Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Czy w domu poradzilibyśmy sobie z babcią?

     Moja babcia zachorowała nagle. Pomimo podeszłego wieku była bardzo aktywną osobą i nagle się okazało, że całe jej życie w jednej chwili zostało odebrane. Gdy zobaczyłam ją na szpitalnym łóżku, nie mogłam uwierzyć, że to ona. Nie potrafiła się poruszyć i nikogo nie poznawała. Udar mózgu zabrał jej mowę i władzę w prawej połowie ciała.

     Rokowania nie były pomyślne. Byliśmy w szoku. Mijały tygodnie, a stan babci się nie zmieniał. Lekarze przekonywali nas, że ważne jest to, iż się nie pogarszał, bo to oznaczało szansę na życie. Na życie?! Mój Boże! Jakie to życie, gdy leżysz tylko w łóżku i czekasz, aż ktoś poda coś do picia, umyje czy zmieni pampersa! Nie potrafiliśmy się z tym pogodzić.

     Czekaliśmy na cud. A nuż babcia nagle wstanie i powie, że to tylko kolejny jej żart, bo trzeba przyznać, że lubiła się pośmiać. Była taką dobrą duszą, która roztaczała wokół siebie wiele ciepła i radości. "Pamiętajmy o tym - płakała mama - bo może tylko to nam zostało".

     Potem zaczął się inny dramat. "Wiecie państwo - mówiła lekarz - że panią niedługo wypisujemy, jej stan się ustabilizował, jednak będzie potrzebna stała opieka. Czy już postanowiliście, czy zabieracie ją do domu, czy macie w planie jakiś ośrodek?". Byliśmy zaskoczeni. Przecież babcia miała wyzdrowieć, a my wrócić do swego życia. Taki był plan! Wiedzieliśmy, że niektórzy oddają bliskich do różnych instytucji, bo brak miejsca w domu, brak czasu czy sił, by opiekować się kimś tak chorym. My również zadawaliśmy sobie podobne pytania. Czy w domu poradzilibyśmy sobie z babcią? Przecież nie mamy żadnego doświadczenia, a jej przydałaby się raczej profesjonalna opieka.

     To mama szybko ukróciła dyskusje. "Przecież to moja matka - powtarzała. - Kiedyś ja potrzebowałam jej opieki, teraz ona potrzebuje mojej. Przecież ją kocham, jak mogę ją gdzieś oddać!".

     Chorzy o wiele szybciej wracają do zdrowia w otoczeniu rodziny

     Babcia zamieszkała więc z nami, a my byliśmy coraz bardziej świadomi, że nie na tydzień czy dwa, ale na wiele miesięcy, a może lat. Że to zmieni cale nasze życie. I tak się stało. Babcia potrzebowała całodobowej opieki. Mama z ciocią były z nią w dzień, karmiły i podawały leki, po południu z tatą i bratem pomagaliśmy przy toalecie. Pamiętam, ile problemów mieliśmy choćby z mierzeniem ciśnienia czy zmianą cewnika, gdy się zatykał. Na początku wiele rzeczy nas przerastało, ale już po dwóch miesiącach działaliśmy niczym wykwalifikowana kadra medyczna. Byliśmy jednak bardzo zmęczeni. Nietrudno było nas rozdrażnić, kłótnia mogła wybuchnąć z byle powodu, a to całe napięcie odczuwała też babcia, która przestała się już uśmiechać. Nie odzyskiwała wciąż mowy, ale wtedy dotarło do nas, że rozumiała wszystko, co się przy niej mówiło. Pomimo poczucia winy z zaistniałej sytuacji znowu wstąpiła w nas nadzieja, że coś się jednak w niej budzi.

     Rehabilitant, który pokazywał nam, jak ćwiczyć niewładne kończyny, i neuropsycholog, która uczyła babcię mowy, zapewniali nas, że tacy chorzy o wiele szybciej wracają do zdrowia właśnie w otoczeniu rodziny. To, że czasem coś nam się nie udaje, jest rzeczą zupełnie normalną, bo jesteśmy tylko ludźmi, ale ważne jest to, że babcia czuje naszą troskę. Jednak rzeczywiście negatywne emocje mogą być przez nią odczytywane jako sygnał, że staje się dla nas ciężarem.

     Zrozumieliśmy jednak, że nasze zmęczenie wynikało też z braku czasu dla nas samych. Postanowiliśmy więc wprowadzić babcię do naszej codzienności. Razem z siostrą czytałyśmy jej artykuły z gazet i opowiadałyśmy o mijającym dniu tak jak kiedyś, gdy przychodziłyśmy do niej na obiad. Odwiedzający nas znajomi również i do niej zachodzili, aby czuła, że jest pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Myślę, że wówczas sama babcia uwierzyła, iż choroba spowodowała, owszem, zmianę sposobu życia, ale go nie przekreśliła. To dało jej ogromną motywację do rehabilitacji. Po pół roku mogliśmy już posadzić babcię na wózku, by Wigilię spędziła z nami przy stole.

     Kilka miesięcy temu przedstawiłam babci swojego narzeczonego. Wyszła nam na spotkanie o własnych siłach, pociągając tylko nieznacznie chorą nogą, i mocno nas do siebie przytuliła. Nadal nie mówi, co ją bardzo denerwuje, ale przecież są inne sposoby, by przekazać, że się kogoś kocha. Czekaliśmy na cud, a on nie zdarzył się jednego dnia, ale stawał się przez wiele miesięcy - i wszyscy braliśmy w nim udział. Nikt z nas nie twierdzi teraz, że to zmarnowało mu życie - wręcz przeciwnie, to, co się w nas działo przez ten czas, jest niewymierne. To pozwoliło mi również uwierzyć w to, że kiedyś nasze dzieci też będą umiały zaopiekować się nami w chorobie, bowiem gdy będą małe, opowiemy im o tym, co stało się w naszym domu.

Marta Zimnoch

Sygnały troski
nr 2(8) luty 2008


   

Granice w relacjach małżeńskich Granice w relacjach małżeńskich
Henry Cloud, John Townsend
W takim stopniu, w jakim czujesz się wolny, by odmówić czegoś małżonkowi, możesz również zgodzić się na to, czego pragnie. Dlatego dla dobra małżeństwa czasami warto powiedzieć: „Nie mogę wyrazić na to szczerej zgody, dlatego tym razem muszę ci odmówić”... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej