Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jak tu chlubić się krzyżem?

     Trudności w zrozumieniu, jak można się chlubić krzyżem Jezusa Chrystusa, nie wyjaśnił mi żaden profesor teologii ani biblista. Zrobili to bez słów moi studenci Marek i Gosia, którzy odwiedzili mnie w dniu swoich zaręczyn.

     Kłopot z krzyżem mieli już pierwsi chrześcijanie. Przynajmniej dopóty, dopóki krzyż był ciągle w użyciu jako narzędzie kaźni. Imperium rzymskie jeszcze przez trzy stulecia po śmierci Chrystusa skazywało bowiem na ukrzyżowanie największych przestępców. Zwłaszcza buntowników i tych, którzy dopuszczali się innych ciężkich występków przeciwko cezarowi i państwu.

     POWODY ODRAZY

     Krzyż był szubienicą starożytności. Umierali na nim głównie niewolnicy i ci, którzy nie mogli się wylegitymować obywatelstwem rzymskim. Obywatele rzymscy mogli bowiem nie tylko odwoływać się do samego cezara, ale nawet w przypadku wyroku skazującego mieli prawo do "godnej" śmierci przez ścięcie mieczem. Śmierć przychodziła wtedy szybko. Tymczasem konanie na krzyżu nie dosyć, że mogło się przedłużać nawet do kilku dni, to jeszcze towarzyszyło mu krańcowe upokorzenie skazańców, których przed ukrzyżowaniem rozbierano do naga. Jedynie kobiety, dla "przyzwoitości publicznej", przybijano twarzą do krzyża. Egzekucje celowo wykonywano w miejscach licznie uczęszczanych przez ludzi. Osiągano przez to podwójny efekt: odstraszanie innych przed wchodzeniem w konflikt z prawem i zwiększenie cierpień moralnych zadawanych skazańcom.

     Może dlatego wśród najstarszych przedstawień chrześcijańskich nie ma Chrystusa na Krzyżu. Pierwszy z zachowanych obrazów wykonał w wieku II jakiś poganin, aby ośmieszyć wiarę jednego ze znanych sobie chrześcijan. Prawdopodobnie chodziło o szyderstwa, które urządzili sobie rzymscy legioniści ze swego ochrzczonego kolegi. Karykatura wydrapana na murze rzymskiego Palatynu przedstawia bowiem Ukrzyżowanego z oślą głową i stojącego przed nim człowieka z dłonią wzniesioną w geście pozdrowienia. Pod obrazem widnieje prześmiewczy napis: "Aleksamenos czci swojego Boga".

     Trzeba było wielu lat, aż do uzyskania przez chrześcijan wolności wyznawania swojej wiary i zaniechania używania krzyża jako szubienicy, aby pojawiły się jego pierwsze przedstawienia. Początkowo był to sam znak krzyża, bez umieszczania na nim Chrystusa. Chrześcijanie kreślili ten znak w milczeniu na swoich czołach i piersiach przed rozpoczęciem podróży albo jakiegoś ważnego zadania. Cesarz Konstantyn Wielki, po proroczym śnie, nakazał umieścić znak krzyża, na swoich sztandarach przed decydującą bitwą z Maksencjuszem. Kilka lat później matka cesarza, św. Helena, odnalazła cudownie w Jerozolimie krzyż Chrystusa, dla którego w Rzymie wybudowano wspaniałą bazylikę. Stąd wzięło się obchodzone 14 września Święto Podwyższenia Krzyża i tak zaczął się kult cennej relikwii.

     Ale zanim zaczęto przedstawiać Chrystusa na krzyżu, upłynęły jeszcze dwa stulecia. Pierwsze krzyże bardziej przypominały tron, z którego Chrystus królował, niż miejsce Jego cierpienia i śmierci. Dopiero późne średniowiecze przyniosło bardziej realistyczne przedstawienia męki i śmierci Chrystusa, a w kolejnych epokach artyści coraz bardziej doskonalili kunszt odtwarzania na obrazach i w rzeźbach grozy ukrzyżowania. Było to wyrazem bogatej duchowości pasyjnej. Stawianie ludziom przed oczy ogromu cierpień Chrystusa uzmysławiało im cenę zbawienia człowieka i skłaniało do pokuty za grzechy.

     POCZUCIE WINY

     Kontemplowanie obrazów Chrystusa Ukrzyżowanego łączyło się jednak ze wzmożonym poczuciem winy. Chrystus wszak umarł za nasze grzechy. Czy gdyby nie one, potrzeba by było aż tyle cierpień Zbawiciela? Kaznodzieje często podkreślali, że to nasze grzechy przybiły Jezusa do krzyża, a nie Żydzi czy Rzymianie. Tak więc krzyż stał się pośrednio dowodem naszych występków. Pod krzyżem wypadało zatem stawać w pokorze i w zawstydzeniu.

     Tylko gdzie tu miejsce na chlubienie się krzyżem? Owszem, na szacunek dla krzyża tak - bo został skropiony Krwią Chrystusa, bo na nim dokonało się nasze zbawienie, bo jest on dla nas bramą do życia wiecznego, swego rodzaju wejściem awaryjnym po grzechu pierworodnym. Ale czy można obnosić się z krzyżem jak z medalem za odwagę? Skoro jest odpowiedzią na nasze tchórzostwo? Albo jak celująco zdanym egzaminem dojrzałości? Skoro wskazuje na skutki naszej niedojrzałości? Jak rozumieć słowa św. Pawła: "Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata" (Gal 6, 14). Przecież w Starym Testamencie, który św. Paweł znał i cytował, napisano: "Bo wiszący (na drzewie) jest przeklęty przez Boga" (Pwt 21, 23). Wątpliwości wobec możliwości chlubienia się krzyżem wzrastają w konfrontacji ze współczesnym światem, który ceni sukces i dobre samopoczucie. Również w konfrontacji z innowiercami, którzy stawiają nam pytania, czy gotowi bylibyśmy czcić szubienicę, gdyby na niej powieszono naszego ojca? Albo czy otaczalibyśmy czcią nóż, którym zamordowano naszą matkę? Po ludzku tylko zbrodniarz może czcić narzędzie swojej zbrodni! Można oczywiście tłumaczyć, że czcimy figurkę Chrystusa, a nie drzewo, do którego jest przybita. Ale to pokrętne, bo czcimy też krzyże bez tzw. pasyjek.

     ZARĘCZENI

     Odpowiedź na dręczące pytania przyszła z najmniej chyba oczekiwanej strony. Byłem wówczas duszpasterzem akademickim. Przyszli do mnie Gosia i Marek, moi studenci. Odświętnie ubrani, szczęśliwi jak skowronki. Chcieli się ze mną podzielić czymś dla nich w życiu najważniejszym. Ale chyba liczyli, że sam zgadnę, co , się między nimi stało. Gosia siadła w fotelu naprzeciwko mnie, kładąc ostentacyjnie na kolanach prawą rękę na lewej. Była dumna jak paw. Robiła wszystko, abym na jej palcu zauważył pierścionek z maleńkim brylantem. Nie chodziło o sam pierścionek, bo przecież stać ją było, żeby sobie taki kupić, tylko o to, że Marek właśnie się jej oświadczył. Wybrał właśnie ją spośród tysięcy dziewczyn. Zaręczył się z nią, to znaczy, że chce ją poślubić i z nią przeżyć całe życie. A ona nie miała zamiaru ukrywać, że o tym właśnie marzyła od dawna. Ten pierścionek na jej palcu był widocznym potwierdzeniem miłości. Dlatego się nim chlubiła i podsuwała mi go przed oczy. Zresztą nie tylko mnie, ale i wszystkim znajomym.

     Wtedy właśnie zrozumiałem to, czego dotąd nie mogłem pojąć. Na krzyż Chrystusa nie można patrzeć tylko jak na narzędzie śmierci. To przede wszystkim fizyczne potwierdzenie Jego miłości do człowieka. Śmierć Chrystusa nie była przypadkiem. Jej ostateczną przyczyną nie była wcale zdrada Judasza, manipulacje Sanhedrynu ani tchórzostwo Piłata. On przecież świadomie się na tę śmierć ofiarował. Po to zstąpił z nieba i stał się człowiekiem. Wiele racji mają zatem ci, którzy twierdzą, że dla nas "Bóg oszalał z miłości". Jego krzyż jest czymś więcej niż znakiem zaręczyn. Jest pieczęcią zaślubin Boga z człowiekiem. Nie będziemy wiec czcić każdego krzyża. Ani tego, na którym umarł zły łotr, ani tego, na którym ukrzyżowano Spartakusa. Tylko ten, który jest znakiem Bożej miłości.

     Można i trzeba chlubić się krzyżem noszonym na piersi, wiszącym na ścianie, stojącym przy drogach czy kreślonym na sobie w ważnych momentach życia. Bo to znak, ze Komuś na nas naprawdę zależy. Ale krzyż to również zobowiązanie do wierności - podobnie jak obrączka czy zaręczynowy pierścionek. I o tym trzeba pamiętać, aby krzyż nie stał się tylko wyrzutem sumienia.


ks. Henryk Zieliński


Tekst pochodzi z Tygodnika

12 września 2010


   

Wasze komentarze:
 Elka: 25.03.2008, 23:35
 Nie byłam w tym kościółku w Przasnyszu już przeszło 22 lata, tęsknię za tymi dwoma kochanymi zakonnymi kościołami Tam się urodziłam, tam na msze święte chodziłam. Jako dziecko próbowałam zawsze zobaczyć te pięknie śpiewające niewidoczne siostry, ale nigdy żadnej nie widziałam. Ponieważ był to zakon ścisły. Raz słyszałam z za tego muru krzyk wielkiej radości, wypływający z samej miłości, Karol Wojtyła został ogłoszony właśnie papieżem. My cieszyliśmy się pod murkiem klasztoru, a za murami cieszyły się i śpiewały zakonne siostry.
 anna: 06.12.2007, 20:06
 Szczęść Boże!Naprawdę dogłębne refleksje.Ja również na podstawie niektórych fragmentów przemyśleń Sióstr napisałam artykuł do Albertówki,czyli parafialnej gazetki parafii Św.Brata Alberta w Iławie.
 siostra: 15.12.2006, 21:52
 Przepiękne i głębokie przemyślenia, skorzystałam do pisemka parafialneggo.
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej