Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jeżeli jestem zjednoczony z Bogiem, to nie boję się


     Z ks. Mieczysławem Malińskim rozmowa o nadziei...

     Czym jest nadzieja? Albo inaczej: co to znaczy "mieć nadzieję"?

     Wiara, nadzieja i miłość - dla mnie - to jest to samo przeżycie egzystencjalne. Tylko w innym aspekcie jest ono nadzieją, w innym aspekcie jest ono wiarą i w innym aspekcie miłością. Ale wszystkie, te trzy aspekty, bazują na jednym przeżyciu egzystencjalnym, które się nazywa zjednoczenie z Bogiem. W zjednoczeniu z Bogiem znajduje się miłość, wiara i nadzieja. Z tym, że ja wolałbym od słowa "nadzieja" słowo "zaufanie". Ks. Jan Twardowski kiedyś napisał w swoich krótkich wierszach taki tekst: bo grzechy przeciwko nadziei są tak wielkie, jak przeciw miłości. To tak na marginesie tego faktu, że to jest wciąż ta sama jedna rzeczywistość. Rozwińmy ją w paru słowach.

     Tak mi brzmi w uszach jeszcze łkanie człowieka, który przyszedł do spowiedzi... Pusty kościół, półmrok, i to łkanie. Proszę księdza, ja się tak strasznie boję, ja się tak strasznie boję... Pytam się: Czego się boisz? - Śmierci, cierpienia, jutra, wszystkiego się boję. Mówię: trzeba się o coś zaczepić, żeby nie spadać wciąż, albo nie spaść w przepaść, trzeba się o coś zaczepić. Dla mnie osobiście takim "zaczepieniem się", najwyraźniejszym, najostrzej wyrażonym, jest tekst z Ewangelii świętej: Czyż dwóch wróbli nie sprzedają na rynku, a żaden z nich nie spadnie na ziemię bez woli Ojca waszego, który jest w niebiesiech? Drożsi wy jesteście, niż wiele wróbli. Jeżeli ja wierzę w Boga, to i mam do Niego zaufanie, to i ja Go kocham. To są trzy rzeczywistości - powtarzam - nierozerwalne. W zjednoczeniu z Bogiem ja nie tylko czuję Jego bliskość, ale mogę się o Niego oprzeć, mogę Mu zaufać, mogę wiedzieć, że jestem w Jego rękach, i bez Jego woli nic się nie stanie w moim życiu. Nie tylko nic dobrego, ale nic, co określam niejednokrotnie jako złe. W takim ujęciu nie ma słowa "złe wydarzenie" w moim życiu. Bo czy to jest choroba, czy to śmierć kogoś bliskiego, czy to jakaś strata, czy niepowodzenie, czy jakaś klęska, to jest wszystko darem Jego. To jest nie nieszczęściem, katastrofą, ale to jest Jego darem. Tak bardzo często powtarza się zarzut w rozmowach na ten temat z ludźmi: Jeżeli Bóg jest miłością, to dlaczego tyle cierpienia i nieszczęścia na ziemi? Właśnie dlatego, że Bóg jest miłością. Jeżeli nie przyjmiemy, że do cech konstytutywnych człowieczeństwa należy cierpienie, to nic nie rozumiemy z tego. Cierpienie jest na to, żeby nas wewnętrznie rozwinąć. Ono nas stawia pod ścianę, ono nas zmusza do wszystkiego: do przemyślenia, do mobilizacji, do szukania rozwiązań, do pomysłów, do inwencji, do najrozmaitszej formy naszej aktywności. To jest nie tylko cierpienie fizyczne, ale to również cierpienie duchowe: to krzywda, którą ktoś nam wyrządził, to rozlecenie się naszych planów, któreśmy układali starannie, wyzwolić w nas powinny twórczość. Mówię powinny, nie muszą, bo jesteśmy ludźmi, my możemy uciec spod ściany i powiedzieć "pas", ja nie, dziękuję, "Bóg zapłać", ja nie skaczę przez tę poprzeczkę, którą mi Pan Bóg ustawił, ja nie mam zamiaru czuć pistoletu na skroni, ja uciekam od tej sytuacji. Można i uciec, ale to nie jest odpowiedź. Bo jedynie trafną odpowiedzią jest staranie, aby sprostać. Każde cierpienie, każda krzywda, każdy ból, nie tylko fizyczny, ale przede wszystkim duchowy, moralny, powinien nas mobilizować do tego, aby dać z siebie wszystko, na co nas stać, aby sprostać. To nie jest tylko jakieś wydarzenie w naszym życiu, które mamy obowiązek biernie przyjąć. Ale ono musi być potraktowane jako zadanie do wykonania, jako zadnie, które Bóg nam stawia przed nami. Tylko tak potraktowane cierpienie jest rozumieniem ewangelicznym, w pełnym tego słowa znaczeniu, pełnym zaufania.

     Aby życie tak przejść, właśnie w takim duchu, nadzieja jest czymś niezbędnym. Jednocześnie doświadczenie uczy, jak często człowiekowi brakuje nadziei. W jaki sposób można się w niej ćwiczyć i ją umacniać?

     W modlitwie. W modlitwie jestem przed Bogiem obecnym i to jest wiara. W modlitwie jestem przed wspaniałym Bogiem i to jest miłość. W modlitwie jestem przed opiekuńczym Bogiem i to jest nadzieja. W modlitwie jestem przed Bogiem zachwycony - i to jest miłość. W modlitwie czuję Jego obecność - i to jest wiara. W modlitwie czuję Jego opiekę - i to jest ufność. Modlitwa. To nie tylko odmawianie "Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario". Ale ono ma nas prowadzić do kontemplacji, do przeżywania obecności Bożej przy mnie, ze mną, we mnie. Ja się jednoczę z Nim jako Duchem, który jest Pokojem, Ciszą, Miłością, który jest Wszechmocny, jest mi Ojcem, jest mi najbliższy na świecie.

     Niedawno spotkałem osobę, która przeżywała duże trudności. Mówiła: "ja się modlę, modlę się bardzo, ale coraz mniej jest we mnie siły, coraz mniej nadziei"...

     Zła modlitwa. Nie wiem, co ona rozumie pod słowem "modlitwa". Bo jeżeli modlitwa nie jest jednoczeniem się z Bogiem, to nie jest modlitwa. To można uzyskać bez słów, bez tekstów, bez czytań, bez rozważań - przeżyć fakt obecności Bożej, co jest istotą modlitwy mistycznej, kontemplatywnej - każdej prawdziwej modlitwy. Oczywiście to można robić w najrozmaitszy sposób. Można powtarzać "Ty, który jesteś Ciszą łąk, daj, bym i ja był ciszą. Ty, który jesteś Pokojem traw, daj, ażebym i ja był pokojem. Ty, który jesteś Jasnością dnia, daj, żebym i ja był jasnością". Można sobie powtarzać rozmaite teksty, które człowiek sam sobie wymyśli, albo nie powtarzać żadnych tekstów tylko, jak to się mówi popularnie, "stawiać się" w obecności Bożej.

     Św. Paweł przekonuje, że nadzieja i zaufanie pokładane w Bogu nigdy nas nie zawiedzie. "A nadzieja zawieść nie może..." - co jest więc fundamentem naszej nadziei?

     Akcent nie może być położony na słowie ..nadzieja", lecz na słowie "Bóg". Ja jestem zjednoczony z Bogiem. To znaczy, On jest moim fundamentem ufności, nadziei, zaufania. On jest tym, który jest wszechmocny, który trzyma w rękach nie tylko cały świat, ale mój świat, mnie samego, moje życie, moje egzystowanie. Dlatego zawieść nie może, bo Bóg nie może zawieść. Bóg nie zawodzi, to tylko my zawodzimy.

     Wydaje się, że od nadziei do taniego pocieszania jest niedaleka droga. Nie brakuje też osób, które mylą nadzieję z czymś, co nadzieją jeszcze - albo już - nie jest. Co możemy na ten temat powiedzieć?

     Do tego wciąż trzeba wracać. Aż zrozumiem, aż przekonam siebie, że jeżeli jestem zjednoczony z Bogiem, to nie boję się, to nie może być we mnie tego skowytu "ja się boję". Bo to jest nie tylko brak nadziei, ale i brak wiary i brak miłości. Bo to jest jednoznaczne: jeżeli jest brak ufności, to znaczy, że naprawdę nie wierzę. To znaczy, że we mnie nie ma ani wiary ani nie ma miłości. Bo nadzieja to jest zaufanie Temu, który mnie kocha, który jest wszechmocny, który prowadzi mnie przez życie. I nic więcej. To nie jest sprawa przekonań, tylko sprawa przeżycia. Jeżeli ktoś się nie potrafi zdobyć na to, to niech się modli, aby to mógł uczynić. Ale my mu nie potrafimy nic wmówić, zabezpieczyć, zagwarantować. Każdy człowiek sam musi się znaleźć w Bogu, który jest jedynym gwarantem jego życia.

     Może to kwestia samego tylko terminu, ale jest dosyć charakterystyczne, że we wszystkich zapisach ewangelicznych słowo "nadzieja" pojawia się tylko... dwa razy. Natomiast wielokrotnie Jezus używa słów "wiara" oraz "miłość". Czy z tego możemy wyprowadzić jakiś wniosek?

     To są terminy zamienne. Można powiedzieć: "wiara", można powiedzieć: "miłość". To są słowa zamienne i wcale nie upierałbym się, że ewangelista pisząc "nadzieja" nie miał na myśli "wiara", albo pisząc "wiara" nie miał na myśli "nadzieja".

     Jeśli mógłbym prosić o "słowo o nadziei", by budzić nadzieję w naszych Czytelnikach...

     ...że Bóg nas kocha. Bóg nas po prostu bardzo kocha i z miłości stworzył nas na to, abyśmy byli szczęśliwi. Abyśmy byli szczęśliwi tu na ziemi i żeby życie po śmierci, czyli niebo, było przedłużeniem naszego szczęścia tu na ziemi. Niebo jest na ziemi, albo nieba nie ma. Niebo jest na ziemi - potrafię stworzyć go na ziemi, albo go nie zdobędę wcale. Jeśli ja tu nie potrafię ufać, tu miłować, to jak ja się znajdę kiedyś przed Bogiem, po tamtej stronie? Przecież to nie jest inna rzeczywistość jakościowa. To jest tylko inna rzeczywistość w sensie inności fizycznej, bo tam nie będę miał takiego ciała, jakie tu mam. Niemniej tam jest dalszy ciąg naszego życia. Jeszcze raz powtarzam: Bóg nas stworzył z miłości, abyśmy szczęśliwi byli już tu na ziemi i po śmierci. A my sami sobie robimy piekło: już tu na ziemi i - niestety - robimy sobie piekło po śmierci.

     Dodałbym jeszcze jedno. Na tej podstawie, na bazie takiego stawiania sprawy, czyściec ma swój koniec i kończy się w Bogu. To jest czas, kiedy my dochodzimy do zrozumienia: do stanu, kiedy się zdziwimy, jacyśmy byli durnie, głupcy, mali, małostkowi, jacyśmy byli egoiści i zapatrzeni w siebie a nie w Niego. To jest więc czas twórczy.

     Niejednokrotnie tak się czasem pisze, albo mówi, że dusz w czyścu są zdane wyłącznie na łaskę tu żyjących na ziemi, że tylko ci mogą je ratować, że sami nie potrafią nic z siebie dać. Zupełnie przeciwnie: człowiek w czyścu dojrzewa, tak jak dojrzewa owoc zerwany, w słońcu. Tam siebie widzi, jako takiego małego człowieczka, który był stworzony do wielkości a nie potrafił temu sprostać. Czyściec jest na to, aby człowiek zapłakał nad sobą i tak się nawrócił do Boga. I na tej samej zasadzie trzeba się patrzeć na piekło. Piekło wreszcie się po wszystkim, po końcu końców, też się skończy. O tym piszą takie autorytety, jak choćby Orygenes czy Grzegorz z Nyssy. Ale to nie jest tak, że Pan Bóg powie: dość, kropa, niech wszystkie diabły będą teraz aniołami. Nie, oni sami muszą dojrzeć, dorosnąć do nawrócenia: muszą odwrócić się od zła i skierować ku dobru. To wcale nie jest taka prosta sprawa. To jest bardziej skomplikowane, niżby się nam zdawało. Przykładem są ci bandyci, którzy wyrywali paznokcie więźniom przy przesłuchaniach, tłukli ich na wszelkie możliwe sposoby, wsadzali do piwnicy, gdzie woda stała po kolana albo po szyję i znęcali się nad nimi w rozmaitych torturach. Teraz już mają po osiemdziesiąt lat, już im nic nie grozi, nikt ich do więzienia nie wsadzi, a przecież nie znam przypadku, żeby któryś z nich powiedział "przepraszam"... Nie jest więc tak łatwo przyznać się do swojej winy. Nie jest tak łatwo zobaczyć swoje zło. A szatani też muszą dojrzeć. Ktoś powie: "no jak może szatan dojrzeć, jeżeli jest samym złem?" Nie jest samym złem. To jest też stworzenie Boże. Bóg go stworzył z miłości, a to, że stał się szatanem przez swoją złość to jest osobne opowiadanie... Ale szatan też ma w sobie iskrę Bożą, bo każdy ma w sobie, jako stworzony byt, kroplę światła... Ta może się rozpłomienić, rozbłysnąć. I dlatego piekło może się skończyć. Dlatego w swoich bajkach o diabełkach i aniołkach, często pokazuję tych aniołków, które potrafią pomóc diabełkom na drodze nawrócenia, albo diabełki się nawracają bez pomocy aniołków, choć zawsze z pomocą Bożą. Niemniej w procesie nawrócenia decydującą rolę ma wolna wola. Nikt ich nie nawróci na siłę, tylko mogą się nawrócić na własny rachunek.

     Dziękuję bardzo.

rozmawiał ks. Józef Tarnawski SP

Kwartalnik Katolicki
ESPE, nr 50


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej