Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Spod gilotyny na ołtarze

     Czasopisma francuskie ze sceptycyzmem przyjęły wiadomość, że kardynał Lustiger, arcybiskup Paryża, pragnie wszcząć proces beatyfikacyjny Jakuba (Jacąues) Fesch'a. Oczekując na wykonanie wyroku śmierci, młody cynik i ateusz znalazł Boga. Oto fragmenty dzienniczka, jaki pozostawił swej małej córeczce Weronice (Veronique).

     Pistolet był w szufladzie biurka. Mój ojciec zwykle go tam przechowywał. Był nabity, więc wyciągnąłem kulki i wsadziłem do kieszeni. Na pusto pociągnąłem za cyngiel dwa, trzy razy. Szczęk iglicy i chłód kolby pistoletu w dłoni sprawił, że przez chwilę żołądek mi się ścisnął, ale było za późno na refleksję. Byłem jak ptak zahipnotyzowany przez węża, który chce go pożreć i nie jest w stanie się poruszyć. Postanowiłem napaść na Aleksandra (Ale- xandre) Silbersteina i nie mogłem się wycofać.

     Silberstein prowadził kantor jubilerski na rue Vivienne 9. Rankiem 25 lutego wszedłem do jego sklepu z Rene, chłopcem ze świata przestępczego, którego poznałem w jednym z barów. Zgodził się mi pomóc. Przedstawiłem się jako jubiler z prowincji, który chce kupić pewną ilość złota. Poprosiłem Silbersteina o pośrednictwo. Na pewno nie wyglądałem na jubilera z prowincji. Wyglądałem na pewno na takiego, jakim byłem od 24 lat: chłopakiem wysokim, eleganckim, o twarzy zepsutego mieszczucha. W każdym razie Silberstein zgodził się i ustaliliśmy, że odbiorę złoto jeszcze tego wieczora. O godzinie szóstej wieczorem na rue Vivienne panował ożywiony ruch, paliło się już wiele latarni. W ich świetle twarze zmarzniętych przechodniów wyglądały groteskowo. Wszedłem do Silbersteina, natomiast Rene pozostał w aucie. Nie zgasiliśmy motoru. Silberstein spojrzał na mnie wodnistym wzrokiem i kładąc czarną torebkę na ladzie, powiedział: "Udało mi się zdobyć tylko małą część, przykro mi". Pochyliłem się udając, że szukam w kieszeni książeczki z czekami. Złapałem pistolet za lufę i z całej siły uderzyłem starca kolbą w głowę. Wytrzeszczył oczy z przerażenia. Krew wytrysnęła obficie. Nie upadł. Uczepił się lady i zaczął krzyczeć przeraźliwie. Krew zalewała mu twarz. Schwyciłem torebkę i uciekłem. Ludzie zaczęli zlatywać się do sklepu. Zapomniałem o Rene i biegnąc z całych sił skręciłem w ulicę rue Saint-Marc. Za mną tłum krzyczał: "Chwytać go, chwytać go!" Dobiegłem do Bouleuard des Italiens, zobaczyłem otwartą bramę i wpadłem w nią. Zacząłem biec po schodach aż na piąte piętro i zatrzymałem się na schodach. W ręku trzymałem pistolet. Byłem jak oszalały. W skroniach krew aż huczała. Próbowałem usunąć niektóre plamy krwi na kurtce. Z dziesięć razy chwyciłem głęboki oddech i zacząłem powoli schodzić po schodach. Dotarłem do wewnętrznego podwórka. Zobaczyłem, że brama była zamknięta. Na podwórku była gromada ludzi i tajniak. Podnieceni spoglądali w górę jak psy gotowe na łowy. Usiłowałem iść spokojnie do wyjścia. Wiedziałem jednak, że wyglądam groźnie i jestem podniecony. Wtedy ktoś z tłumu krzyknął: "To on!" Policjant zawołał, żebym się zatrzymał. Obróciłem się i strzeliłem do niego. Spostrzegłem, że strzał był celny: dostał kulę w serce. Zabiłem go na miejscu. Zacząłem się mocować z zasuwą bramy, otworzyłem ją i wyskoczyłem na ulicę. W uszach mi szumiało, a piersiami zaczął wstrząsać niespodziewanie szloch. Ktoś próbował zastawić mi drogę. Strzeliłem do niego z odległości trzech metrów. Wskoczyłem na schody metra stacji Richelieu. Jakiś policjant rzucił się na mnie. Bez zastanawiania się oddałem jeszcze jeden strzał. Uderzenie zmiażdżyło mi palec. Nie czułem absolutnie niczego. Dopadnięto mnie z krzykiem "Morderca!", i zaczęto okładać pięściami i kopać. Miałem wrażenie, jakby setki twarzy wykrzykujących obelgi tonęło w czerwonej mgle krwi.

     Pozwoliłem się prowadzić. Szlochając, powtarzałem: "Co ja narobiłem? Co narobiłem?" Gdy oprzytomniałem, byłem w izolatce więzienia Sante.

     W czasie procesu musiałem, niczym jak na filmie, prześledzić całe moje życie. Obracano je na wszystkie strony, jak to się robi ze starym płaszczem. Nie pominięto niczego. Mojego ojca uznano za cynika i człowieka bez charakteru. Był dyrektorem banku. Bardzo bogaty. Nieznośny egoista. Nigdy się mną nie interesował, a jeżeli, to tylko po to, by zniszczyć we mnie te zalążki dobra, które miałem w sobie: szczerość, optymizm, i wiarę. Porzucił moją matkę. Ja zostałem z nią. Stałem się leniwy i zarozumiały. Dla zabawy dręczyłem zwierzęta. Byłem najgorszym uczniem w klasie. Nauka wcale mnie nie interesowała. Mając dwadzieścia lat poślubiłem Pierette - jedyną osobę, która mnie naprawdę pokochała. Niestety, ja nie byłem zdolny kochać kogokolwiek. Pewnego wieczoru opuściłem i Pierette, i Veronique, naszą córeczkę. Chciałem założyć spółkę transportu węgla. Matka dała mi na początek milion franków, z których połowę straciłem zaraz na kupno luksusowego auta. Wtedy zobaczyłem jacht. Miał ożaglowanie, był niewielki, ale mógł przepłynąć morze. Chciałem za wszelką cenę wyjechać, uciec gdzieś za morza, jak najdalej od tego monotonnego i bez sensu życia. Kosztował dwa miliony dwieście franków, ale gdy poprosiłem ojca o pieniądze, uderzył mnie w twarz. Jacht ten stał się dla mnie jakby narkotykiem. Śniłem o nim, myślałem tylko o nim. Dlatego zaplanowałem napad na sklep na rue Vivienne. Ale to nie tego dnia stałem się przestępcą. Stało się to znacznie wcześniej. Po prostu ujawniło się to, co od dawna tkwiło we mnie. Trzeba było tylko okazji. To było nieuniknione: teraz czy później i tak bym się wykoleił, chyba że w międzyczasie znalazłbym jakiś ideał. Stałoby się to nie dlatego, że lubiłem kraść, ale musiałem znaleźć jakiś cel w życiu, który by mnie wyrwał z marazmu wegetacji. Byle co mogło mnie uratować...

     Oczekując na proces, zacząłem pobyt w więzieniu w zupełnym odosobnieniu. Gdy po raz pierwszy przyszedł do mojej celi kapelan, pożegnałem go natychmiast. Byłem niewierzący. W naszym domu było tyle zrozumienia dla religii, co w stajni, ale po miesiącach siedzenia w więzieniu i po nieustannym naleganiu ze strony mojego adwokata zacząłem interesować się wiarą. Stopniowo zacząłem rewidować moje poglądy. Już nie byłem taki pewny, że Boga nie ma. Gotów byłem Go przyjąć, ale nie miałem jeszcze wiary. Próbowałem wierzyć rozumem, nie modląc się. Potem, pod koniec pierwszego roku aresztu - nagle, w ciągu kilku godzin - uwierzyłem, byłem zupełnie pewny. Uwierzyłem i nie mogłem pojąć, jak mogłem przedtem nie wierzyć. Wszystko stało się jasne w ciągu paru chwil. Była to głęboka radość, w której trudno ok.rc ślić, co jest wzruszeniem, a co wiarą. Było jeszcze czuć krew zaschniętą na mojej twarzy, a ja pro siłem Boga, aby żył zawsze we mnie i dał mi siłę przyjęcia der pień, które w swoim miłosierdziu zechciał mi zesłać, abym się narodził w świetle. Prosiłem o to ja, który przyczyniłem się do ran gwoździ w jego rękach. I nastała walka, tragiczna w swoim milczeniu, między tym, co się stało a tym, co nastawało, ponieważ nowe stworzenie, które zostało we mnie zaszczepione, domagało się odpowiedzi, jaką mogłem dać lub też dobrowolnie odrzucić. Zmienił się mój światopogląd, ale nie zmienił się mój sposób myślenia i zachowania. Bóg zostawił je takimi, jakimi były. Ja musiałem je zwalczyć, zmienić, odnowić i nie miałbym pokoju, gdybym nie podjął tej wewnętrznej walki z sobą. Ale Bóg był tam. On był moją siłą. Dzięki Niemu uświadomiłem sobie, co muszę zrobić, by być Jego obrazem, On dawał mi do tego moc. Pogodziłem się z moją żoną i zacząłem być naprawdę ojcem dla mojej córeczki, choć mogłem ją widzieć tylko raz w miesiącu i to bardzo krótko. Po trzech latach aresztu wyznaczono datę procesu na 3 kwietnia 1957 r. Nie miałem zaufania do tego rodzaju teatralnych rozgrywek, w których ludzie bez skrupułów szafowali moim życiem i świadomie kłamali, aby zadowolić swoją pychę i zrobić na tym interes. Jak gdyby prawda nie była sama w sobie dość tragiczna. Taka była wola Boża i zacząłem wspinać się na moją Kalwarię. Proces zakończył się wyrokiem śmierci, a datę egzekucji wyznaczono na pierwszego października. Jutro rano.

     Tak doszedłem do końca mego życia. Życia bardzo krótkiego, bardzo pustego, pełnego zła, łez, przelanej krwi. Nie mam się czym chwalić! Ale to prawda, że Bóg wybiera to, co słabe i godne pogardy, aby w końcu ukazać, że tylko dzięki łasce działającej właśnie w tym, co słabe, zostajemy zbawieni. Egzekucja będzie miała miejsce jutro około godziny czwartej rano. Będę jak dobry łotr na Kalwarii i Jezus mi powtórzy słowa: "Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju". Oczekuję na to całą noc w spokoju. Za pięć godzin ujrzę Jezusa. Ucałowałem mały kosmyk jasnych włosów. Są to włosy mojej córeczki Weroniki. Oby moja krew, która popłynie, została przyjęta przez Boga jako całkowita ofiara. Oby każda jej kropla zmyła grzech śmiertelny. Wy, którzy czytacie te stronice, pamiętajcie o mnie. Słyszę już kroki na korytarzu. Przychodzą po mnie. Jestem szczęśliwy... Z Bogiem!

     (por. "Bollettino Salesiano" 10 (1997) s. 18-20)

ks. Stanisław Szmidt


   

Różaniec Różaniec
abp Grzegorz Ryś
Jeśli szukasz głębokich rozważań tajemnic różańcowych, dobrze trafiłeś. Przedstawiamy Ci osobiste, oparte na słowie Bożym rozważania abp. Grzegorza Rysia. Myśli duchownego skupiają się tutaj wokół poszczególnych tajemnic czterech części Różańca.... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej