Spotkanie w TatrachDo wakacyjnej wyprawy w Tatry przygotowywaliśmy się przez całą zimę. Co wieczór czytałem moim dwóm synom historię zdobywania Himalajów a przy okazji uczyłem ich jak mają się zachowywać na szlaku. Góry przecież to nie deptak uzdrowiskowy, są piękne ale i groźne. Z ojcowskiej troski chyba trochę z tym przesadziłem. Dramatyczne opisy himalajskich zmagań, którymi sam pasjonowałem się od lat - niestety, tylko teoretycznie - rozbudziły chłopięcą wyobraźnię, z czego wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy. Szczególnie 10-letni wówczas Krzyś mówił dużo o górach, o "wspinaczce", o tym czego też nie pokażą we dwójkę z Rafałem starszym o 2 lata.Tatry nie zawiodły oczekiwań. Mieszkaliśmy tuż pod Giewontem, którego długi, skalny grzbiet zaglądał nam w okno a delikatna pąjęczynka krzyża na jego szczycie co rano wzywała do modlitwy. Gorączkowy nastrój chłopców wywołany piękną zerwą północnej ściany Giewontu udzielił się i mnie. Już w pierwszy dzień poszliśmy na spacer doliną Białego, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy z nastrojem gór i znakiem, że Tatry to taki największy kościół w Polsce. Myśl ta wpadła nam do głowy, gdy po przejściu dwojga skalnych wrót zamykających potok Biały zauważyliśmy na świerku miniaturową kapliczkę z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Było już późne popołudenie, pogoda nieszczególna więc byliśmy sami, co tym bardziej pomogło mam się skupić. Krzyś z powagą i zamaszyście nakreślił znak krzyża. - O co się modlimy? - zapytał. - O tych wszystkich, którzy są w górach - odpowiedziałem z powagą, bo to miejsce jakoś zmuszało do powagi. Oczywiście nie wytrwaliśmy w niej długo, byliśmy przecież na wakacjach. Chłopcy szybko szli naprzód, zapominając o zasadzie wolnego, rytmicznego kroku. Jeszcze się nauczą chodzić po górach - pomyślałem - jeszcze nie mają doświadczenia. Ten pierwszy spacer tylko zaostrzył "wspinaczkowe" apetyty chłopców, bo ja postanowiłem na żadne ekstrawagancje ani sobie, ani im nie pozwalać. Przez kilka dni chodziliśmy po pobliskich dolinach, wybraliśmy się ścieżką nad reglami z Doliny Strążyskiej do Kościeliskiej przez Małą Łąkę, poszliśmy na Kalatówki, gdzie nawiedziliśmy klasztor albertynek i samotniczą celę błogosławionego brata Alberta. Chodziło nam się dobrze, góry nie wydawały się groźne a "tata jak zwykle przesadził" zawyrokował Rafał i zażądał pójścia w wysokie góry. Pojechaliśmy więc nad Morskie Oko. Postanowiliśmy pójść na Szpiglasową Przełęcz. 2114 m - to już była wysokość, która satysfakcjonowała Rafąła, bo Krzyś jakoś dziwnie się nie odzywał. Brzeg jeziora przy schronisku był niemal cały zajęty przez hałaśliwą wycieczkę. Zjedliśmy więc szybko drugie śniadanie i weszliśmy na szlak - Rafał pierwszy, Krzyś jako najsłabszy drugi, ja zamykałem naszą wyprawę. Rafał był w wyśmienitym humorze - nareszcie wysokie góry - a ja nie psułem mu nastroju, choć przecież wiedziałem, że idziemy wprawdzie uciążliwym, ale łatwym szlakiem, nazwanym przez wytrawnych turystów pogardliwie "ceprostradą". I faktycznie jest to "ceprostrada", ale góry nigdy nie pozwalają na lekceważenie. Rafał zupełnie nie reagował na zwiększającą się wysokość, na kosówkę, która - jak żywa - spychała sprężystymi gałązkami ze ścieżki ani na miniaturowe potoczki przecinające drogę. Im wyżej, tym więcej powietrza - jak mówią taternicy i tó "powietrze" coraz bardziej działało na Krzysia. Ścieżka prowadzi zboczem Miedzianego, pod nogami widać było taflę Morskiego Oka i maleńkie figurki wycieczkowiczów. Gwar ludzkich głosów zastąpił swarliwy bełkot potoczków. Tuż nad nami piętrzyła się słynna wschodnia ściana Mnicha zwienczona spiczastyńi kapturem szczytu, jeszcze wyżej, na wprost nas potężny masyw Mięguszowieckich szczytów z największą w polskich Tatrach głębią, po drugiej stronie Morskiego Oka już widać było Czarny Staw w kotle Rysów. To wszystko było piękne i straszne zarazem, choć przecież na pozór nic nam nie groziło. Wyobraźnie jednak pracowały. Rafał trzymał się zuchowato - nie wypadało mu, jako starszbmu, okazywać niepokój, za to Krzyś zamilkł zupełnie. On, którego gadatliwość była słynna w całej rodzinie od ponad pół godziny, to jest od momentu jak wyszliśmy ponad kosówkę i pod nogami "było już bardzo dużo powietrza" - nie wypowiedział ani słowa. Wreszcie wysapał - odpocznijmy. Znajdowaliśmy się już niemal pod progiem Dolinki za Mnichem. Jeszcze jeden zakos ścieżki i doszlibyśmy do planowanego miejsca odpoczynku nad Mnichowymi Stawkami, jednak wystarczyło spojrzeć na pobladłą twarzyczkę Krzysia, by wiedzieć, że on musi odpocząć. Nie dlatego, że się zmęczył, ale... - Ja już dalej nie pójdę - wyznał. Z miejsca zepsuło to dobry humor Rafała a i mój także. Pogoda piękna, ścieżka łatwa, widoki przepiękne, sił nam nie brakuje a on nie chce iść. - Nie ma czego się bać - tłumaczył Rafał - nie bądź beksą! Lecz Krzyś nawet na tę zniewagę nie zareagował. On nie był beksą, po prostu góry go przytłoczyły, przerosły jego dziecięcą wyobraźnię a ja przypomniałem sobie historię z Himalajów, kiedy to znakomitym wspinaczom zdarzało się być obezwładnionym przez potęgę gór. - Trudno, wracamy - zdecydowałem. I wtedy nastąpiła najgorsza niespodzianka, bo Krzyś z mocą oświadczył - ale nie tą drogą, którą przyszliśmy! A innej drogi nie było. Siedliśmy. Co tu robić - zastanawiałem się w duchu, przecież nie zapakuję go do plecaka! I wtedy przypomniałem sobie to nasze pierwsze spotkanie w dolinie Białego i maleńką kapliczkę na świerku. - Czy wiecie - zapytałem -- że i tu jest krzyż? Stąd go nie widać, bo Szpiglasowy Wierch jest zasłonięty, ale ten krzyż, podobnie jak tamta kapliczka ma nam coś przypominać; pomódlmy się. - O co się będziemy modlić - zapytał Rafał. - O tych wszystkich, którzy są w górach - odpowiedziałem i zacząłem głośno: Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko... ... naszymi prośbami - podjął drżącym nieco głosem, Krzyś. ... nie racz gardzić - włączył się Rafał. ... w potrzebach naszych - chórem mówiliśmy dalej. Gdy zakończyliśmy znakiem krzyża spytałem: - A teraz pójdziesz? Teraz przecież już nie ja się tobą opiekuję, pójdziesz? - Pójdę - wyszeptał Krzyś ze spuszczoną głową - ale na dół - dodał szybko. Zeszliśmy bez żadnych problemów, chociaż Rafał kręcił nieco nosem. Mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu do odjazdu autobusu, wybraliśmy się więc na spacer wokół jeziora. I wtedy spotkaliśmy bardzo wesołego księdza. Wcale na księdza nie wyglądał w turystycznych butach i z plecakiem. Ucieszył się na nasz widok i z miejsca wręczył chłopcom ustanowione przez siebie samego "młodzieżowe odznaki turystyczne", którymi były maleńkie portreciki Ojca Świętego. To przecież też turysta - powiedział - Boży turysta - podkreślił. - Ale ja na przełęcz nie wszedłem, mnie się nie należy - wyszeptał Krzyś. - To jeszcze wejdziesz - wesoło odpowiedział fundator odznaki i wyjął z przepastnej kieszeni tabliczkę deficytowej, ale smacznej czekolady. * * * Wydarzyło się to przed trzema laty. Teraz Krzyś jest już sprawnym turystą. Poza Orlą Percią przeszliśmy razem wszystkie tatrzańskie graniówki turystyczne, tzn. szlaki wiodące grzbietami górskimi, byliśmy też dwukrotnie na Szpiglasowej Przełęczy już bez takich przygód, choć innych nie brakło. Gdy kończyłem te zapiski, usłyszałem przez radio słowa Ojca Świętego, który na zakończenie swoich górskich wakacji w Alpach włoskich powiedział dziennikarzom: "Wakacje są wtedy dobre, gdy wracamy z nich - jeśli tak można powiedzieć - troszeczkę dojrzalsi. Wakacje spędzone w górach są w pewnym sensie uprzywilejowane. Tutaj natura i góry są wymagające. Jeśli chcemy zdobyć jakiś szczyt, musimy się natrudzić. Dlatego też góry są bardziej wymagające, ale to ich wymaganie jest bardzo wychowawcze." JACEK PIKIEWICZ
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |