Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Anioł śmierci ją zabrał, ażeby zanieść przed Oblicze Pańskie

Najmłodszym zesłańcom lat czterdziestych,
których prochy spoczywają w różnych republikach b. ZSRR

ELŻUNIA

Felczer wezwany do chorego dziecka stwierdził zapalenie opon mózgowych. Patrzyłam na niego z przerażeniem, nie pojmując co mówi. Powtórzył diagnozę i zaraz dodał:

- To choroba bardzo ciężka, nieuleczalna. Nawet gdyby mała jakimś cudem przeżyła, zostaną obciążenia na całe życie. Bywają różne komplikacje, które trudno w tej chwili przewidzieć. Ciężkie to dla was do przyjęcia, ale lepiej, żeby "diewocz- ka" nie przeżyła, bo dla niej i dla was byłoby to nieszczęściem. Ja nie jestem w stanie jej nic pomóc. Sami wiecie czym rozporządzam. Nie pierwszy raz zwracacie się do mnie po poradę. Już leczyłem wasze dzieci.

Felczer był człowiekiem uczciwym, solidnym, dobrym. Nie był w rzeczywistości tak surowy, jakby się na pozór wydawało. Tyle, że miał zwyczaj mówienia prawdy pacjentom, bez względu na to, jak oni to przyjmą. Taki też był teraz w stosunku do mnie.


Coś tam mówił jeszcze o zastrzykach, o których nie ma co nawet marzyć. Wątpił, czy w samym Archangielsku można by je dostać. Teraz wszystko idzie "dla fronta" - mówił.

Nie słuchałam już dalej. Rozumiałam tylko jedno: sytuacja beznadziejna, nie ma najmniejszej szansy na przeżycie dziecka. Cóż może liczyć się poza tym...

I tu zaczął się prawdziwy dramat. Trzeba było patrzeć bezsilnie na umierające dziecko, nie mogąc mu udzielić najmniejszej pomocy. To było najboleśniejsze, straszne...

Początkowo wmawiałam w siebie, że może felczer się myli i ten jego wyrok nie jest ostateczny. Było to jednak oszukiwanie samego siebie. W rozpoznaniu nie było żadnej omyłki, postawienie diagnozy bezbłędne. Nic nie może odwrócić zbliżającej się katastrofy. Trzeba pogodzić się z wolą Bożą i oczekiwać nieuchronnego końca.

Z powodu zimna w izbie i braku pościeli spaliśmy we czwórkę na jednej pryczy. Oprócz małej Elżuni, obok niej dwaj bracia, niewiele starsi od niej.

Nagle, wśród ciszy nocnej odezwał się słaby głosik:

- Gdzie moja babcia? Nie widzę babci! - To wnuczka poszukiwała babci.

Zerwała się ze swego posłania babcia, chwyciła na ręce dziecko, przemawiając najczulej jak mogła i umiała:

- Jestem przy tobie, królewno moja! Zawsze byłam! Dziecino moja najdroższa! Oprócz ciebie nic nie mam na tym świecie!

- Babciu, ale gdzie jesteś, skoro cię nie widzę? Dlaczego nie mogę cię zobaczyć?...

Po małej przerwie znowu:

- Gdzie moja babcia? Nie widzę babci!...

I tak przez całą noc do rana.

Dopiero za dnia zobaczyliśmy, że Elżunia ma oczy szeroko otwarte, lecz nic nie widzi. To był powód, że nie zobaczyła już nigdy babci.

Wyć się chciało z rozpaczy i bezsilności.

- Boże! Czy to prawda? Czy tak być musi, że ja przeżyję swoją wnuczkę? Gdy ona umrze, pójdę do rzeki i chyba się utopię. Niech będzie razem z nią i mój koniec...

Po małej przerwie babcia usłyszała słowa skierowane wyłącznie do niej:

- Babcia się nie utopi, bo rzeka zamarzła.

Pamiętała, że jest zima i lód na rzece.

Tu już bez żadnego opamiętania zaczęłyśmy z babcią szlochać i zawodzić...

W śmiertelnej ciszy upłynęło około dwóch dni. Niespodziewanie, znowu dał się słyszeć cichy, proszący głosik:

- Ja chcę jeść! Chcę mięska! Chcę mięska!...

Było to ostatnie wołanie w jej życiu. Ostatni raz usłyszany głos mojego dziecka.

Od tego czasu mała Elżunia leżała cichutko, jakby jej już nie było wśród nas. Bez żadnej skargi, jęku, płaczu czy grymaszenia.

Postanowiłam zdobyć, choćby ukraść - jeżeli by się dało - kawałek mięsa. Ale gdzie?

Znalazłam na posiołku rodzinę miejscowych ludzi, zesłańców sowieckich z lat trzydziestych. Uchodzili za bogatych na tamte czasy. Byli posiadaczami krowy i kozy, co stanowiło wielki majątek. Mieszkali prymitywnie, jak wszyscy, ale byli syci. Odżywiali się dobrze. W każdym razie, ze stołówki nie musieli korzystać. Do nich udam się z prośbą - postanowiłam.

Wczesnym rankiem poszłam do ich domu. Gospodarze już nie spali. Drzwi od wewnątrz nie były zamknięte, widocznie mieli zamiar wstawać. Stanęłam w progu zaskoczona niezwykłym widokiem. Na samym środku izby, wprost na podłodze, usłane było puchate łoże. Wśród poduszek i atłasowych kołder, w markizetach i koronkach spoczywali małżonkowie. "Wymiana handlowa" z zesłańcami polskimi umożliwiła im nabywanie za bezcen często bardzo wartościowych rzeczy. Za zdobycie czegoś do jedzenia nasi ludzie wyzbywali się wszystkiego, do ostatniej koszuli. Z tego to źródła pochodziła tak luksusowa pościel.

Na skrzyp otwieranych drzwi wyjrzała z piernatów i koronek rozczochrana głowa. Usłyszałam pytanie:

- Czego chcecie? Poczemu tak rano?

- Wybaczcie za najście. Przyszłam prosić o malutki kawałek mięsa dla umierającego dziecka. Błagam was! Jeżeli macie, nie odmawiajcie! Pokornie was o to proszę.

Jednak odmówili twierdząc, że nie mają (nie było to prawdą, bo gdy ich spotkałam już po pogrzebie, tłumaczyli się, że nie wierzyli w chorobę sądząc, iż w ten sposób wyłudzam coś do jedzenia; teraz jest im ogromnie przykro i żałują, że tak postąpili).

Postanowiłam iść gdzieś dalej. Do najbliższej stacji Chołmogorskaja było około trzynastu kilometrów. Tak, ale trzeba przecież mieć coś na wymianę. Wszystko co się dało sprzedać, już zostało wcześniej wyniesione z domu. W tym momencie spojrzałam na rękę z obrączką. - Może za nią dadzą kawałek mięsa?

Bez zwłoki wybrałam się w drogę. Idąc wydeptaną drożyną przez zaśnieżony las myślałam, co zastanę po powrocie. Nie opuszczał mnie lęk. Pod wieczór dotarłam do stacji. Po kilku nieudanych próbach z mieszkańcami osiedla, trafiłam do domu samotnej kobiety. Skierowali mnie do niej jej sąsiedzi zaznaczając, że pracuje w stołówce, więc ma możliwość kupna. Na szczęście była w domu.

- Izwinitie (przepraszam), że was niepokoję. Chcę zdobyć dla chorego dziecka kawałeczek mięsa, o które mnie bardzo prosiło przed moim odejściem z domu. Nie mam jednak już nic na sprzedaż, oprócz tej oto obrączki.

Spojrzała na moją rękę. Dostrzegłam w jej oczach błysk zainteresowania.

- Wot widzicie, moja córka wychodzi za mąż. Ja chcę jej kupić "kolco", ale nie takie prosto z magazynu (sklepu). Takich to ja mogę dostać "skolo ugodno". Mnie potrzebne "kolco" ważne, poświęcone, wieńczatielnoje, w którym już ktoś brał ślub.

Takie było rozumowanie i wymagania sowieckiej kobiety, choć wychowanej w ateistycznym kraju. Jakiś osobliwy respekt dla świętości, chociaż w tak szczególny sposób wyrażony, gdzieś tam, w głębi duszy, miał jeszcze swoje miejsce.

- Co prawda ślub brałam w katolickim kościele, nie w cerkwi, ale zaręczam was, że "kolco" jest ślubne, poświęcone, a zatem odpowiada także waszym duchowym potrzebom. Załatwiajmy więc sprawę, jest mi bardzo spieszno do dziecka.

- Dobrze, kupuję, ale zamiast mięsa mogę dać ryby. Mam także krowę na ocieleniu. Gdy będę miała mleko, to przyjdźcie. Co robić? Przecież nie mogę wracać do domu z pustymi rękoma. Drżącą ręką zaczęłam zsuwać z palca obrączkę. Jedynie Bóg świadkiem, jak mi było ciężko w tym momencie.


- Wiedzcie, że u nas obrączek ślubnych się nie sprzedaje. Zrozumcie jednak: matką przecież jesteście, mam chore dziecko, które prosi o jedzenie. Nie mogę mu odmówić, a nic więcej nie posiadam.

Nie wiem, czy pojęła co mówiłam. Myślę, że niezupełnie. Dla niej była to raczej zwykła wymiana handlowa. Za obrączkę otrzymałam kilka niedużych ryb, kilka główek cebuli i kawałek cukru (cukier tam był w "głowach", które rąbano na kawałki).

Tymczasem nadeszła noc. W tym klimacie, między drugą a trzecią zaczyna się ściemniać. Trzeba było jednak przenocować. Gospodyni wskazała mi miejsce na piecu. Po bezsennej, niespokojnej nocy, wczesnym rankiem wyruszyłam w drogę powrotną. Mróz był siarczysty. Las stał cicho, nieporuszony najmniejszym powiewem wiatru, przywalony nieskalaną, śnieżną bielą. Wprawiało to w jeszcze większą zadumę i żałość. W miarę zbliżania się do posiołka wzrastała obawa i jak najgorsze przeczucia.

Wreszcie skończył się las. Ukazała się olbrzymia polana, już widać osiedle. Ze dwadzieścia baraków rozrzuconych wzdłuż drogi, z komendanturą NKWD pośrodku. Nie widać nigdzie żywej duszy. Jest bardzo mroźno, wszyscy gnieżdżą się po domach. Na pozór cisza i spokój wokoło. Gdyby jednak zajrzeć do wnętrza domów, okazałoby się, że nie ma ani jednej rodziny bez tragedii, nieszczęścia i łez.

Dobrnęłam wreszcie do swojego baraku. Zaraz od progu dał się odczuć grobowy, milczący nastrój. Spojrzałam na leżące nieruchomo dziecko, a potem na pozostałych domowników. Bez pytania usłyszałam:

- Już jej nic nie potrzeba. Już nigdy o nic nie poprosi. Nastąpił całkowity paraliż. Nie włada rączkami, nie mówi... - szeptała łkając babcia.

Pochyliłam się nad małą Elżunią, która leżała z zamkniętymi oczyma, na nic nie reagując. Jakby już nie należała do tego świata. Tylko serduszko łomotało w niej jak oszalałe, nie chcąc się poddać.

Nazajutrz wieczorem nastąpiła zmiana, całkowite pogorszenie. Patrzyłam na umęczone, małe ciałko leżące ciągle nieruchomo. Nagle zauważyłam poruszenie. Drobna postać jakby wyciągnęła się, zesztywniała... - Zrozumiałam. Odchodzi ostatecznie...

Z piersi mojej wydobył się straszny, rozdzierający, nieludzki krzyk. Złapałam dziecko na ręce i zaczęłam miotać się z nim po izbie jak oszalała...

Na ten krzyk, moja najmilsza Elżunia otworzyła oczy, spojrzała przytomnie swoim dawnym, kochającym wzrokiem, z wyrazem przebudzenia z głębokiego snu, jakby zdziwiona, po czym swoimi bezwładnymi ostatnio rączkami zaczęła mnie od siebie piąstkami odpychać.

Natychmiast ochłonęłam. Przyjęłam to jako znak, ażeby jej więcej nie przeszkadzać i pozwolić spokojnie umrzeć. Ponownie wyprężyło się jej ciałko i tak już pozostało...

Stało się to wieczorem 19 grudnia 1941 r. Anioł śmierci zabrał ją, ażeby zanieść przed Oblicze Pańskie. Przez swoje króciuteńkie życie jakby przeleciała, przemknęła obok, nikomu nie zawadzając. Już nie zazna chłodu ni głodu. Nie dosięgną jej ukazy i prikazy NKWD, ani żadne "Wierchowne Sowiety".

Byłam u kresu sił, na granicy wytrzymałości psychicznej, w momencie rozstania. W tej najcięższej chwili mego życia chyba Matka Bolesna, Ta spod Krzyża Chrystusowego, przyszła mi z pomocą. Na moją duszę udręczoną spłynął niespodziewanie kamienny spokój, który nie opuszczał mnie aż do złożenia trumienki do grobu.

Było zbyt późno, by załatwić formalności w komendanturze NKWD. Przenocujemy więc jeszcze tę noc ostatnią razem. Położyłam się w środku, ażeby przegrodzić swoim ciałem śpiących chłopców od zmarłej Elżuni. Przykryliśmy się jedyną posiadaną kołdrą. Lecz co to był za sen?...

Mając przy sobie zmarłe dziecko czułam, jak w miarę upływu czasu ciałko staje się coraz chłodniejsze, a nad ranem było już lodowate. Z powodu tego przejmującego zimna, które szło od martwego dziecka, zmuszona byłam wstać. Spokój nie opuszczał mnie nadal. Wszystkie wymagane czynności wykonywałam jak automat, także i to, co zostało mi podpowiedziane. Nie wiem kto ze mną załatwiał formalności u komendanta, ani kto pomagał w innych sprawach związanych z pogrzebem. W pobliżu posiołka, na wysokim wzgórzu, było miejsce wyznaczone na cmentarz. Ib, między pniami ściętych drzew chowano zmarłych. Ostatnio - wyłącznie Polaków. Komendant NKWD Ogarkow nie zabraniał wykonywania trumien. Tolerował też stawianie krzyży na mogiłach.

Mała Dąbrówka Elżbieta Majdańska, jedna z najmłodszych zesłańców, została złożona na wieczny spoczynek obok swego dziadka, zmarłego w listopadzie poprzedniego roku.

W dniu deportacji, 10 lutego 1940 r., liczyła jedenaście miesięcy. W dniu śmierci - dwa lata i dziewięć miesięcy.

 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej