Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Angelus tuus te custodiat...

Pamięci kapłanów lat wojny
poświęcam - autor

Jesienią 1940 roku przydzielono do zakładów gipsowych w Cleysingen 1) szesnastoosobową grupę jeńców francuskich, którzy mieli wzmocnić załogę niemiecką, stale malejącą wskutek poboru do wojska. Fabryki gipsowe, jak je popularnie nazywano, rozsiane gęsto na obrzeżu południowego Harzu, należały do tak zwanych kriegswichtige Betriebe, dlatego władze niemieckie troszczyły się o ich rytmiczną produkcję.

Francuzów zakwaterowano w przyzakładowym baraku i wkrótce włączono ich grupami w ciąg produkcyjny, który zaczynał się w kamieniołomach, a kończył gotowym towarem na pobliskiej rampie kolejowej; wszystkie podzespoły ciągu technologicznego, kierowane przez czterech majstrów, działały sprawnie z niemiecką dokładnością. Jeńcy francuscy cieszyli się dobrym traktowaniem i względną swobodą. Nie pilnował ich żaden wojskowy, jedynie od czasu do czasu przyjeżdżał Wachtmeister z pobliskiej komendantury i wymieniał uwagi z kierownikiem zakładu.

Francuzi, podobnie jak ich niemieccy przełożeni, pracowali osiem godzin, posiłki spożywali w swej barakowej stołówce, jedynie Friihstiick (drugie śniadanie) jedli na wolnym powietrzu. Ponieważ co trzeci tydzień pracowałem w tym zakładzie przy podciąganiu lorek z urobkiem od kopalni do kruszarek, w czym pomagał mi poczciwy koń stary "Max", miałem możność obserwować między innymi przebieg owego śniadania, jak również oceniać jego skład jakościowy. Składało się ono z jednego litra zabielanej kawy, większego kawałka chleba, porcji margaryny, do tego marmolada lub krążek wędliny. Śniadanie przynosili dwaj jeńcy na szerokiej tacy. Na echo dzwonka każdy spieszył, aby chwycić możliwie najlepszą porcję, były bowiem między nimi dostrzegalne różnice, stąd przy tacy panował zawsze tłok. Zauważyłem przy tym, że jeden jeniec nigdy się nie spieszył, a nawet celowo zwlekał, aż każdy podjął swoją część. Dopiero wtedy podchodził i zabierał z pogodnym wyrazem twarzy to, co zostało. A zdarzało się, że ta ostatnia porcja była często mniej atrakcyjna, rozczłonkowana, kawałek chleba mniejszy lub przypalony. Zauważyłem jednocześnie, że śniadanie swoje rozpoczynał znakiem krzyża i tak samo kończył. Czynności te powtarzały się każdego dnia, młody jeniec zawsze dochodził do stołu ostatni i nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś przez grzeczność zachęcił go do pierwszeństwa.

Zaciekawiony, zapytałem jednego z bliższych przyjaciół francuskich, kim jest ów kolega.

"II estpretre... - usłyszałem odpowiedź - il est toujours le meme, toujours un bon camarade" (on jest księdzem, on jest zawsze taki sam, zawsze dobrym kolegą). W wojsku pełnił funkcję kapelana. Dobrze, że chociaż takie uznanie znalazł duchowny w oczach swoich współkolegów.

Ponieważ ksiądz pracował przy kruszarkach, mogłem nawiązać z nim rozmowę w czasie przeprzęgania konia od lorek pełnych do pustych. I tak pewnego dnia nie bez tremy pozdrowiłem go:

"Laudetur lesus Christus! Salve arnice! Ego Polonus sum, frater tuus..." (Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Witaj, przyjacielu! Jestem Polakiem, bratem twoim...). Zauważyłem, że pozdrowienie moje wywarło widoczne wrażenie. Kapłan przerwał na chwilę spychanie brył gipsowych do komory zgniatarek, a jego jasny wzrok skierował się w moją stronę...

"... in omnia secula seculorum. Gaudeo magnopere et saluto te in pace Domini..."(... na wieki wieków. Cieszę się bardzo i pozdrawiam cię w pokoju Pana).

Od tej chwili rozmawialiśmy w języku łacińskim, cytowaliśmy Owidiusza, a także wyjątki modlitewne z różnych części mszalnych. Naraz bezpostaciowa i pozbawiona ludzkich motywów praca - stała się radosną sposobnością do wspaniałych kontaktów. Wspólnie odmawialiśmy "Pater no ster, qui es in coelis..." (Ojcze nasz, któryś jest w niebie), jak również wyjątki z psalmów: "Ne pzidas cum impiis, Deus, animam meam et cum viris sanguinum vitam meam... (Nie zatracaj z niezbożnymi, Boże, duszy mojej, a z mężami krwawymi żywota mego). Trwała okrutna wojna i w pogardzie było nasze życie w oczach mocarzy. O polityce mówiliśmy raczej fragmentarycznie, francuski kapłan już wtedy próbował mi wyjaśnić, że tylko modlitwą i dobrocią będziemy w stanie zwyciężyć zło szalejące na frontach... Oczywiście, nie wszystko docierało do mojej świadomości. Mijały miesiące, a w naszych kontaktach powstało coś w rodzaju intymnej duchowej wysepki, której skarby były jedynie naszym udziałem.

Pewnego razu zwierzyłem się swoim gospodarzom niemieckim, że w grupie jeńców francuskich pracuje kapłan. Gospodyni obiecała, że przy sposobności upiecze ciasto (Cuckerkucheń) i będę mógł poczęstować swojego francuskiego przyjaciela. Wkrótce ta okazja się nadarzyła i udając się z moim "Maxem" do pracy, niosłem w zawiniątku spory kawał smacznego ciasta. Mój przyjaciel serdecznie podziękował za dar, ale przy najbliższym śniadaniu położył zdobycz na stole, podzielił, jak umiał, na drobne... i tak zakończyło się to przygodne ucztowanie. Dla człowieka nie znającego atmosfery wojny i niewoli epizod ten może nie posiadać właściwej wymowy, ale dla nas stale zagrożonych taki czyn podniósł świadczącego pomoc bliźnim - do rangi herosa.

Któregoś dnia mój duchowny przyjaciel oznajmił, iż wkrótce zostanie przeniesiony do obozu zbiorowego, gdzie będzie pełnił służbę kapłańską. Wiadomość tę przyjąłem z mieszanymi uczuciami, ale wiedziałem, że ta służba to jego życie i jego droga. W dzień poprzedzający jego odjazd przyszedł do mnie, wolny już od zwykłych obowiązków, aby wymienić pożegnalny uścisk dłoni. Na chwilę zaległa między nami wymowna cisza; wiedzieliśmy, że rozstajemy się na zawsze... Pierwszy przerwał ciszę ksiądz kapelan:

"Vale mi arnice..." (Żegnaj, mój przyjacielu), a kreśląc nad moją pochyloną głową znak krzyża wypowiedział wolno i ciepło: "Angelus tuus te custodiat..." (Niech twój anioł cię strzeże).

"Amen - odpowiedziałem - et te etiam" (i ciebie również).

Przyjmując to błogosławieństwo kapłańskie w twardych dniach niewoli stałem się bogatszy w poczuciu przynależności do wielkiej wspólnoty w Jezusie Chrystusie, Panu naszym. Od tej chwili w każdej modlitwie wieczornej powierzałem cząstkę rozmowy z Bogiem mojemu kapłanowi wojennemu, który nakazywał mi miłować nawet nieprzyjaciół.

Dr Stanisław Szymański
1) Miejscowość położona w regionie Harzu (Turyngia)


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. IreneuszaModlitwa do św. Ireneusza

Litania do św. IreneuszaLitania do św. Ireneusza

Ksiądz Bosko pamiętał o najbardziej zagrożonychKsiądz Bosko pamiętał o najbardziej zagrożonych

Dlaczego litować się nad kimś, kto nie miał litości?Dlaczego litować się nad kimś, kto nie miał litości?

Czy pierwsze przykazanie nie obowiązuje jeśli w kościołach są obrazy i rzeźby Jezusa, Maryi czy świętych?Czy pierwsze przykazanie nie obowiązuje jeśli w kościołach są obrazy i rzeźby Jezusa, Maryi czy świętych?

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej