonnicy żyjący ubogo, jakich znałem w burżujskiej Holandii, nie przyjęli mnie ze względu na zdrowie. Trzy miesiące żyłem w niepewności. Wtedy opuściłem Holandię i wstąpiłem dopremonstratensów w belgijskim Tongredo, choć według zdania mądrych ludzi nie miałem powołania ani do liturgii, ani do życia kontemplacyjnego, ani do regularnego życia kanoników. Ale Bóg jest mądrzejszy niż ludzie.

     W początkach mojego życia w klasztorze starałem się tak ściśle wszystko przestrzegać, że po trzech latach zdrowie załamało się zupełnie. Lekarz orzekł, że zupełnie nie nadaję się do pracy na misjach, do pracy parafialnej i kaznodziejskiej. Oznaczało to, że praktycznie powinienem opuścić klasztor. Ale na szczęście opat nie odesłał mnie do domu. Chociaż wiedział, że śpiewam za głośno i fałszuję, uznał, że nadaję się do uroczystej modlitwy chóralnej, bo miał wielkie i ojcowskie serce. Dzięki temu mogłem zostać księdzem. Potem mianował mnie swoim sekretarzem. Wiele nauczyłem się od opata Stalmans'a Kiedyś powiedział: "Cieszę się, że mam Werenfrieda, ale też cieszę się, że mam tylko jednego Werenfrieda". W owym czasie napisałem książkę o "białym życiu" premonstratensów w Tongredo. Była to jedna z owych poetyckich książek z kwiatami i gwiazdami, jakie młodzi mnisi pisywali w latach międzywojennych. Kocham nieustannie "białe życie", chociaż moje z czasem trochę przyciemniało.

     Wtedy nastała druga wojna światowa i przyniosła tyle cierpienia, które pozostało ciągle świeże w mojej pamięci. Stałem między dwoma płomieniami palącego się ognia, ponieważ okropnego mordowania ludzi nie mogłem uważać za nic innego, jak tylko walkę między poganami z jednej i drugiej strony. Nie chciałem stanąć ani po jednej, ani po drugiej stronie. Stanąłem po stronie miłości przeciw nienawiści. W kraju, w którym ludzie cierpieli pod okupacją niemiecką, powtarzałem uparcie, że chrześcijanie są zobowiązani kochać wrogów i jest ciężkim grzechem systematyczne odmawianie im oznak braterskiej miłości.

     Miałem przyjaciół wśród komunistów i wśród niemieckich żołnierzy, wśród kolaborantów i wśród ludzi ruchu oporu a także wśród ludzi, którzy dobrowolnie zgłaszali się do walki z Rosją na froncie wschodnim. Z tego powodu często miałem spore trudności. Ponieważ prawie wszyscy, którzy się w te sprawy angażowali, byli przekonani, że ojczyzna, Europa, Bóg, "nowy porządek czy też inne ideały można zrealizować tylko w ten sposób, jaki oni uważali za właściwy. Wielu zawiodło się na mnie, bo nie chciałem się wiązać z żadną grupą. Tylko niewielu rozumiało, że wciąganie księdza do jakiejś partii i domaganie się od niego, aby kościelną flagą przykrywał cały ładunek ideologiczny partii, jest czymś bardzo szkodliwym. Starałem się zrozumieć wszystkich, którzy postępowali uczciwie. Starałem się stawiać miłość ponad wszelkie różnice ideologiczne i ratować, co się jeszcze dało uratować.

     Po wojnie wielu moich przyjaciół, który poróżnieni zmarli, leżało we wspólnych grobach lub na cmentarzach wojskowych, które zasłały zniszczoną Europę. Niektórzy polegli w niemieckich, inni w alianckich mundurach. Niektórzy zostali zagazowani w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, inni zginęli w czasie anglosaskich nalotów bombowych. Niektórzy zostali rozstrzelani jako partyzanci, inni jako kolaboranci. Wielu stało się ofiarami powojennych represji, bezwzględnych i nieludzkich, których rany do dziś nie zagoiły się jeszcze zupełnie.

     Wtedy zacząłem wydawać małe czasopismo, w którym z miesiąca na miesiąc walczyłem o odbudowanie miłości w rozdartym świecie. Walczyłem z nienawiścią i chciałem przywrócić pojednanie. Stawiałem w nim wyżej miłosierdzie niż prawo. Żebrałem w nim o miłość dla pokonanego wroga. Broniłem bezbronnych, uwięzionych, wyrzuconych z domu i gospodarstwa, prześladowanych, biednych i krzywdzonych.

     Był to właściwie początek mojego powołania życiowego, na które według moich sił i możliwości starałem się odpowiedzieć. Istotą tego powołania nie jest tylko zbieranie słoniny dla wyrzuconych z różnych krajów Niemców, czy też kupowanie pojazdów dla księży wędrujących z plecakami z parafii do parafii, czy też budowanie radiowych stacji nadawczych w Ameryce Łacińskiej, aby przez to wspomóc szerzenie wiary, albo drukowanie książek dla prześladowanych katolików za "żelazną kurtyną", ani też budowanie kaplic szkolnych w Wietnamie lub wysyłanie paczek do zesłańców na Syberii. Istotą mego powołania jest konieczność ocierania łez Bogu, tam gdzie On płacze.

     Oczywiście Bóg nie płacze w niebie, gdzie mieszka w niedostępnym świetle i cieszy się wiecznym szczęściem. Bóg płacze na ziemi. Nieustannie płyną łzy po Bożym Obliczu Jezusa, który jest zjednoczony ze Swoim Ojcem a równocześnie w żyje i cierpi, głoduje i jest prześladowany w najmniejszych swoich uczniach po całej ziemi. Łzy biednych, z którymi się identyfikuje, są Jego łzami. A łzy Jezusa są łzami Boga.

     Tak więc Bóg płacze we wszystkich skrzywdzonych i cierpiących ludziach naszych czasów. Nie możemy Go kochać nie ocierając Mu łez. Tak zacząłem moją drogę poprzez pustynię ruin i miasta baraków pokonanych Niemiec, poprzez obozy dla uchodźców w Europie i Azji, poprzez komunistyczne republiki ludowe, poprzez feudalno-chrześcijańską Amerykę Łacińską i poprzez wszystkie kraje ziemi, gdzie "Bóg płacze". Jak to było możliwe, że prywatna organizacja bez kapitału, bez finansowego zaplecza i pomocy ze strony Kościoła, państwa, przemysłu czy fundacji i bez zarządzanych z góry zbiórek pieniężnych, zebrała tak wielkie sumy pieniędzy na rzecz "Kościoła w potrzebie" (Kirche in Not), jest tajemnicą, którą można zrozumieć tylko poprzez cnotę bezgranicznego zaufania.

     Zaufanie do ludzi! Bo ludzie są lepsi niż nam się wydaje... Oni tylko czekają na płomienne słowo, które rozpali ich serca... Dlatego naszym obowiązkiem jest głoszenie przykazania miłości bliźniego bez osłonek i kamuflażu... Nie można głosić Ewangelii tak, żeby się komuś nie narazić. Kto pisze lub głosi kazania w upiększonych słowach, aby nikogo nie urazić, nie będzie mógł nikogo pocieszyć ani też zapalić... Zresztą nie tylko człowiek, ale też i Bóg jest lepszy niż myślimy... Cale dziesięciolecia doświadczenia nauczyły mnie, że rzeczywiście prawdą jest to wszystko, czego Chrystus nauczył nas o dobroci i wierności naszego Ojca w niebie. Nigdy Bóg nie zawiódł mojego zaufania... Jest to zrozumiałe. Ponieważ ten sam Bóg, który zasiał w naszym sercu troskę o "Kościół w potrzebie", uzupełnia swoją łaską wszechmocną to, czego nam słabym ludziom nie dostaje. To On rozpala w sercach dobrych ludzi gorącą miłość i pragnienie niesienia pomocy, aby te potrzeby łagodzić... A największą troską i zagrożeniem dla Kościoła jest walczący ateizm, który od 1917 r. znalazł poplecznika w komunizmie. Komunizm jest największym zagrożeniem dla Kościoła. Maryja przepowiedziała w Fatimie jego początek, ale także środki do zwalczania i jego koniec. 13 maja 1991 r. Ojciec Święty przypomniał w Fatimie, że niebezpieczeństwo to ciągle istnieje. Ostrzegł też, że marksizm może się przeobrazić w nowe odmiany ateizmu: hołdowanie fałszywie pojętej wolności, która grozi zniszczeniem podstaw naturalnej i chrześcijańskiej moralności. Podkreślił też z mocą, że Europa wschodnia i zachodnia może odnaleźć prawdziwą tożsamość tylko w powrocie do źródeł chrześcijaństwa. Dlatego Ojciec Święty nawołuje do nowej ewangelizacji Europy ...Warunki, jakie Maryja w Fatimie dała do spełnienia, aby Rosja się nawróciła, nie zostały spełnione. Wolny Zachód nie nawrócił się wcale. Jeżeli los Sodomy został nam na razie zaoszczędzony mimo zupełnego upadku moralnego, to zawdzięczamy to modlitwie prostych, oddanych Bogu dusz i krzyżowi, który na wschodzie Europy był tak długo znoszony... Teraz, gdy królestwo nienawiści załamało się, nastał dla nas czas pokazania światu jak świetlistej pochodni w nocy, królestwa miłości... Jeszcze nie została stoczona ostateczna walka... Czas przygotowania do niej wymaga od nas modlitwy różańcowej, pokuty, nawrócenia i dziecięcej miłości do potężnej Pani, która według Bożego planu mocą od Swego Syna zdepcze łeb węża...Uwolnienie wschodniej Europy nie przyniesie owoców, jeżeli nie będzie tam księży i sakramentów, jak długo nie będzie tam przepowiadana Ewangelia... Jeden ze znaków, którym Bóg potwierdził konieczność głoszenia Ewangelii we wschodniej Europie, zdarzył się 25 października 1990 r. w Einsiedeln, w szwajcarskiej miejscowości pielgrzymkowej. W kazaniu do tysiąca pomocników mówiłem po raz pierwszy o konieczności kaplic na kółkach dla wschodniej Europy. Byłaby to flotylla zmotoryzowanych kościołów... Kazałem już tego typu pojazdy produkować nie pytając o koszta... Zbiórka wyniosła 375 000 franków szwajcarskich. Była to największa kolekta w moim życiu. Cztery dni potem otrzymałem rachunek. Trzeba było zapłacić: 375 000 franków! Był to cud, który Bóg zdziałał poprzez miłość dobrodziejów.

     Ten, kto to pisze, wie lepiej niż kto inny, że Bóg często wybiera to co słabe, głupie i mało znaczące, aby dokonać wielkich rzeczy. Jemu niech będzie cala chwała! Od dnia, w którym jakaś nieznana kobieta flamandzka ofiarowała mi pierwsze kilo słoniny dla głodujących Niemców, ruch rozrósł się w nieprawdopodobnym tempie do "Międzynarodówki Miłości", w której ponad 150 krajów dających i otrzymujących żyje we wspólnocie, swego rodzaju komunii.

     Niemal wszystkie akcje i plany organizowane przez "Kirche in Not" udały się nadspodziewanie dobrze i przerosły oczekiwania. Naszemu dziełu udało się zebrać niesamowite sumy pieniędzy i tak ogromne ilości ofiar w naturze, że wkrótce mogliśmy przedsiębrać zakrojone na wielką skalę akcje.

     Do tysięcy księży wypędzonych i prześladowanych po obu stronach "żelaznej kurtyny" przyłączyły się wkrótce setki tysięcy kapłanów "trzeciego świata", którzy doświadczyli korzyści naszej akcji na własnej skórze. To oni przekazali miłość chrześcijańskiej Europy milionom ludzi żyjącym w nędzy, do których my nie mieliśmy możliwości dotrzeć. Setki tysięcy seminarzystów i sióstr zakonnych - w tym roku jest ich ponad 20 000 - zawdzięczają naszym pomocnikom środki materialne, dzięki którym mogli osiągnąć kapłaństwo, czy też poświęcić się całkowicie życiu według rad ewangelicznych.

     Nasze dzieło wspomagało budowę setek klasztorów i tysięcy kościołów... Ponad 60 000 budowniczych z różnych narodów w latach 50. budowało na nasz koszt domy i kościoły tam, gdzie ich brakowało... Dziesiątki tysięcy "pojazdów dla Boga" dostali tzw. "księża z plecakami"i misjonarze na całym świecie... Miliony braci w wierze dzięki temu zmotoryzowanemu duszpasterstwu odzyskało kontakt z Kościołem. A kto policzy umierających, którym "pojazdy dla Boga" przyniosły pociechę i sakramenty?

     Dzięki apostolatowi prasy i radia, dzięki drukowaniu i rozpowszechnianiu Pisma Św., "Biblii dla dzieci katechizmu, książeczek do nabożeństwa, mszałów, brewiarzy, podręczników do dogmatyki, teologii moralnej, podręczników do tajnego i nie tajnego nauczania teologii w około 60 językach, nie zagasły ostatnie iskierki Bożego życia w wielu krajach.

     A co mówić o milionach intencji mszy Św., zbieranych od naszych dobrodziejów i przekazywanych księżom w krajach marksistowskich i misyjnych? Potrzeby Kościoła wzmagały tempo naszej działalności, a miłość do "Kościoła w potrzebie" mobilizowała naszych współpracowników do wyszukiwania nowych sposobów pomocy. Nasi dobrodzieje w 14 krajach zebrali ponad 3 miliardy dolarów, dzięki czemu nasze dzieło mogło i może finansować pomoc dla duszpasterskiej pracy Kościoła. (por.: o. Werenfried van Straaten, Wo Gott weint 1991)

ks. Stanisław Szmidt


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej