Podaj mi dłoń...Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze byłem łobuzem, chuliganem, głupkiem, chamem. W domu, w przedszkolu, w szkole, na ulicy. To było normalne. Dziwiłem się tylko, dlaczego siedzące obok piaskownicy kobiety mówiły do bawiących się razem ze mną dzieci "kotku, misiaczku, słoneczko". Jak kotek, to powinno ciągnąć się go za ogon - myślałem i łap takiego kotka za rudy warkoczyk. Ty łobuzie - krzyczała rozjuszona mama do wtóru wrzeszczącej córki - niech tylko spotkam twoją matkę. W domu obrywałem za to samo po raz drugi, tylko słowa były jeszcze mocniejsze. A kiedy stary budził się na kacu, wciśnięty za szafę wysłuchiwałem litanię imion mojej matki, siostry, całej rodziny. W szkole - szkoda mówić. Bili mnie, biłem ja. Kopali, więc i ja kopałem. Obrażali za wszystko. Za brudną szyję, cieknący nos i niedomyte uszy. Najwięcej obrywałem w szkole, od "kochanej" pani wychowawczyni. Kochane dzieci - zaczynała - Jurek znowu ma brudne paznokcie, a fe- krzywiła z obrzydzeniem umalowane usta - łazienki w domu nie ma czy co? - On ma łazienkę z chińskimi kafelkami i mercedesa, tylko trzymają go u wujka na wsi, żeby tutaj złodzieje nie ukradli - wrzeszczał na taką okazję lizusek Marcinek. A to kłamczuch - twarz kochanej pani czerwieniała z każdą chwilą - Jurek, to chamstwo tak okłamywać kolegów. Przecież pani nigdy u mnie nie była - odpierałem ataki. Bezczelny - padała kontra. Miała rację. Okłamywałem kolegów, co miałem im powiedzieć, że w łazience ojciec urządził warsztat szewski i jeśli jest trzeźwy, reperuje stare buty wyszukiwane w śmietnikach. Te ohydne buty musiałem w niedzielę sprzedawać na placu.Mijały lata, "kochane" panie zmieniały się razem z moimi klasowymi kolegami. Z kolejnym nowym rokiem przerastałem piątoklasistów już o trzy lata. Nie miałem imienia, za to moje nazwisko straszyło. Kolejny nowy rok szkolny. Znowu nowi koledzy, nowa wychowawczyni. Obserwowałem ją uważnie, tak jak jej poprzedniczki rozejrzała się po klasie. Przyczaiłem się, już ja ci odpalę - postanowiłem. Jurek, pomóż mi - powiedziała - powiesimy firanki w klasie. Cisza! Rozejrzałem się, który z tych małych łebków ma na imię Jurek, pożałuje tego. To jest tylko moje imię. Wtedy pani podeszła do mnie i patrząc tak jakoś normalnie powiedziała - Przez ten hałas pewnie nie usłyszałeś mojej prośby. Słyszę - burknąłem - ale nie jestem służącym. Szkoda - usłyszałem. Zrobiło mi się głupio, po raz pierwszy nie wiedziałem co odpowiedzieć. Kopnąłem z całej siły w krzesło, maluchy pozieleniały ze strachu. Jurek - odezwała się pani cicho - zostań po lekcji, chce z tobą porozmawiać. Znałem te rozmowy, musze się dobrze przygotować. Nie słuchałem, jak całą godzinę truła o jakiejś przyjaźni, mam to gdzieś. Zwieję - postanowiłem. Czekała na mnie przy głównej bramie (skąd wiedziała, że nie pójdę do szatni?). - Idziemy w tę samą stronę, nie było okazji porozmawiać w klasie, więc powiem ci teraz, o co chodzi. Potrzebuję silnego chłopca do pomocy na wycieczce, jeśli chcesz, przyjdź do szkoły w sobotę o dziesiątej, zabierz na wszelki wypadek kurtkę i koniecznie powiedz mamie, dokąd idziesz. - Moją mamę to nic nie obchodzi - odparłem wbrew sobie. W sobotę od samego rana wmawiałem sobie, że mnie to nic nie obchodzi i nie mam zamiaru iść do szkoły. Stary jak zwykle zwlókł się z wyrka i wrzasnął - Jeszcze tu jesteś, gamoniu, marsz na plac. Muszę iść do szkoły - nauczycielka kazała. Przed szkołą spotkałem grupę jakiś połamańców. O, Jurek - zawołała pani - powierzam ci na dzisiejszej wycieczce Zbyszka, jesteście w tym samym wieku. Umiesz jeździć na rowerze? Jasne - odparłem. - To poradzisz sobie z wózkiem. Już ja go przewiozę - postanowiłem - szybciej nauczy się fruwać. Służącego ze mnie zrobiła. Dorwałem się do tego głupiego wózka, pcham, a ten ani drgnie, co jest? Chłopak siedzący na wózku coś powiedział, ale nie zrozumiałem. Zostaliśmy na końcu, a ja jeszcze nie ruszyłem z miejsca.to się rusza - wrzasnąłem. Chłopak znów coś powiedział. Co mówisz? Odblokuj koło - wyseplenił wreszcie. Gdzie? Białą rączką. Uporałem się z tym głupim kołem. Ruszamy. Ciężko, kółka rozjeżdżają się na boki, a wycieczka daleko w przedzie. Na skrzyżowaniu zaczekali, na szczęście do parku nie było daleko. Zostawię ich tam i wracam - postanowiłem. Chłopak znowu coś zaczął mówić - Dziękuję ci, że przyszedłeś, pani powiedziała mamie, że dzisiaj przyjdzie silny chłopak, dlatego przywiozła mnie do szkoły, ja też kiedyś chodziłem. To dlaczego nie chodzisz - zapytałem. Jestem chory, niedługo umrę, ale nie mów o tym mojej mamie, ona bardzo się martwi. Zaniemówiłem ze strachu, a chłopak ciągnął dalej. Chciałbym mieć przyjaciela, jak jeszcze chodziłem do szkoły, to miałem kolegów, a teraz jestem sam. Tego już za wiele - pomyślałem - nie chcę być przyjacielem takiego łamagi, co by sobie o mnie pomyśleli chłopaki z osiedla. Po kilku godzinach wróciliśmy z tej dziwnej wycieczki, objadłem się kiełbasy z ogniska, opiłem sokami, dobra jest, opłaciło się i prowadzenie wózka nie było już takie trudne. Nigdy tam nie pójdę - postanowiłem. Mijały tygodnie, w szkole ciągle ktoś mnie ścigał, tylko nasza pani nigdy na mnie nie krzyczała. Przez nią musiałem wciąż kogoś przepraszać, coś naprawiać, sprzątać. Miałem tego dosyć, wymyślałem coraz większe draki. Kiedyś powiedziała mi: tak mi zależy na tobie, a ty ranisz mi serce. Nie wiem co mi się stało, ale rozryczałem się jak małe dziecko. Dała mi swoją chusteczkę. Smarkałem głośno, a ona truła. Musisz uwierzyć, że jesteś dobry, przyjdź w sobotę, pomożesz chorym kolegom. Przyszedłem znowu, w sali oprócz niepełnosprawnych zobaczyłem małolatów z klasy. Podeszła do mnie dziewczynka z dziwną twarzą i powiedziała - kocham cię - już chciałem jej odwinąć, kiedy chłopak z taką samą twarzą dal mi obrazek, mówiąc - narysowałem dla ciebie. Nikt się nie śmiał, a pani powiedziała - Zbyszek ciągle na ciebie czeka, imponuje mu to, że jesteś taki silny. Minęły cztery lata. Miałem już przyjaciół, najwięcej z klubu dla niepełnosprawnych, na lekcjach przestali się mnie czepiać, a upragnione ukończenie szkoły stało się realne. Zaprzyjaźniłem się ze Zbyszkiem, ale tylko na spotkaniach w szkole, w domu nie miałem odwagi go odwiedzać. Potem przestał przychodzić. Umarł, byliśmy z całą klasą na pogrzebie, było mi smutno, ale byłem dumny. Niosłem wieniec od całej grupy, tak zagłosowali w klasie. trzy dni skończę osiemnaście lat, w ręce trzymam świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, nie chce mi się wracać do domu, siedzę na ławce przed szkołą i myślę - Jedenaście lat przychodziłem w te mury, tak bardzo chciałem stąd uciec, a teraz mi żal. Od września idę do "zawodówki", bo pani przekonała matkę, że muszę się uczyć. Pewnie poznam nowych kumpli, tylko że będą ode mnie młodsi. Co tam, nieważne jacy będą, najważniejsze jest nie być samotnym w tłumie, jak mawiała wychowawczyni. Kumple, których kiedyś miałem, moi rówieśnicy, dawno już zmienili adresy. Zenek i Rysiek są w poprawczaku, a Czarek siedzi w kiciu. Teraz wiem, że gdybym nie pojechał z niepełnosprawnymi na dwa dni do Zakopca, to pewnie namówiliby mnie na ten skok. Czuję, że czegoś jeszcze nie załatwiłem do końca. Jasne, muszę wrócić. O - zdziwiła się na mój widok - zapomniałeś czegoś, Jurek. - Zapomniałem! pani Renato, uwierzyłem, że mogę być dobry. Dziękuję! JUREK
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |