Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Różne odmiany starości

Modlitwa, sztuka ofiarowania własnych cierpień za innych, korzystanie z sakramentów świętych, lektura czasopism i książek katolickich ... to wszystko pozwala mężnie znosić dolegliwości starości.

Ten ostatni etap ludzkiego życia ma stanowić przygotowanie na spotkanie z Bogiem, na przejście do wieczności. Nasze publikatory jakby wstydliwie omijają problemy ludzi starych uważając niesłusznie, że najważniejsze są sprawy ludzi młodych i dojrzałych. Nawet w swojej rodzinie człowiek stary jest też często zapominany, pozostawiony samemu sobie, ma świadomość, że ci, którym całe życie służył, duchowo są przy nim nieobecni. Anna już od roku nie wychodzi z mieszkania. Nie pozwala jej na to choroba serca. Tak lubiła niedzielne Msze święte wieczorne oraz środowe nabożeństwa do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Teraz nie może uczęszczać do kościoła. Bóg ją przez całe życie doświadczał. W czasie wojny straciła dobrego męża i starszego syna. Po wojnie wyszła znów za mąż, ale w niedługim czasie mąż ją opuścił. Pozostała sama z synem, który rychło stał się alkoholikiem. Ciągle zmienia pracę, nałogowo pije alkohol, awanturuje się, sprowadza kolegów. Matką, liczącą już 76 lat, wcale się nie opiekuje. Pomaga jej tylko siostra PCK, także sąsiedzi.

- Największym szczęściem dla mnie to pierwszopiątkowa Komunia święta - powoli mówi staruszka. - Moja sąsiadka wprowadza do mojego mieszkania, trzymając gromnicę w ręku, kapłana, który przychodzi z Panem Jezusem, a ja Go witam pieśnią: "Pan Jezus już się zbliża". To spotkanie z Chrystusem napełnia mnie Bożą energią... jak akumulator. Dla tej samotnej matki wielkim przeżyciem jest też transmisja niedzielnej Mszy świętej z Warszawy, której ze swojego starego radioodbiornika wysłuchuje na klęczkach. Nie słyszałem, by kiedykolwiek skarżyła się na swój los, by obarczała swego syna - alkoholika odpowiedzialnością za swoją smutną starość.

Maria to właściwie cały czas leży w łóżku. Ma swój pokój w mieszkaniu spółdzielczym syna. Otrzymuje posiłki regularnie z rąk synowej. Dużo czasu poświęca na czytanie czasopism religijnych. Ta 70-letnia niewiasta po śmierci męża - umarł pół roku temu - przeżywa boleśnie dramat osamotnienia. Stanowili zgodne i kochające się małżeństwo przez ponad 40 lat. Do ostatniej chwili prowadzili gospodarstwo rolne w pobliżu świętogórskiego sanktuarium maryjnego w Gostyniu. Po śmierci Stanisława gospodarstwo zostało zlikwidowane, a spracowana i schorowana kobieta znalazła miejsce w mieście u boku swego syna i wnuków. Kiedyś kapłan przychodzący z Komunią św. zapytał głuchawą kobietę:

- Czy pani jest tutaj dobrze? Czy odczuwa pani klimat ciepła rodzinnego?

Kobieta, która na wsi miała o wiele gorsze warunki bytowania, ale towarzyszył jej w doli i niedoli mąż i liczni sąsiedzi, odrzekła:

- Proszę księdza, nic mi tu nie brakuje: bo jedzenie podane, czysta pościel, ciepło, leki, a nawet dość często przychodzi lekarz. Ale czuję się tak bardzo samotna... Syn zaganiany w pracy i po pracy, synowa też chodzi do pracy i potem ma dużo zajęć w domu, a wnuki też cały czas mają zajęty - przy lekcjach i przy telewizorze. Nikt do mnie nie przyjdzie, tylko ksiądz raz w miesiącu, a ja tak chciałabym po prostu porozmawiać. Przecież człowiek to nie mebel, który można postawić i już mieć z nim spokój. Każdy chce być kochany... I dlatego - proszę mi wybaczyć te słowa - modlę się o rychłą śmierć, bo nie chciałabym być dla nikogo ciężarem.

Wielopokoleniowa rodzina staje się coraz rzadszym zjawiskiem w naszej rzeczywistości. Ludzie zamykają się coraz bardziej na problemy innych, nie potrafią wczuć się w los drugich borykających się z tyloma kłopotami. Tak mało ceni się doświadczenie i życiową mądrość starszych, seniorów, coraz częściej spycha się ich na margines własnych rodzin. Młodzi nie chcą mieszkać ze starymi. W ten sposób tracą niezwykły kapitał ogromnej wiedzy i wspaniałych lekcji "jak żyć".

Na przedmieściu dużego miasta w domku jednorodzinnym mieszka starszy pan-z rodziną swej córki. Dba o ten dom i domowników, jak święty Józef o swoją Rodzinę z Nazaretu. Czuje się potrzebny: sprząta, pali w piecu, karmi drób i psy... Córka i zięć pracują zawodowo. Jedna wnuczka jest już studentką medycyny, dwoje wnuków uczęszcza do szkoły średniej.

"Dziadek" - bo tak go wszyscy nazywają życzliwie, nie tylko w domu, ale i w sąsiedztwie - jest przyjacielem wszystkich. Przywita serdecznie zięcia powracającego do domu, zapyta wnuczkę, jak miną! dzień na uczelni... Do niego też w trudnych sprawach życiowych, czy to w pracy czy w szkole, zwracają się członkowie tej kochającej się rodziny. To, że może służyć swojej rodzinie, uważa za Bożą łaskę. Nigdy nie odczuwa samotności, bo jest dowartościowany przez najbliższych. Jego dom pamięta o Boskim Przykazaniu: "Pamiętaj, abyś czcił ojca i matkę swoją". Każdego wieczoru spieszy "dziadek" do pobliskiego kościoła, aby podziękować Bogu za otrzymane łaski i prosić o dalsze. Czasem towarzyszy mu ktoś z rodziny: córka, zięć albo wnuk. Jest członkiem Żywego Różańca. Nieraz po Mszy św. wieczornej proboszcz zaprasza "dziadka" na herbatkę i powierza mu wiele trudnych spraw ludzkich, czekających na rozwiązanie. Ksiądz wie, że "dziadek" umie trafnie postawić diagnozę i sposób wyjścia z impasu. Przez szereg lat był kuratorem sądowym.

- Starość musi być wkomponowana w życie rodziny - powiada senior trój pokoleniowej rodziny. - Jeśli człowiek stary czuje się niepotrzebny najbliższym, życie traci dlań sens. Choć, prawdę mówiąc, zawsze jest wyjście. Przecież zawsze jest Bóg. Zawsze człowiek może się do Niego zwrócić, jako do przyjaciela wszystkich, a przede wszystkim nas - słabych.

Żyjemy w czasach kontrastów: brakuje miejsc w żłobkach i przedszkolach, a jednocześnie młodzi ludzie nierzadko pozbawiają się swoich rodziców kierując ich do domów rencistów czy do osobnych mieszkań, skazując ich na powolne konanie. A przecież z jaką radością poprowadziliby oni dom, zajęli się wychowywaniem swoich wnuków, uczyli ich pierwszych prawd Wiary, wnosili tak pożądane ciepło rodzinne, bez którego nie można żyć i rozwijać się. Kulturę społeczeństwa poznaje się po stosunku ludzi do osób niepełnosprawnych, cierpiących i starych. Niedawno odwiedziłem pewne małżeństwo w 70-tysięcznym mieście. Nie jest to rodzina katolicka. Ich postępowanie wobec chronicznie chorej 80-letniej matki, dla której zostało nawet wykonane przez syna specjalne krzesło na kółkach, może być przykładem dla nas wszystkich. Ta para małżonków z prawdziwą miłością nie odstępuje w dzień i w nocy tej cierpiącej kobiety. Wszystkie czynności pielęgnacyjne wykonują z uśmiechem na ustach, bo mają świadomość, że służba bliźniemu to służba samemu Chrystusowi.

Ojciec Święty Jan Paweł II podczas swego spotkania z chorymi w Bazylice Mariackiej w Gdańsku w dniu 12 czerwca 1987 roku zachęcał wszystkich.do służenia ludziom chorym i starym czy spracowanym: "Oto Chrystus wezwany do łoża chorego. "Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi". "Przyjdę i uzdrowię go". (Mt 8, 6-7) Jest to wydarzenie - jedno z wielu; cała Ewangelia pełna jest podobnych wydarzeń. Chrystus wzywany do chorych. Chrystus wzywany przez chorych. Chrystus na posłudze ludzi cierpiących. Słowa Pisma świętego, jakie czytamy przy okazji dzisiejszego spotkania, są skierowane do nas wszystkich i do każdego z nas, wówczas, gdy stajemy oko w oko z cierpieniem drugiego człowieka, naszego brata czy siostry. Wciąż jesteśmy wzywani. Wszyscy, poniekąd wszyscy jesteśmy wzywani - chociaż każdy w inny sposób. Wezwanie - zaproszenie, jakie ewangeliczny setnik skierował do Chrystusa, nieustannie się powtarza. Na różnych miejscach cierpi człowiek, czasem "bardzo cierpi". I woła drugiego człowieka. Potrzebuje jego obecności. Kiedy więc ktokolwiek z nas, drodzy bracia i siostry, gdziekolwiek na tej polskiej ziemi, jest wezwany ludzkim cierpieniem, niech mu stanie przed oczyma to wydarzenie z Ewangelii. I Chrystus, który mówi do setnika: "Przyj- dę i uzdrowię go". Nieraz onieśmiela nas to, że nie możemy "uzdrowić", nie możemy nic pomóc. Przezwyciężajmy to onieśmielenie. Ważne jest, żeby przyjść. Żeby być przy człowieku cierpiącym. Może nawet bardziej jeszcze niż uzdrowienia potrzebuje on człowieka, ludzkiego serca, ludzkiej solidarności". Każdy z nas ma uzdrowieńczą moc miłości wobec bliźniego, wobec tego, który samotnie czeka w rodzinie na dobre, życzliwe słowo wnuka, syna, zięcia, sąsiada. Powinniśmy z tego skarbca własnego serca korzystać i hojnie obdzielać bliskich i dalekich dobrocią, która nic nie kosztuje, a jest najlepszym lekiem na dolegliwości wieku starczego. Nie zapominajmy, że Zbawiciel powiedział: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych baci moich najmniejszych, to Mnie uczyniliście" (Mt 25, 40). Przed Bogiem liczą się tylko nasze uczynki miłości bliźniego, wszystko inne zamieni się w popiół nie pozostawiając nawet śladu. Wpatrzmy się w Rodzinę z Nazaretu.

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2024 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej