Matka boleści zwyciężyła - smok pokonanyOto historia Martyny Wang Zhu, lat 91, matki dziewięciorga dzieci. Kobieta to wyjątkowa. Swą niezłomną wiarą była podporą i zachętą dla swoich siedmiu synów, skazanych na więzienie i prace przymusowe za to tylko, że byli katolikami wiernymi Kościołowi rzymskiemu. Umiała przyjąć z macierzyńską miłością cierpienia i wyrzeczenia.W Quinopu, około 40 km od Szanghaju, żyli Zhu, gorliwi chrześcijanie. W okolicy było nawet miasteczko Zhuxiang, które wzięło swą nazwę od jego mieszkańców, gdyż wszyscy wywodzili się z jednego rodu - Zhu, o starej tradycji chrześcijańskiej. Zhuxiang dało Kościołowi, według spisu z 1930 r., setki kapłanów, zakonników i zakonnic. Stanisław Zhu Zuoting, sodalis i członek Akcji Katolickiej, każdego dnia uczęszczał wytrwale na Mszę Św., a w niedzielę, gdy brakowało kapłana, przewodził modlitwie wiernych i uczył katechizmu. Poślubiwszy Martynę Wang, wprowadził ją w rodzinę Zhu. W 1913 r. urodził się Franciszek, pierworodny, który został kapłanem jezuitą i umarł w więzieniu 28 grudnia 1983 r., potem przyszli Wawrzyniec i Michał - ten drugi stał się też kapłanem jezuickim - z kolei Paweł, apostoł świecki, który spędził 30 lat w więzieniu i w obozach pracy, i Józef, aresztowany w seminarium i trzymany 30 lat w więzieniu i obozie pracy. Jedyne dziecko płci żeńskiej, Franciszka, żyła krótko: umarła w 1944 r. mając 11 lat. Pozostali synowie, wszyscy z powołaniem do kapłaństwa, zostali aresztowani, gdy przebywali w seminarium, w 1955 r. i skazani: Mateusz - na 27 lat, Ignacy - na 24 lata, Alojzy - na 20 lat więzienia i obozu pracy. Stanisław umarł w 1942 r. na dur brzuszny, kiedy w Chinach warunki życia były szczególnie ciężkie: toczyła się "wojna japońska" (zaczęta w 1937 r. zajęciem Mandżurii przez Japonię). Choć Martyna została sama z 5 najmłodszymi synami (wkrótce po ojcu zmarła Franciszka), nie zgodziła się, by powrócił z seminarium, nawet czasowo, jeden ze starszych synów, dla pomagania rodzinie. Na propozycję Franciszka odpowiedziała: "Zostaliście poświęceni Panu Bogu, więc nie powinniście się cofać. Dalej studiujcie spokojnie. Opatrzność zatroszczy się o nas". Kobieta bardziej zabiegała o wychowanie chrześcijańskie synów niż o dobrobyt materialny. Przyzwyczajała ich do chodzenia w niedziele na Mszę św. i do codziennego odmawiania różańca. Pracowała ciężko, by zarobić na to co konieczne dla licznej rodziny, ale nigdy nie opuściła modlitwy. Kiedy komuniści zaczęli prześladować chrześcijan w Szanghaju, pani Wang powiedziała synom: "Pamiętajcie: Kościół jest naszą matką. Jesteśmy katolikami. Nigdy nie wolno nam zaprzeć się wiary ani zgodzić się na jakiekolwiek odłączenie od Ojca Świętego". W 1953 r. został aresztowany pierwszy syn, Franciszek, a wkrótce po nim dwaj następni, którzy przebywali w seminarium; nie wiadomo było, dokąd zostali wywiezieni. Jak cała młodzież, również synowie Martyny musieli uczęszczać na lekcje uświadomienia politycznego, na których zmuszano ich, by oskarżali księży i Kościół. Ale właśnie wtedy najmłodszy, zaledwie ukończył szkołę wyższą, poprosił matkę, by mu pozwoliła wstąpić do seminarium. Za nim poszli inni. Rektorowi, który dziękował Martynie za wspaniałomyślność, powiedziała: "Nie ja jestem wspaniałomyślna wobec Boga, ale Bóg okazał się wspaniałomyślny wobec naszej rodziny, wybierając sześciu moich synów na swoją służbę. Jestem głęboko wdzięczna Kościołowi i seminarium, że zostali przyjęci". Gdy prześladowanie Kościoła zaczęło się nasilać, naciskano na Martynę, by wpłynęła na zmianę postawy synów, ale ona wciąż dodawała im odwagi i służyła im przykładną konsekwencją chrześcijańską. Twardo odpowiedziała członkom "Stowarzyszenia Patriotycznego", które usiłowało doprowadzić ją do zdrady wiary: "Przykro mi, ale nie rozumiem waszego punktu widzenia. Wiem tylko, że być katolikiem to znaczy należeć do Kościoła w jedności z Ojcem Świętym, który jest jego widzialnym kierownikiem. Nasza rodzina nigdy nie przystanie do "Stowarzyszenia Patriotycznego". W waszych oczach może to się wydawać zbrodnią, ale na pewno nie w oczach Pana Boga". W owym okresie w Chinach katolicy gorzej byli traktowani niż pospolici zbrodniarze: aresztowano ich i więziono przez długie lata po uprzednim uciążliwym procesie. Kto pozostawał na wolności, był pozbawiony wszelkich praw. Był pod ciągłą kontrolą, wyszydzany i znieważany publicznie jako "wróg, ojczyzny i sprzymierzeniec kapitalistów zagranicznych". Majątek katolików konfiskowano na rzecz tych, co ustąpili reżimowi. Również pani Wang została pozbawiona własnego domu z powodu swej postawy "wrogiej" względem partii komunistycznej. Zamknięta w jednym pokoju, pilnowana jak więzień, nie załamała się na duchu i wciąż pomagała synom, którzy w 1955 r. zostali wysłani do obozów pracy. Choć nie miała silnego zdrowia (była mocno zgarbiona i słabo widziała), Martyna oszczędzała na swojej racji ryżu, by wysyłać paczki do synów; pracowała dniem i nocą, by uszyć im ubrania z bawełny i uchronić przed reumatyzmem i artretyzmem (w więzieniu spało się na ziemi). Niełatwo było przygotować odzienie dla 7 synów, ale jeszcze trudniej było dostarczyć im paczki. Więźniowie byli pozbawieni wszystkiego (mydła, pasty do zębów, papieru toaletowego...) i tylko od krewnych mogli otrzymywać rzeczy pierwszej konieczności. Bracia Zhu byli w różnych obozach, z dala od siebie, i matka musiała odbywać długie podróże, by zobaczyć ich bodaj przez kilka minut i okazać im swoje serce. Choć była w podeszłym wieku, Martyna nie korzystała ze środków transportu: długie trasy odbywała pieszo, by oszczędzić pieniędzy na potrzeby 7 synów pozbawionych wolności z powodu wiary. Czekała cierpliwie, latem i zimą, przed więzieniem, aż strażnicy wywołają jej imię. Ta kalwaria powtarzała się dla Martyny 6-7 razy na miesiąc w różnych miejscach, ale tych kilka chwil, jakie spędzała z synami, sprawiały jej ogromną radość. Czasem oczekiwanie było daremne: władze odmawiały pozwolenia na spotkanie z synami za ich zdecydowany opór ideologii marksistowskiej, co uważano za wielkie przestępstwo. Anhui, Jiangxi, Hubei i Heilongjiang (na dalekiej zimnej północy przy granicy z Rosją) stały się etapami kalwarii biednej matki, która nieraz, wyczerpana, wołała: "O Boże, dokądże mam jeszcze nieść ten krzyż? Wszystko powierzam w Twoje ręce"... Mijały dni i lata cierpienia. W Szanghaju znano Martynę jako "matkę boleści", ale nigdy nie widziano jej smutnej: była dumna, że jej synowie cierpią za wiarę; uważała za przywilej każdy rodzaj prześladowania. W 1966 r. pani Zhu była przesłuchiwana przez gwardie czerwone 24 godziny bez przerwy. Powiedziała potem do jednego z synów: "Cierpienie i strach z tej okazji były nie do opisania. Tylko pewność, że mam duszę nieśmiertelną i że nie wolno mi zgrzeszyć, przeszkodziły mi popełnić samobójstwo". W 1973 r., po 20 latach rozłąki, miała radość uściskać syna Franciszka, który wrócił z gułagu na kilka dni. Więźniowie mogli faktycznie otrzymywać pozwolenie na odwiedziny rodzin lub dla leczenia się, ale władze odmawiały tego o. Franciszkowi mimo ciągłych błagań matki. Zdarzyło się, że i inni bracia otrzymali wtedy pozwolenie na powrót do domu ze swych obozów pracy: było to prawdziwe święto rodzinne. "Twój starszy brat - pisała matka do o. Michała, który był nieobecny - i twoi bracia młodsi wrócili wszyscy. Było to pierwsze zebranie rodzinne po przeszło 20 latach. Przez ostatnie 25 lat nie straciliśmy żadnego członka rodziny. Wszyscy cieszą się dobrym zdrowiem fizycznym i duchowym, mają też jasne rozeznanie umysłowe. Jesteśmy tak szczęśliwi i wdzięczni". Zebranie to było jedynie radością w nawiasie. Minęło 15 dni pozwolenia i bracia Zhu wrócili do swoich obozów pracy, zatroskani tylko o to, by zachować nieskażoną wiarę, będącą "najcenniejszym dziedzictwem rodziny Zhu", jedynym dobrem, dla którego byli gotowi poświęcić życie. Stara, prawie niewidoma, o chwiejnym kroku Martyna była punktem odniesienia dla swych synów, odważnym świadkiem rodziny Zhu. "Nie martwcie się o mnie - tak mówiła przy pożegnaniu - dzięki modlitwie całego Kościoła mogłam znieść tę próbę. Teraz jestem niewidoma, ale wiem, że kiedy pójdę do nieba, będę mogła widzieć rzeczy w całej prawdzie". Martyna znosiła odważnie braki materialne i cierpienia moralne; z wielką wiarą przyjęła wiadomość o śmierci syna o. Franciszka. Obecnie jej warunki życia poprawiły się, ale wciąż jest zatroskana o tych, co są w potrzebie i cierpią. Synom wciąż przypomina, że więcej radości doświadcza się dając niż otrzymując i że każdy chrześcijanin ma obwią- zek podtrzymywać z miłością braci, którzy cierpią. "Tajemnica Krzyża - twjerdzi Martyna - rozjaśnia życie wierzącego i daje mu siłę, by był prawdziwym świadkiem nawet w najtrudniejszych okolicznościach". Prześladowanie utwierdziło "dziedzictwo" rodziny Zhu: wiarę. Synom swoim mama Martyna darowała naprawdę życie, czuwając i troszcząc się, aby nikt nie zbłądził, wciąż zachęcając, by mężnie stawili czoło trudnościom, a jeśli to konieczne, byli gotowi na śmierć, byle nie zaprzeć się wiary w Papieża i Kościół. Luigina Barella
Tłum. z "Mondo e Missione" nr 8-9/1992.
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |