Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Zawsze byliśmy dla dzieci

     O wierze, wartościach i miłości do Ojczyzny z Janiną Milewską-Dudą i Janem Tadeuszem Dudą, rodzicami Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, rozmawia ks. Jarosław Rodzik SAC

     Zastanawiałem się, przygotowując się do tej rozmowy, czy jest jakieś pytanie, którego nie zadano do tej pory rodzicom Prezydenta RP. Pomogą mi Państwo...?

     Jan Duda: Było bardzo wiele pytań. Kilka miesięcy temu wycofaliśmy się z udzielania wywiadów. Wcześniej uważaliśmy, że skoro nasz syn został wybrany na urząd prezydenta to znaczy, że jako rodzice mamy obowiązek o nim mówić. Podobnie o naszej rodzinie. Po to, by ludzie wiedzieli, skąd wywodzi się Andrzej Duda, co jest dla niego istotne, jaki system wartości wyznaje. Swoją rolę wykonaliśmy.

     Pana rodzina pochodzi z Sądecczyzny, Pani ojciec był warszawiakiem. Jak i gdzie Państwo się spotkali?

     J.D.: Studiowałem w Krakowie, żona w Łodzi, ale wakacje spędzała w domu w Jaworznie, a ja wybrałem Jaworzno na miejsce moich praktyk robotniczych. Miałem znajomą z Krakowa, która znała Jasię. Spotkaliśmy się i tak to się zaczęło...

     Czy fakt, iż wyszliście z tak różnych środowisk, nie utrudniał okresu narzeczeństwa, decyzji o małżeństwie i potem wychowywania dzieci?

     J.D.: Wbrew pozorom ludzie nie różnią się tak bardzo między sobą, nieważne, czy są z małego miasteczka, czy z rodziny robotniczej. Jeśli mówią to, co czują, co im serce podpowiada, to okazuje się, że bez trudu nawiązuje się kontakt. Jasia pochodziła, z nazwij my to, rodziny inteligenckiej, ale skromnej. Jej ojciec był urzędnikiem w elektrowni, kadrowym, skromnym człowiekiem, mama kierowniczką stołówki. Mój ojciec był rzemieślnikiem, pracownikiem fizycznym w spółdzielni pracy. W swoim dzieciństwie i młodości spotykałem się-z rodziną, ze znajomymi ojca i powiem szczerze, że rozmów, jakie toczyły się przy stole w tych wiejskich domach, nie mógłby się powstydzić niejeden dom tzw. inteligencki. Puentując - w życiu codziennym nie ma między ludźmi z różnych środowisk istotnych barier, szczególnie gdy chodzi o życie duchowe. Oczywiście różnimy się charakterami, temperamentem. Jeśli chodzi o politykę - tu księdza zaskoczę - w naszym domu rzadko się o niej rozmawia, ale i tu praktycznie jesteśmy jednomyślni.

     Intryguje mnie w tym kontekście pytanie o "wspólny mianownik" Waszych "światów". Jest ono o tyle zasadne, że historia obu rodów jest burzliwa, mocno patriotyczna, osadzona w wartościach katolickich.

     J.D.: To, co nas łączy, ów "wspólny mianownik", jak to ksiądz powiedział, ja nazywam rezonansem dusz i komplementarnością ciał. Jest coś takiego jak magnetyzm serca, zgodność odczuć, które w sobie wszyscy nosimy, dotyczących najistotniejszych kwestii, chociażby odpowiedzialności za siebie, za dzieci, dbałości o komfort duchowy życia, podejścia do religii, szczególnie do praktyk religijnych, bo tu nie chodzi o filozofię religii. Dla mnie było to olśniewające odkrycie, że spotkałem osobę, która odbiera te kwestie w taki sam sposób, że łączy nas podobne podejście do życia. Miałem wątpliwości, czy młody wiek, 21 lat, uprawnia mnie do podjęcia tak poważnej życiowej decyzji jak małżeństwo. Zasięgnąłem rady ojca, który powiedział mi: Nie chodzi o to, czy masz odpowiedni wiek, lecz czy poznałeś odpowiednią kobietę. Jeśli tak, to się żeń.

     Janina Milewska-Duda: Decyzja o małżeństwie była trudna, ponieważ nie mieliśmy nic. Nie mieliśmy mieszkania i pieniędzy. Przez kilka lat mieszkaliśmy w jednym pokoju w hotelu asystenckim.

     J.D.: Miałem niewielkie stypendium, żona bardzo skromną pensję, ale wystarczało nam. Mogliśmy sobie nawet pozwolić na ten komfort, że w niedzielę szliśmy z dziećmi na ciastko do cukierni (śmiech).

     Decyzja o wspólnym zamieszkaniu w Krakowie. Przypadek czy pragmatyzm dwóch ścisłych umysłów? Z perspektywy czasu to była dobra decyzja?

     J.D.: Bez wątpienia dobra. Od dziecka chciałem być profesorem, to może brzmi nierealnie, ale tak naprawdę było. Na wycieczce szkolnej szedłem z moją klasą pod Collegium Novum i mówiłem: "Tu będę pracował". Miałem bardzo silne pragnienie zdobywania wiedzy i przekonanie, że potrafię.

     J.M.D.: Nie spełniły się marzenia o pracy na uniwersytecie, ale pracujemy obok - na Akademii Górniczo- Hutniczej.

     J.D.: Jasia nie miała planów tak zdecydowanych. Ja miałem jasno zdefiniowany kierunek, chciałem robić karierę naukową. Przekonałem ją, że też powinna pracować naukowo, bo miała ku temu ewidentne predyspozycje.

     J.M.D.: Poza tym Kraków był wtedy miastem zamkniętym, można było się zatrudnić tylko na uczelni i tylko przez konkurs. A ponieważ miałam ukończone studia z wyróżnieniem, w związku z tym nie było problemu. Złożyłam dokumenty na trzech uczelniach i na wszystkie się dostałam. Wybrałam AGH.

     J.D.: Gdy urodził się syn, trzeba było pomyśleć o jakichś perspektywach na lepsze zarobki. Wtedy zdecydowałem się zrezygnować z moich marzeń i zacząłem szukać pracy dla inżyniera elektryka. Zjeździłem całą Polskę, byłem we Włocławku, Bydgoszczy, Kędzie- rzynie-Koźlu, Zabrzu. Nigdzie nie było pracy, która by mnie satysfakcjonowała, tzn. żeby proponowano pracę dla nas obojga, mieszkanie i przyzwoite pieniądze. I po tej próbie wyjścia z Krakowa "przeprosiliśmy się" z Krakowem i tak już zostaliśmy tu do dziś.

     Jaki był "dom Dudów" ? Czymś szczególnym wyróżniał się na tle otoczenia?

     J.D.: Uważam, że specjalnie się nie wyróżniał. Jedynie - co zawsze podkreślam - przykładaliśmy dużą wagę do wspólnych praktyk religijnych. Miałem też taką zasadę, że nie odmawiałem dzieciom czasu. Teraz tak samo postępuję z wnukami. Najcenniejszą rzeczą, jaką mogę ofiarować bliźniemu, jest czas, ponieważ jestem bardzo zajętym człowiekiem. Wydaje mi się, że jest wiele rodzin, które chcą dobrze wychować dzieci, tzn. przygotować je do odpowiedzialnej służby społeczności. Tego nie osiąga się, mówiąc: dziecko, rób tak albo inaczej! To niewiele daje. Dzieci należy kształtować przykładem własnego życia, ale też wyrażaniem przemyślanych ocen różnych sytuacji, podkreślaniem w domowych rozmowach znaczenia norm moralnych, przywiązania do wspólnoty Kościoła, do wiary, do Ojczyzny. Kolega z pracy powiedział mi kiedyś, że u niego w domu mówiło się w obecności dzieci, gdy dorosły zrobił coś nagannego: "porządni ludzie tak nie robią!". To jest dojrzała reakcja. Według mnie - myślę, że żona się zgodzi - dzieci wychowuje się jakby przez "skórę", przez dyfuzję, a nie przez nakaz. Poza tym zawsze traktowaliśmy wychowanie jako pasję.

     J.M.D.: Często pracowaliśmy w domu, bo nie mieliśmy pomocy do dzieci. Jak wracały z przedszkola i szkoły do domu, byliśmy razem. Gdy dziecko przychodziło do nas z jakąś sprawą, to odkładało się wszystkie rzeczy, nawet najbardziej pilne. Zawsze byliśmy dla dzieci. Wspólnie jedliśmy posiłki, wspólnie się modliliśmy.

     J.D.: To jest rzecz, którą bardzo świadomie chcę ludziom przekazać, że warto się z dziećmi modlić. My nie robiliśmy tego od początku. Zachęciła nas do tego pewna siostra zakonna. Wspólna, rodzinna modlitwa to ogromy skarb! Powiem coś więcej, co pewnie księdza zaskoczy. Otóż sądzę, że rodzice powinni się kłócić przy dzieciach, żeby wiedziały, że nie przychodzi łatwo uzgadnianie stanowisk, że możemy mieć różne zdania na różne tematy. Ale godzić się powinniśmy także przy dzieciach. Słowa modlitwy: "Odpuść nam nasze winy..." są w tym przypadku kluczowymi słowami.

     J.M.D.: Nigdy nie szliśmy spać pogniewani. U nas w domu zawsze była wieczorna modlitwa. I te wszystkie nieporozumienia załatwialiśmy przed modlitwą.

     Państwa syn sprawuje najwyższy urząd w Polsce. Jakie uczucia Wam towarzyszą, gdy myślicie o tym fakcie?

     J.D.: Dla nas jest to ogromny ciężar, poczucie, że bliska osoba dźwiga olbrzymią odpowiedzialność, że zawsze będzie ktoś, kto będzie niezadowolony, kto będzie chciał go poniżyć. Trzeba się z tym pogodzić, że nie mamy na to żadnego wpływu. Nie angażujemy się w jakieś bezpośrednie sprawy polityczne, nie rozmawiamy z synem o polityce. Z założenia nie chcemy odnosić z tego tytułu żadnych korzyści. W jakimś stopniu współodczuwamy jego trud. Dla mnie ideałem, i to powtarzałem dzieciom, był Cincinnatus, patrycjusz rzymski, który "od pługa oderwany" przezwyciężył wroga i wrócił na rolę biedniejszy, niż poszedł. To jest ideał, tak byłem wychowany. Ojciec mnie nauczył takiego podejścia, że człowiek, który sprawuje władzę - pełni posługę publiczną. Mój ojciec, choć był człowiekiem prostym, był bardzo mądry. Relacje społeczne widział w sposób przejrzysty i klarowny.

     Piękne polskie przysłowie mówi, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. W tej metaforze chcę zawrzeć trochę zawoalowane, osobiste pytanie. Dumni są Państwo ze swojego syna, ze stylu jego prezydentury, z decyzji, które podejmuje?

     J.D.: Nie chcę używać tu słowa: dumny. Jesteśmy dumni z całej trójki naszych dzieci. Oprócz Andrzeja mamy jeszcze dwie córki. Traktuję ten urząd, na który Andrzej został wybrany, jako misję, którą on ma zrealizować. Mam pełną świadomość, że jest to zaszczytny urząd, że społeczeństwo powierzyło mu niezwykle ważne zadania, ale to nie jest duma. Duma może będzie wtedy, gdy rola zostanie spełniona. Wtedy można ocenić, czy dobrze się z niej wywiązał, ale oczywiście obserwujemy na bieżąco jego działania. Uważamy, że wypełnia je godnie. Wspieramy go modlitwą i mamy głębokie przekonanie, że wszystkie jego decyzje służą dobru naszego społeczeństwa i państwa.

     Jedna szczególna cecha charakteru, którą syn odziedziczył w genach po swoich rodzicach, to...?

     J.D.: Dobre zdrowie (śmiech). I głęboka wrażliwość społeczna (chyba genetyczna), ale też konsekwencja w dążeniu do celu! Andrzej te cechy w genach po nas odziedziczył. Nasze córki również. Poza tym mamy oboje świadomość, że w wielu aspektach nasze dzieci już nas "przerosły". To nie udawana pokora, tylko radosne stwierdzenie faktu. Dziękujemy Bogu, że udało się nam dać światu ludzi, którzy potrafią lepiej działać niż my.

     J.M.D.: Dodam do tego, co mąż powiedział, że cała trójka to ludzie wielkiego ducha.

     Jak zmieniło się Państwa życie po wyborze syna na urząd Prezydenta RP?

     J.D.: Na tę chwilę mogę powiedzieć, że wraca do stanu początkowego, tego sprzed wyborów. Pierwsze miesiące były oczywiście inne, momentami bardzo intensywne. Proszę też mieć świadomość, że dzisiejsze spotkanie to wyjątek, bo już co najmniej od kilku miesięcy staramy się nie rozmawiać z mediami. Jako rodzice prezydenta w jakiś sposób reprezentujemy jego osobę. To, co powiem jest traktowane jako wypowiedź ojca prezydenta.

     J.M.D.: Przede wszystkim my, jako rodzice, musimy podziękować. Tak wiele doznaliśmy od ludzi dobrych emocji, tak wiele osób dziękuje nam za syna, modli się za niego, bo rzeczywiście za prezydenta, za władzę, za rząd powinniśmy się modlić, jak chcemy żyć w kraju, w którym dobrze się wiedzie. To tak jak w domu: jeśli chcemy, żeby nasz dom był szczęśliwy, powierzamy go Panu Bogu, i tak samo Ojczyznę trzeba powierzyć Panu Bogu. Tak jak powinnością katolików jest modlitwa za kapłanów, bo bez nich nie byłoby Kościoła, tak samo powinniśmy się modlić o mądrość dla ludzi sprawujących władzę.

     J.D.: W tej naszej sytuacji osobiście wielką radością są spotkania z ludźmi, którzy dokonują rzeczy wielkich, i to w różnych dziedzinach. Towarzyszy nam świadomość, że mamy kontakt z ludźmi szczególnymi, którzy chcą społeczności dać z siebie coś więcej. Ileż oni potrafią zrobić, ja nie dałbym rady.

     Kraków to Łagiewniki, Św. Faustyna, tajemnica Miłosierdzia Bożego. Jak Państwo rozumieją tajemnicę Bożego Miłosierdzia?

     J.D.: Mam taką naturę, że dużo myślę o metafizycznych sprawach, ale wypowiadanie się na ten temat jest dla mnie problemem. Wiem tyle - człowiek musi dokładać starań, aby być dobry. Tak postępując, może się spodziewać, że dobro do niego wróci. Na sądzie ostatecznym tylko z dobra i miłości będziemy rozliczani przez Boga. Wiem też, że na szczęście Bóg jest Miłosierdziem i wiele naszych niedoskonałości nam daruje na końcu naszego życia.

     Natomiast w wymiarze społecznym. Cóż. Wydaje mi się, że warto tu przywołać słowa trędowatego z Ewangelii św. Łukasza: "Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić" (Łk 5,12), Te słowa świadczą o szacunku dla Bożej woli, są pełne wiary w moc uzdrowienia. Mamy więc tu piękne połączenie postaw: pokory, zaufania i wiary w to, że Bóg może wszystko. Powinniśmy modlić się jako Polacy o dar pokory w podejściu do bliźniego, okazywać sobie więcej wyrozumiałości i cierpliwości.

     J.M.D.: Dla mnie miłosierdzie to przede wszystkim konkret, wsparcie dla tych, którzy doznają krzywdy z powodu tego, że świat jest taki, jaki jest, np. tracą pracę, mieli wypadek, piwnicę zalała woda itd. Wszyscy mamy możliwość spotkania potrzebującego człowieka, któremu możemy okazać zainteresowanie i ofiarować konkretną pomoc. Czasami za dużo uwagi zwracamy na to, czego nam robić nie wolno, a za mało na to, co powinniśmy robić. Pan Jezus przychodzi do nas jako nasz bliźni - głodny, spragniony, bezdomny, obdarty, prześladowany. Trzeba rozpoznać niewidzialnego Boga - w człowieku oczekującym od nas miłości (por. Mt 25,31-46).

     Czego rodzice Prezydenta RP życzą naszym Czytelnikom?

     J.D.: Wraz z małżonką życzymy, żeby każdego dnia czynili miłosierdzie tam, gdzie Pan Bóg ich postawił. Żeby wysłuchiwał On próśb, które zanoszą przed Jego Oblicze, ale żeby z pokorą przyjmowali wszystkie Jego wyroki, z głęboką wiarą, że Bóg wie najlepiej, co dla nas dobre. Przy okazji mamy też prośbę. Otóż prosimy o modlitwę w intencji naszego syna, który sprawuje zaszczytny urząd prezydenta Rzeczypospolitej. I za naszą ukochaną Ojczyznę.

     Dziękuję za rozmowę.

Jan Tadeusz Duda, inżynier elektrotechnik, informatyk i samorządowiec. Profesor nauk technicznych, profesor zwyczajny Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.

Janina Milewska-Duda, naukowiec, profesor nauk chemicznych związana z krakowską Akademią Gór- niczo-Hutniczą

     Dziękuję za pomoc w zorganizowaniu spotkania z Rodzicami Prezydenta RP Krzysztofowi Witkowskiemu, Dyrektorowi Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie.

Tekst pochodzi z Kwartalnika Pollotyńskiego
Apostoł Miłosierdzie Bożego
Lipiec-Sierpień-Wrzesień
nr 3 2018


   

Granice w relacjach małżeńskich Granice w relacjach małżeńskich
Henry Cloud, John Townsend
W takim stopniu, w jakim czujesz się wolny, by odmówić czegoś małżonkowi, możesz również zgodzić się na to, czego pragnie. Dlatego dla dobra małżeństwa czasami warto powiedzieć: „Nie mogę wyrazić na to szczerej zgody, dlatego tym razem muszę ci odmówić”... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej