Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Biskup męczennik - Jan Korec

     "Jest w Bratysławie człowiek, którego partia komunistyczna boi się. Nazywa się Jan Korec. Przez wiele lat, mimo ciężkiej choroby (asthma pulmonalis), musiał ciężko pracować w jednej z fabryk. Cały dzień rozładowywał i załadowywał samochody ciężkimi kartonami z herbatą. Gdy opuszczały go siły, nie mógł liczyć na żadne współczucie i pomoc. Był obywatelem trzeciej kategorii. W dowodzie osobistym miał wpisane: karany za zdradę państwa. Jan znosił wszystko cierpliwie i bez narzekania. Na twarzy miał zawsze pogodny, przyjazny uśmiech. Nic nie zdradzało, że osiem lat spędził w ciężkim więzieniu. Nikt też nie domyśliłby się że jest on biskupem katolickim, a przyczyną osądzenia i uwięzienia jest po prostu niezachwiana wiara w Boga i wierność Ojcu Świętemu". Taką relację zamieścił przed laty na łamach czasopisma "Der Fels" jeden z jego przyjaciół.

     22 stycznia 1984 r. ks. bp Koree skończył 60 lat. W dniu tym nie wolno było mu publicznie w kościele odprawić mszy św. Od lat zresztą nie wolno było mu spełniać funkcji kapłańskich i biskupich. Jeden jedyny raz mógł wystąpić publicznie i odprawić mszę św. razem z innymi biskupami latem 1968 r., gdy do władzy doszedł Dubcek ("Praska Wiosna" ). Ks. bp Koree był wówczas przez kilka miesięcy kapelanem małej wspólnoty sióstr i wtedy mógł odprawiać mszę św. "oficjalnie". Poza tymi wypadkami odprawiał mszę św. prywatnie i bez świadków. Jego przykład heroicznej wiary dawał w trudnych czasach komunizmu oparcie i zachętę wielu młodym ludziom do wytrwania w Kościele. Sami komuniści podziwiali jego nieugiętość.

     Jan Koree urodził się w 1924 r. i pochodzi z biednej rodziny. Jako 16-letni chłopiec wstąpił do jezuitów. Jego niezwykła historia zaczyna się z chwilą rozpoczęcia prześladowania Kościoła przez komunistów w CSSR. W nocy z 13 na 14 kwietnia 1950 r. zostali aresztowani i umieszczeni w obozach koncentracyjnych wszyscy zakonnicy (2000 osób). Klasztory i konwenty zakonne zostały zlikwidowane.

     Latem tego samego roku zamknięto wbrew prawu 10 z 12 istniejących Wyższych Seminariów Duchownych. Dwa ocalałe (jedno w Litomierzycach dla Czech i drugie w Bratysławie dla Słowacji) seminaria zostały poddane ścisłej kontroli państwa i mogły przyjmować tylko określoną z góry liczbę kleryków (numerus clausus). W dalszej kolejności aresztowano ponad 3000 księży diecezjalnych. Wielu z nich skazano na wiele lat więzienia tylko dlatego, że byli wierni papieżowi i nie chcieli zerwać łączności ze swoimi biskupami. Równocześnie zlikwidowano prasę katolicką i wszystkie organizacje kościelne, a ich własność została upaństwowiona. Po ludzku sądząc Kościół został zniszczony. Ówczesny minister wyznań z dumą stwierdził: "Kościół w Czechosłowacji został powalony na ziemię, a definitywne wykończenie go to kwestia niedługiego czasu".

     Uwięzieni biskupi czescy i słowaccy z troską patrzyli na przyszłość Kościoła. Trzeba było znaleźć sposób egzystencji i przetrwania w trudnej sytuacji. Nie można było poddać się. Trzeba było zejść do katakumb jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Tajnie wyświęcono księży i biskupów, którzy byli poza kontrolą policji. Wśród tajnie wyświęconych seminarzystów był także Jan Koree. Księdzem został w październiku 1950 r., a niecały rok potem, 24 sierpnia 1951 r., został biskupem. Cała ceremonia odbyła się w gronie niewielu wtajemniczonych osób. Nowo konsekrowany biskup miał wówczas 27 lat życia, był więc najmłodszym biskupem świata.

     Per odbyciu służby wojskowej wrócił ks. bp Koree do Bratysławy i rozpoczął pracę w jednej z fabryk. Zaczął aktywnie pracować jako kapłan i biskup. Na razie udało mu się szczęśliwie wymknąć spod kontroli władz. Koledzy w pracy polubili go. Potem przyznali, że bardziej sympatycznego, solidarnego i po prostu "równego" kolegę trudno było znaleźć. "Polubiliśmy go jak własnego brata. Dzień, w którym nie przyszedł do pracy i dowiedzieliśmy się, że został uwięziony, był dla nas prawdziwym dniem żałoby. Trudno nam było zrozumieć, dlaczego to się stało."

     Stało się to w 1960 roku. Został uwięziony, ponieważ jego działalność uznała policja za podejrzaną. Zresztą obserwowano go od dłuższego czasu. Wieczorami spotykał się z młodymi ludźmi, a spotkania te przeciągały się często aż do północy. W czasie tych spotkań rozmawiano o Bogu, o Kościele a kończyła je msza św. Proces był krótki. Zarzucono mu, że jest amerykańskim szpiegiem, służy papieżowi ze szkodą dla państwa i przygotowuje rewolucje, by przywrócić czasy kapitalizmu w CSSR. Wszyscy podziwiali spokój, opanowanie i pewność siebie w czasie obrony, czym w wielu wypadkach wprowadzał oskarżycieli w prawdziwy kłopot. W czasie przesłuchań robiono wszystko, aby go złamać, a więc groźby, "pranie mózgu", nawet podsuwanie narkotyków. Zresztą tego rodzaju metodami posługiwano się również na przesłuchaniach innych biskupów. Biskupa Koreca jednak nie udało się złamać. Skazano go na 12 lat więzienia.

     Choć był więźniem politycznym, umieszczono go w celi razem z przestępcami. Ludzie ci podlegali specjalnie ostrej kontroli, która miała za cel zapobieżenie buntom, ucieczkom, byli też bardzo ostro traktowani. Wobec ks. bpa Koreca zastosowano szczególnie ostry reżim. Nie udało się jednak władzom więziennym nawet tymi środkami zmącić wewnętrznego pokoju ani też zgasić przyjaznego uśmiechu na twarzy więźnia. Współwięźniowie wkrótce polubili niezwykłego więźnia. Pozyskał sobie ich zaufanie. Zwierzano się z rodzinnych i osobistych problemów. Zwłaszcza młodsi darzyli go szczególnym zaufaniem. Gdy władze więzienne spostrzegły to, przydzielono Koreca do celi z najgorszymi bandytami. Nie trzeba jednak było długo czekać, aby i ci biedni duchowo ludzie polubili księdza bpa Jana.

     Z ośmiu lat, jakie spędził w więzieniu, ks. bp Jan Koree wspomina, że najtrudniejszy czas to okres w izolatce. Było to coś okropnego. Całe godziny i dni trzeba było spędzać w samotności, bez możliwości zamienienia z kimś choć jednego słowa. Jeszcze dziś słyszę rozpaczliwe krzyki jednego z więźniów w sąsiedniej celi: "Weźcie mnie stąd, już dłużej nie mogę!" Inny bił tak długo głową w ściany, aż stracił przytomność. Na pewno izolacja była jedną z najbardziej wyrafinowanych kar w więzieniu. Potrzeb a jest jednak matką wynalazków. Znalazłem bardzo prosty a równocześnie bardzo skuteczny sposób na izolację. Po prostu samotność potraktowałem jako czas rekolekcji. Ustaliłem sobie szczegółowy program ich odprawiania. Rano było rozmyślanie, tak jak robiłem to w klasztorze. Potem odprawiałem mszę św. Miałem niestety tylko chleb. Duchem przenosiłem się do kościoła i z przejęciem powtarzałem i rozważałem słowa liturgii. Ta modlitwa dawała mi najwięcej radości. Potem rozpoczynałem powtarzać z pamięci wykłady z filozofii i teologii. Duchem przenosiłem się na uniwersytet, wspominałem profesorów i ich wykłady. Gdy zmęczyłem się, odpoczywałem śpiewając pieśni religijne. Potem znów wracałem do wykładów i kontynuowałem modlitwę. Najczęściej wieczór zapadał wcześniej niż ukończyłem zaplanowany program dnia. Gdy z celi odosobnienia zostałem zwolniony i włączono mnie znów do wspólnoty więźniów, czułem się duchowo mocniejszy jak po odprawieniu rzeczywistych rekolekcji.

     Gdy ks. bp Koree znalazł się w więzieniu w Valdicach (północne Czechy, kilka razy domagał się rehabilitacji. Między innymi pisał do ówczesnego ministra sprawiedliwości: Nie popełniłem żadnego wykroczenia ani też nie przekroczyłem prawa, jak mi niesłusznie zarzucano. Moją opinię o procesie już wyraziłem jednoznacznie i nie myślę nic zmieniać. Wcale nie zaprzeczam, że pomagałem kilku młodym ludziom w ukończeniu studiów teologicznych i wyświęciłem ich na księży, ale w żadnym wypadku nie uważam tego za wykroczenie przeciw prawu, a tym bardziej za zdradę państwa. Uważam, że przez moje uwięzienie stałem się ofiarą świadomego prześladowania. Dwanaście lat więzienia dostają tylko wielcy zbrodniarze. Proces, który mi wytoczono, postawił sprawiedliwość w Czechosłowacji w złym świetle. Na zarzut, że miałem powiązania z kapitalistami i obszarnikami, mogę spokojnie odpowiedzieć, że nie ma żadnych podstaw. Urodziłem i wychowałem się w środowisku ludzi biednych. Problemy społeczne poznałem nie z książek, ale z własnego życia. Inny zarzut, że jestem wierny Papieżowi, uważam za zaszczyt. Na to nie potrzebuję niczyjego pozwolenia. Więzienie tej wierności nie zmniejszyło. Wręcz przeciwnie. Procesy sądowe powinny służyć słabym i brać ich w obronę, gdy grozi im niesprawiedliwość lub przemoc. Sprawiedliwość powinna służyć prawdzie, jak świadczy o tym napis na budynku sądu. O sprawiedliwość walczyło wielu odważnych i szlachetnych ludzi w historii Słowacji.

     Zatem nie domagam się łaski, ale prawdy, przestrzegania praw i sprawiedliwości.

     W 1968 r. ogłoszono ogólną amnestię. Skorzystał z niej i ksiądz bp Korec.

     Już w czasie nauki Jan nie odznaczał się dobrym zdrowiem, dlatego zwalniano go z trudniejszych obowiązków. Nikt wtedy nie przypuszczałby, że człowiek ten przeżyje osiem lat więzienia, a potem wiele lat pracy w trudnych warunkach w fabryce herbaty. A jednak przeżył wszystko i jest to cud.

     W 1969 r. rozpoczęto ponownie proces. Sąd uznał poprzednie zarzuty za niesłuszne. Proces zakończył się zupełną rehabilitacją ks. bpa Koreca, ale nie pozwolono mu spełniać obowiązków biskupa. Ważne było jednak, że sąd oficjalnie uznał poprzednie zarzuty za fałszywe i niesłuszne.

     W początkach lat 70. otrzymał pracę w fabryce herbaty w Bratysławie jako pomocnik. Oczywiście praca ta była bardzo szkodliwa dla jego zdrowia. Musiał pracować w ogromnej hali, gdzie panowała wysoka temperatura, a następnie ciężkie pojemniki z herbatą wywozić na zewnątrz, gdzie temperatura często była poniżej zera. Także i tu Jan nie stracił swej pogody ducha. Pierwszą godzinę ciężkiej i szkodliwej pracy ofiarowywał codziennie za Kościół, drugą za Ojca Świętego, następne za biskupów w Słowacji, za młodzież itd.

     Latem 1969 r. pozwolono ks. biskupowi Korecowi wyjechać do Rzymu. Zaledwie przybył tam, został zaproszony przez Pawła VI na specjalną audiencję. Nie miał stroju biskupiego, jak tego wymagał protokół ceremonii papieskich. Wprawdzie przyjaciele chcieli mu taki strój kupić, ale się nie zgodził. Uważał, że byłby to zbędny wydatek. Przecież nigdy potem stroju tego nosić nie będzie. Poinformowano o tym sekretarza papieskiego i biskup-robotnik mógł stanąć przed papieżem w zwykłej czarnej sutannie.

     Była to wzruszająca audiencja. Paweł VI doskonale wiedział, że ks. biskup Koree siedział w więzieniu za wierność papieżowi. Przyjął go ze łzami w oczach i uściskał jak brata. Dokładnie wypytywał o szczegóły życia, uwięzienia i całej drogi krzyżowej. Pod koniec audiencji Ojciec Święty ofiarował ks. biskupowi swoje insygnia biskupie, które kiedyś sprezentowali mu diecezjanie w Mediolanie: pastorał, mitrę, pierścień, krzyż biskupi. Dodał też: "To są moje osobiste insygnia. Nosiłem je w Mediolanie. Ofiarowuję je księdzu biskupowi z życzeniami, aby wkrótce mógł je nosić oficjalnie."

     Ks. bp Jan nie bardzo wiedział, jak dowieźć te drogocenne dary do Bratysławy. Poradzono mu, żeby na granicy powiedział celnikom, że są to osobiste dary Ojca Świętego nie tyle dla niego, co dla całej Słowacji. Jeżeli mi nie pozwolicie ich zatrzymać, muszę je zwrócić Ojcu Świętemu, a wtedy cały świat się o tym dowie. Ks. bp Jan posłuchał rady i na granicy celnicy mieli nie lada problem do rozstrzygnięcia. Dzwoniono nawet do Pragi w tej sprawie. Wreszcie podjęto decyzję: cenne dary pozostawiono w posiadaniu ks. Biskupa.

     W latach 80. wołano ks. bpa Jana nieraz na "towarzyską" rozmowę do Urzędu Bezpieczeństwa. Proponowano mu "po przyjacielsku" opuszczenie Bratysławy, a nawet Czechosłowacji. Po raz pierwszy zaproponowano mu w 1974 r. mała parafię we wschodniej Słowacji. Cel był jasny: chciano zgasić rosnącą sławę biskupa-męczennika w kraju i zagranicą. Poza tym władze mogłyby go tam lepiej kontrolować niż w wielkim mieście. Bp Koree przyjął propozycję pod jednym warunkiem: władze przywrócą możliwość spełniania obowiązków kapłańskich wszystkim księżom, którym tego zabroniono i naturalnie wszyscy oni wrócą do swoich parafii. On podejmie pracę kapłańską w proponowanej parafii jako ostatni. Oczywiście władze tego warunku nie przyjęły i ks. bp Koree pozostał jako robotnik w Bratysławie. Postawa ta znalazła zupełne poparcie wiernych i duchowieństwa. Jego autorytet moralny jeszcze wzrósł.

     W 1982 r. bp Koree przeszedł na rentę. Nie musiał już ciężko pracotvać w fabryce, ale w dalszym ciągu był pilnie inwigilowany przez "wszechmocny i wszechobecny" Urząd Bezpieczeństwa. Męczeństwo ks. bpa Jana Koreca trwało to aż do nowej "wiosny" w 1989 r., która wróciła Słowacji i Kościołowi wolność.

     On sam mówi: Jak oceniam minione lata? Miałem szczęście, za co jestem Bogu niezmiernie wdzięczny, że nigdy nie załamałem się i nie poddałem się, przynajmniej przez dłuższy czas. Dlaczegóż my na Słowacji nie mielibyśmy okazać Bogu wdzięczności za dar tysiąclecia wiary przez cierpienie? I dlaczego nie mielibyśmy znieść trochę twardszego życia dla dobra narodu? Trzeba przyznać, że moje nie było wcale łatwe, zwłaszcza gdy pomyślę o tych 24 latach ciężkiej pracy w strugach deszczu, na śniegu, mrozie. Ale ani w czasie studium filozofii i teologii, czy w czasie przygotowywania się do kazań i wykładów nie zrozumiałem tak wyraźnie, że Bóg jest nam wierny, gdy my okażemy się wierni, jak właśnie w czasie cierpienia. Wszystko w tamtych latach było bardzo bolesne, ale też zawsze czułem blisko siebie i namacalnie ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Pana, Jego Ducha Prawdy i Jego Moc. Nigdy nie chciałem i dziś nie chciałbym zamienić się z nikim na moje umęczone życie.

     Przeżywamy na Słowacji swego rodzaju Zesłanie Ducha Świętego. Tysiące młodych, ale też i starszych ludzi szuka Boga i znajdują go poprzez Jego Syna w Kościele. To prawdziwy cud! Modlitwa i ofiara jednych pomaga drugim. Tysiące chorych i niewinnie cierpiących za wiarę w więzieniach i obozach upraszają nam dziś łaskę zaangażowania młodych ludzi, wierność kapłanów. Żadna rodzina, żaden student w szkole, żaden ojciec rodziny w pracy nie cierpieli na próżno. Także potrzeba było cierpienia księży i biskupów. Żadne cierpienie nie pozostało bezowocne.

     (por. "Der Fels" 10 (1984) s. 47)

ks. Stanisław Szmidt


   

O Mszy Świętej najprościej [mały format] O Mszy Świętej najprościej [mały format]
Ks. Jerzy Stefański
Człowiek, który w pełni uczestniczy we Mszy Świętej, jest największym bogaczem świata. Zostaje bowiem obdarowany samym Bogiem, Jezusem Chrystusem. Z miłości do nas stał się On człowiekiem, a potem, by być jeszcze bliżej, stał się dla nas pokarmem i każdego z nas pragnie karmić Sobą... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej