Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Co mi daje chrześcijańska modlitwa?

Chcieliśmy bardzo, aby świadectwa w tym numerze eSPe były napisane przez członków Kościołów i wspólnot kościelnych nie będących w pełnej łączności z Kościołem Katolickim. Na naszą prośbę odpowiedział jedynie ks. prof. Rudnicki, któremu wyrażamy głęboką wdzięczność za opowiedzenie na naszych łamach o swoim doświadczeniu życia i wiary. Redakcja

Urodziłem się w rodzinie ateistycznej. Moi rodzice, ideowi komuniści, wychowali mnie w duchu gotowości do ofiar za wyższe cele, które widzieli w budowaniu sprawiedliwego porządku społecznego. Do Kościoła należeli moi dziadkowie, modliły się ciotki. W nabożeństwach brał też udział wujek narodowiec wyrażający niezadowolenie z tego, że Pan Jezus i Matka Boska musieli akurat być Żydami. Ja zostałem ochrzczony, aby mieć świadectwo urodzenia. Musiałem chodzić na lekcje religii i wraz z klasą brać udział w kościelnych obrzędach, aby przejść z klasy do klasy. Były to "lepkie formalności", z których się rad byłem jak najszybciej obmyć i otrząsnąć. Przyszła wojna. Przeżywałem pierwszą miłość do uroczej, pełnej inteligencji i fantazji, o dwa lata ode mnie młodszej, dwunastoletniej sąsiadki, Żydówki. Pomagałem wraz z moją matką (ojciec się ukrywał daleko od nas) jej rodzinie w przetrwaniu. Uciekli daleko. Zerwały się kontakty. Ja żyłem myślą "Ona przeżyje". Tę myśl żywiłem i w partyzanckim oddziale Gwardii Ludowej i później w więzieniu gestapo w Jędrzejowie, nawet wtedy, gdy mi zakomunikowano, że dostałem wyrok śmierci. Normalnie po wyroku czekało się trzy dni na egzekucję. Chyba wyrok zatwierdzano gdzieś wyżej, w Kielcach. Ale przedtem jeszcze do celi przemycono nowennę do świętej Tereski. Przez dziewięć dni należało się modlić, a dziesiątego dnia - albo podziękować za uproszoną łaskę, albo zacząć nowennę od nowa. To ostatnie mnie szczególnie śmieszyło. Albo się łaskę wyprosi, albo nie - to przecież logiczna pewność. Miałem powód maskować się z moim ateizmem. Recytowałem słowa nowenny ze wszystkimi. Ostatnie przesłuchanie i wyrok wypadł akurat siódmego dnia nowenny, a jej dziesiątego dnia przyszedł front i wszyscy byliśmy wolni. Inni współwięźniowie zgodnie z zaleceniem nowenny poszli do kościoła podziękować za wyzwolenie.

+ + +

I rzeczywiście ona przeżyła. Jedyna z rodziny. A ja czułem winę. Gdybym zamiast żyć myślą: "Ona przeżyje", myślał: "Oni przeżyją", pewnie ocalałaby cała rodzina. Z nią nie potrafiliśmy się już razem odnaleźć. Nie ten nastrój. Każde poszło swoją drogą. A i z komunizmem przyszło mi niedługo zerwać. W Polsce się działo nie to, o cośmy walczyli. Ojciec powiedział: "Przykro mi, że występujesz z partii, ale cię rozumiem". Sam nie miał już energii wystąpić.

Byłem studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Zetknąłem się z grupą buddystów. Wziąłem udział w medytacji wesakowej. W tym samym czasie, jednocześnie w całym świecie przez pięć minut medytowali buddyści. Siedziałem samotnie na hamaku. Świeciło słońce. Śpiewały ptaki... opanowała mnie myśl: "Gotamo Budda wyzbył się wszelkich żądz i dlatego był szczęśliwy. Ja, skoro mogę myśleć o jego szczęściu, biorę tym samym w jego szczęściu udział. Jestem szczęśliwy". Rozpierało mnie szczęście.

Chodziłem też do warszawskiej prawosławnej katedry Marii Magdaleny na nabożeństwa. Motywowałem to tym, że były piękne. Na tacę kładłem co tydzień regularnie tyle, ile kosztował bilet do filharmonii. I oto odczułem, że nabożeństwa są nie tylko piękne, ale że jest w nich coś czego nie da żaden koncert, że jest realność duchowa. Pozostając buddystą, zapragnąłem zostać również chrześcijaninem: chyba przyjąć prawosławie. Udałem się do wielkiej postaci w prawosławiu, do księdza protopresbitera Włodzimierza Wieżańskiego prosząc, aby mnie ostatecznie przekonał, że prawosławie jest najlepszym wyznaniem. On się uśmiechnął i powiedział, że go ucieszy, jeśli to powie ktoś stojący z boku. Jemu wolno powiedzieć tylko tyle, że najlepszym wyznaniem jest takie, gdzie duchowni sprawują sakramenty nie dla zarobku, ale z powołania; gdzie wierni przychodzą na nabożeństwa nie dla tradycji, ale ze świadomej decyzji; gdzie w obrzędach panuje nie tylko zewnętrzna estetyka, ale każde słowo, każda nuta i każdy gest niesie w sobie realność duchową. Zacząłem szukać takiego wyznania.

Znalazłem Kościół Mariawitów. Pierwsza świadoma Komunia Święta po świętokradczych komuniach szkolnych. Rozentuzjazmowany neofita oczekiwałem jakiegoś spektakularnego cudu. Zamiast tego przyszedł spokój trwający przez wiele dni. I wtedy zrozumiałem, że właśnie ten spokój wśród mojego tak dotąd nerwowego i niespokojnego życia jest realnym działaniem Chrystusa obecnego w Eucharystii. Wtedy też uświadomiłem sobie, że moje żywienie myśli: "Ona przeżyje" to było modlitwą błagalną, ba - modlitwą wysłuchaną. Że modlitwą była również moja buddyjska medytacja wesakowa. Po wpływem dobrych lektur, zwłaszcza pism Steinera pojąłem, że teraz modlitwa, medytacja chrześcijańska daje mi nie tylko możność zjednoczyć się z taką czy inną wielką postacią ludzką, ale również z aniołami i z samym Bogiem-Człowiekiem, Chrystusem. A On, Bóg umożliwia mi coś, czego Budda ani żaden wielki nauczyciel dać by mi nie mógł. Mogę nie tylko zapomnieć o cierpieniach, odrzec się ich i stać się szczęśliwym. On pozwala, aby wszelkie moje zmartwienia - od drobnych kłopotów do największych cierpień - zjednoczone z Jego ofiarą stały się pożyteczne dla świata. On mi pozwala - nie przez odrzekanie się cierpień, ale przez ich ofiarowanie - być swoim współpracownikiem. Mogę być współpracownikiem Boga. Zrozumiałem czym się różni większość orientalnych, przedchrześcijańskich prądów duchowych uczących, jak się wyzbyć cierpień, od zbawczego impulsu Chrystusowego uczącego jak podejmować cierpienia, aby się stawały pożyteczne dla nas i dla świata. I chyba od tego czasu mogę się uważać za chrześcijanina.

+ + +

Przepraszam za ten długi wstęp, ale bez naszkicowani mojej drogi do wiary, nie byłoby jasne to, co mogę powiedzieć o obecnym znaczeniu modlitwy dla mnie, pracownika nauki i zarazem żonatego kapłana Kościoła Mariawitów.

Modlitwa jest dla mnie pojęciem wieloznacznym. Nazywam modlitwą moje króciutkie, ale systematycznie trzy razy dziennie odmawiane, Oficjum brewiarza Zgromadzenia Mariawitów. Nazywam też modlitwą codzienną poranną medytację i wieczorny ogląd wsteczny dnia. To są chwilę, w których się zmuszam - z lepszym lub gorszym skutkiem - do kierowania myśli według szlaków przez mnie wyznaczonych. Uczę się świadomie kierować myślami. To moja praca nad sobą. Czasem takie Oficjum brewiarzowe czy medytacja zostaje niespodziewanie opromieniona światłem myśli, idei, odczuć, które przychodzą do mnie, ale nie ode mnie pochodzą. Po prostu spływają na mnie z góry. Pamięć o takich chwilach ułatwia mi przetrwanie oschłości codziennych modlitw, w czasie których często, mimo wysiłków nie potrafię zapomnieć trosk tego świata. Ale każda modlitwa, nawet taka oschła, dodaje mi sił dla przeżycia i drobnych, i większych zmartwień i nieszczęść.

Modlitwą nazywam adorację Przenajświętszego Sakramentu, gdy się staram omówić ze Zbawicielem moje problemy, zobaczyć je w innym świetle, ujrzeć je od tamtej strony, gdy Go pytam o to, jak rozwiązywać problemy rodzinne, jak się nie przejmować tym, co idzie w innym kierunku, niżbym chciał. I wtedy czasem też przestaję kierować moimi myślami, uczuciami i impulsami woli i trwam w nastroju, jaki On daje, gdy zechce sam kierować naszą rozmową.

Modlitwą nazywam różaniec. Staram się go odmawiać zawsze cały. Droga do mojej pracy, do obserwatorium astronomicznego z przesiadkami trwa godzinę - akurat tyle, ile potrzeba. Świadomy, że w modlitwie Kościoła na różańcu prosimy, abyśmy naśladowali to, co się zawiera w jego tajemnicach i otrzymali to, co one nam obiecują, staram się naśladować wszystkie. Różaniec to wspaniała modlitwa. Na paciorkach, a częściej po prostu na palcach, moja fizyczność odlicza rytm dziesiątek. W tym czasie mój organizm sił życiowych zostaje wprowadzony w rytmiczne drganie zdrowasiek. Często po zakończeniu różańca czuję, że te siły jeszcze rytmicznie dalej go odmawiają. Zarazem moja struktura uczuciowa przeżywa nastroje związane z poszczególnymi tajemnicami. Też rytm, ale o dłuższym okresie: Zwiastowanie - spływ z góry ku dołowi, Nawiedzenie - odpowiedź na to z dołu, Narodzenie - spływ, Ofiarowanie - odpowiedź i tak dalej. Jednocześnie moja jaźń kieruje logicznym rozmyślaniem tajemnic. Gdy tak całym organizmem ciała, duszy i ducha odmawiam różaniec i na tajemnice nasuwam myśli o własnym życiu, o życiu osób, które cenię lub kocham, albo właśnie o tych osobach, które mi się wydają niesympatyczne, zaczynam rozumieć sprawy, których w inny sposób zrozumieć nie potrafiłem. Otwierają się tajemnice... Ba, przecież nie darmo te rozmyślania różańcowe nazywają się tajemnicami.

Wyciągam też wnioski z nowenny, która uratowała mi ongiś życie. Nie sądzę, aby nowenna odmawiana przez kilkunastu więźniów w celi zadecydowała o dacie przejścia frontu przez Jędrzejów, ale jestem przekonany, że spowodowała to, że nas zostawiono żywymi. Gestapo miało rozkaz likwidować więźniów w opuszczanych miejscowościach. Traktuję każdą nowennę jako rzecz wielką, której nie wolno nadużywać. Tylko trzy razy w życiu odprawiłem sam nowennę (do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy). Dwa razy szło o ciężko chore osoby. Chora na raka zmarła bez długich cierpień, a chora na stwardnienie rozsiane doszła do zupełnego zdrowia (lekarze powiedzieli, że zapewne diagnoza była błędna). Raz odprawiłem nowennę we własnej trudnej sytuacji - też z pełnym skutkiem. Jako przyrodnikowi, obserwatorowi i doświadczalnikowi trudno mi uważać te cztery koincydencje za przypadkowe. Czasem mi wypada z polecenia biskupa przewodniczyć zbiorowej nowennie, w której każdy dołącza swoją intencję, a niektórzy po prostu są obecni z okazji innego nabożeństwa. Posłusznie wypełniam polecenie, ale czuję się na granicy świętokradztwa. Proszę potem Boga o wybaczenie. Nowenna powinna być modlitewnym taranem do walki z przeciwnościami. Wymaga dużego natężenia myśli, uczucia i woli. Nic dziwnego, że tak często nowenny nie odnoszą skutku skoro je ludzie lekko traktują, skoro ich nadużywają.

A Msza święta? Tu się po prostu staram, aby moje gesty i słowa miały pokrycie w świecie ducha. Ja tylko udzielam swoich gestów fizycznych, drgań strun głosowych, swoich myśli i uczuć, a w miarę możności i impulsów woli. Staram się całego siebie "wstawić" w rytuał. Tu nie ja się modlę. Tu działają dusze świętych i innych zmarłych, aniołowie (również aniołowie stróżowie obecnych), a przede wszystkim sam Zbawiciel. Po Mszy świętej czuję się wyczerpany, nie mówiąc o dniach, gdy trzeba ich odprawić kilka. Siły trzeba zebrać w modlitwie przed każdą Mszą Świętą i później je znowu odświeżyć w modlitwie.

Konrad Maria Paweł Rudnicki, lat 77, emerytowany profesor zwyczajny astronomii Uniwersytetu Jagiellońskiego, od 43 lat kapłan w Zgromadzeniu Mariawitów.

eSPe, nr 61


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej