Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

O wiernej nadziei i nadziei wierności


     "Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego... Wierzę w Jezusa Chrystusa... w Ducha Świętego... " - mówisz te słowa w każdą niedzielę. I kończysz: "Oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie". To jest twoje świadectwo nadziei, choć może dotąd tych słów tak nie rozumiałeś. Faktem jest jednak, że chrześcijanin albo ma nadzieję wieczności, albo nie jest chrześcijaninem. Czym jednak jest nadzieja? Co to znaczy ją "mieć"? Jest też inne pytanie: czego tak naprawdę dotyczy nadzieja chrześcijanina?

     1

     To nie ma sensu. "Obiecanki cacanki...". Jakieś mgliste zapewnienia o raju, szczęściu i zadowoleniu. Tanie słówka o zjednoczeniu z Bogiem (co to w ogóle jest?), uwielbianiu Najwyższego (przez całą wieczność! - kto to wytrzyma?)... Podobno ma być wielka radość - ale nikt nie potrafi opisać dokładnie nieba ani powiedzieć, co będziemy tam robić...

     Wszystko to przypomina dobry "kit" dla naiwnych. Jeśli ktoś sobie nie radzi z życiem i szuka oparcia w niejasnych obietnicach, niech sobie wierzy. "Ja wysiadam". Osobiście uważam, że lepiej jest zająć się czymś pożytecznym i robić, co się da, aby już tutaj, i teraz, było lepiej i bardziej sprawiedliwie. Gdybyśmy wzięli się wszyscy do pożądnej roboty i na świecie mniej było cierpienia, złości, przemocy, krzywdy i wszelkiego zła, to nie potrzebna byłaby nadzieja na coś, czego nie umiemy określić...

     Może i ty spotkałeś się z podobnym głosami. Być może sam tak myślałeś lub myślisz. Rzeczywiście, nie brakuje osób, które wolą zaangażowanie w świecie doczesnym niż oczekiwanie na przyszłą nagrodę. Tylko, czy jedna postawa sprzeciwia się drugiej? Wydaje się, że tego rodzaju twierdzenia wynikają przede wszystkim z niezrozumienia, czym jest, rozumiana przez pryzmat Objawienia Bożego, cnota nadziei. Pierwsze pytanie, które musimy postawić dotyczy więc istoty nadziei...

     2

     Zacznijmy od tego, co prostsze, czyli od określenia, czym nadzieja chrześcijańska na pewno nie jest. Nie jest to forma marzycielstwa, spekulacji czy próba projektowania w przyszłość swych obecnych pragnień. Nadzieja nie jest tanim optymizmem ani też, przyjętym z założenia, pogodnym patrzeniem na życie. Nadzieja nie jest również wiarą w rozwój, poprawę, postęp, ewolucję czy rewolucję. Nadzieja, jaką oferuje nam Jezus Chrystus, sięga dalej i głębiej. Zdumiewające zaś jest to, że owo "dalej" kieruje nas nie tylko ku przyszłości, ale również zwraca ku przeszłości, ku temu, co minione! Równie zastanawiające jest to, że "głębiej" oznacza "wyżej" - nie jest bowiem wyłącznie zanurzeniem w siebie, w swoje wnętrze, ale przede wszystkim wyjściem ku temu, co poza nami, ku czemuś, co nadzwyczaj piękne i bogate, ku Komuś...

     Nadzieja chrześcijańska tym różni się od nadziei tego świata, że ma podstawę, grunt pewny i niezmienny, po którym możemy stąpać z przekonaniem, że się nie obsunie, nie zawiedzie. Dlatego, o ile sam przedmiot nadziei jest wciąż przed nami i żyjemy nadzieją jego zdobycia (nieba, pokoju, szczęścia), pewność nadziei jest niepodważalna i sama nadzieja wcale nie jest niepewna. Zawiłe? Tylko pozornie. Wkrótce wszystko się wyjaśni, ale powróćmy do istoty tej cnoty. Oto co na jej temat przeczytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego...

     Gdy Bóg objawia się i wzywa człowieka, nie może on własnymi siłami odpowiedzieć w sposób pełny na miłość Bożą. Powinien mieć nadzieję, że Bóg uzdolni go do odzwa- jemnienia Mu miłości i do działania zgodnie z przykazaniami miłości. Nadzieja jest ufnym oczekiwaniem błogosławieństwa Bożego i uszczęśliwiającego oglądania Boga; jest także lękiem przed obrażaniem miłości Bożej i spowodowaniem kary (KKK, 2090).

     Nadzieja jest ufnym oczekiwaniem oraz lękiem - dwa wyraźne elementy, choć pewnie rzadko identyfikujemy nadzieję z lękiem. Na czym polega ufne oczekiwanie? W przytoczonym zdaniu Kościół podkreśla podwójny wymiar badanej cnoty. Pierwszy odnosi nas do spraw doczesnych i dotyczy błogosławieństwa Bożego, oczekiwanego tu i teraz,.zwłaszcza w dążeniu do miłości jako pełni życia. Wymiar wieczny przejawia się w pragnieniu uszczęśliwiającego oglądania Boga, bycia z Nim na wieki. W ten oto sposób nadzieja - jak to powiedzieliśmy poprzednio - dotyczy nie tylko chwili obecnej, ale przenosi nas "dalej". Jest w istocie oczekiwaniem dóbr przyszłych (por. Hbr 11,1), spodziewaniem się zamieszkania w przybytkach Pańskich (por. 2 Kor 5,Inn). Owo "dalej" jest charakterystyczne i nieobecne w "innych" nadziejach, gdyż nadzieja chrześcijańska sięga poza granicę życia i śmierci. Nie jest więc, jak nadzieje tego świata, pragnieniem spraw drugorzędnych, często banalnych, nie dotyczy kariery, nowej płyty z ulubionym zespołem czy atrakcyjnego wyjazdu na wakacje, choć gdzieś w tle znajdą się pewnie i takie oczekiwania. Cnota, której uczy nas Jezus Chrystus kieruje ku czemuś więcej: chodzi o to, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego (Tt 3,7). I to jest ufne oczekiwanie...

     A lęk? Jak pogodzić nadzieję z lękiem? Wydaje się przecież, że nasza cnota winna być odległa od takich stanów, jak obawa, niepewność czy bojaźń... Popatrzmy na to tak: życie ludzkie jest dążeniem do dobra, miłości, szlachetności, itd. Motywacją tych wysiłków jest miłość: Boga do człowieka i człowieka do Boga. Faktem jest, że na tej drodze nie brakuje zagrożeń i niebezpieczeństw, które - jeśli nie zostaną pokonane - mogą spowodować rezygnację, bądź nawet zaniechanie słusznych pragnień.

     A przeciwnych sytuacji jest wiele... Przychodzą z różnych stron - z zewnątrz, ze świata, choć rodzą się również w nas samych (lenistwo, zniechęcenie, oziębłość, błędne przekonania, fałszywe decyzje, itd.). Nietrudno więc naruszyć miłość Bożą. Czy możemy być pewni, że nigdy się to nie stanie? Czy nasza wierność jest nieodwołalna? Czy wolno nam mówić, jak Piotr: Panie, z Tobą wszędzie... nigdy Cię nie opuszczę...! Na te pytania musimy odpowiedzieć krótko: Nie! Nikt z nas nie może być całkowicie pewny swojej wiary i moralnych zachowań. A skoro tak, to pozostaje jedynie pielęgnować w sobie zdrowy lęk, lęk, który nie paraliżuje, ale który jest bliski bojaźni Bożej, lęk, który jest inną postacią nadziei. Jest on wyrazem głębokiego przekonania, że przy Bożej pomocy uda się dochować wierności Mistrzowi.

     I to właśnie przekonanie rodzące się z obawy przed obrażaniem miłości Bożej jest właśnie nadzieją. Taką właśnie nadzieją dzielił się z braćmi w Koryncie św. Paweł, gdy kierował do nich słowa: W Nim [Jezusie Chrystusie] bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, gdy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa. On też będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa (1 Kor 1,4-8). Z naszego lęku rodzi się więc oczekiwanie, że Jezus, cała nasza nadzieja, udzieli wszystkiego, co niezbędne, byśmy ukończyli bieg życia i zdobyli wieniec nagrody wiecznej (por. 2 Tm 4,8).

     Pawłowe odwołanie się do Jezusa Chrystusa ma tutaj podstawowe znaczenie. Stwierdziliśmy wyżej, że nadzieja chrześcijańska przenosząc nas "dalej" zwraca ku temu, co minione. Obecnie możemy potwierdzić: w takim rozumowaniu nie ma żadnego błędu. Ale wątpliwość pozostaje - skoro to prawda, iż trzecia z wielkich cnót teologicznych jest służebna wobec przyszłości, co więc znaczy, że przenosi nas również w przeszłość?

     3

     Postawione pytanie wcale nie jest błahe, gdyż otwiera istotny rozdział naszych rozważań, którego tytuł brzmi: "podstawa naszej nadziei". Każda nadzieja musi być związana z jakimś fundamentem, na którym wyrasta i w sposób uzasadniony pielęgnuje w człowieku określone oczekiwanie. Jeśli go nie ma, nadzieja jest zwykłą naiwnością, trwaniem w iluzji... w istocie: nie istnieje i jest formą oszustwa. Z konieczności musimy stanąć zatem przed pytaniem: Co jest fundamentem naszej, chrześcijańskiej nadziei?

     Nie jest to żadna racja, przesłanka czy fakt. Nie jest nim ani pomyślny splot zdarzeń, ani inteligencja ludzkiego działania. U źródła naszej nadziei jest Ktoś! To osoba Zbawiciela. Bóg bowiem, w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie (1 P l,3n). Jezus Chrystus, Syn Boży jest gwarantem naszej nadziei. Jego słowo i Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie - oto podstawa ludzkiego oczekiwania. Skoro bowiem On sam przeszedł przez śmierć do życia, to i my mamy analogiczną nadzieję ocalenia - Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15,20), zatem po Nim będą kolejni... Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6,5). Wiemy już, dlaczego wolno nam było stwierdzić, że nadzieja ofiarowana człowiekowi przez Jezusa Chrystusa kieruje nas ku temu, co minione - bo minione, historycznie dokonane, jest dzieło odkupienia. Chrześcijanin spoglądając w przyszłość i spodziewając się realizacji obietnicy Bożej zarazem mocno trzyma się tego, co już nastąpiło: zmartwychwstania Pana naszego. Nadzieja, którą nosimy w sercu, w sposób nieodzowny zatapia nas w misterium śmierci i zwycięstwa Zbawiciela. Bez tajemnicy zmartwychwstania, nie ma chrześcijańskiej nadziei. O tym nie można zapomnieć. Jeśli ktoś zagubi tę prawdę, odcina się od fundamentu - jedynego i niezbędnego - i wątpliwe stają się jego oczekiwania. Oto czym różni się nadzieja objawiona od nadziei tego świata. To jest swoisty paradoks: wierząc, mamy ufność przyszłego ocalenia, ale spoglądając ku temu, co minione, mamy pewność, że skoro On powstał z martwych, tak my wespół z Nim i żyć będziemy (2 Tm 2,11). I tak jak nad Jezusa Chrystusa nie ma nikogo mocniejszego i pewniejszego, tak nad nadzieję, która od Niego pochodzi nie ma na świecie silniejszej i bardziej pewnej. Skąd ta pewność? Bo Jezus zmartwychwstał, On żyje! Skąd w nas to przekonanie, że Chrystusowa nadzieja zawieść nie może? ...ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany (Rz 5,5). Kto ma Pocieszyciela w sobie, żyje nadzieją!

     4

     Z podanej przed chwilą prawdy wynikają dalsze. Jeśli faktycznie tak jest, że gwarantem chrześcijańskiej nadziei jest sam Jezus Chrystus, to spoglądając w Jego stronę, sięgając do Jego zbawczego dzieła, możemy umacniać się w nadziei. Skoro faktem jest zmartwychwstanie Pana, to równie niepodważalnym, nieusuwalnym faktem winna być ludzka nadzieja, a przecież... Jak to zatem jest - zapytajmy - że z jednej strony nosimy w sobie pewność zbawienia, a z drugiej nadzieja nasza wciąż niedomaga, czasem nawet topnieje do tego stopnia, że zdaje się niknąć zupełnie?

     Odpowiedź nie jest trudna: bo nadzieja jest człowiekowi zadana. Nie jest bowiem czymś skończonym i zamkniętym. Jest otwarta na wciąż nowe wyzwania, bo takie przynosi życie, ale oznacza to tym samym, że domaga się nieustannego pielęgnowania i budowania. Z nadzieją jest dokładnie tak, jak z wiarą i miłością - należy nad nią pracować... Jest obecna, a wciąż jej za mało, podtrzymuje nas, a oto o nią się potykamy, dźwiga ku górze i jednocześnie przygniata swą ulotnością, możemy się w nią schronić i zarazem doświadczamy, jak szybko odchodzi... Kolejne pytanie w sposób naturalny wynika z dotychczasowych spostrzeżeń: Od czego zależy zatem nadzieja chrześcijanina?

     Ujęcie nadziei jakie napotykamy w Tchnieniu mistyki George'a Maloney'a przynosi odpowiedź: Nadzieja jest świadomością własnej nicości oraz nieskończonej wszystkości Boga i Jego bezmiernej miłości do wszystkich. Nikogo przekonywać nie trzeba, że doświadczenie własnych ograniczeń jest powszechne - to przecież nasza codzienność... Ono domaga się zarazem nadziei, gdyż bez niej świadomość własnej nicości stałaby się przekleństwem i przyczynkiem do całkowitej bez-nadziei. Dlatego nadzieja jest również świadomością nieskończonej wszystkości Boga i Jego bezmiernej miłości... Co to znaczy świadomością ? To inne słowo na określenie aktu wiary. To w wierze przecież wyznajemy jedyną konieczność Bytu Doskonałego, w wierze Absolut ujmujemy jako samą Miłość, w wierze odnosimy nieograniczoną miłość Doskonałego Boga do wszystkich, nazywajac to Ojcowską troską... A więc wiara! Wiara jest "budulcem" nadziei! Taką mamy nadzieję, jaka jest nasza wiara... tak wierzymy, jak mocno ufamy Bogu. Nie da się rozdzielić obu cnót, one są jak siostry, które można powysyłać na krańce świata, a i tak zostaną tęskniącymi do siebie siostrzyczkami, które bez siebie obejść się nie mogą... I muszą być razem, bo inaczej umrą...

     Nadzieja jest zadana człowiekowi - aby ją umacniać, należy pogłębiać wiarę, czyli to wewnętrzne przekonanie, że wierny jest Ten, któremu zaufaliśmy: W nadziei opartej na poznanej w wierze wierności Boga człowiek zwraca się całkowicie ku przyszłemu Królestwu Bożemu, które nadeszło już w Jezusie Chrystusie. Efekt jest oczywisty: wysiłek wiary odsłania przed człowiekiem prze- dziwną i zdumiewającą wierność Boga, sprawia tym samym, że właśnie w Nim - Bogu pełnemu mocy - spoczywa cała nasza ufność. Konsekwencja tego doświadczenia duchowego może być już tylko jedna: chrześcijanin żyje "nowym" życiem. Dla świata jest zagadką, świat go nie rozumie, bo nie rozumie jego nadziei. Tymczasem jego nadzieja czyni rzeczy przedziwne... Królestwu Bożemu podporządkowuje dobra ziemskie, dla niego wyrzeka się ich nawet, znosi mężnie i cierpliwie cierpienia i wszelkie uciski. Nadzieja chrześcijańska przeciwstawia się zwrówno rozpaczy, to znaczy zwątpieniu w osiągnięcie zbawienia, jak i zuchwałej ufności we własne siły i zabezpieczenia, które daje świat. Nadzieja zachowuje nas przede wszystkim od duchowego lenistwa, pogrążenia się w doczesności, niechęci do sięgnięcia poza nią, obojętności wobec spraw duszy. Wyzwala nas z tępej sytości codziennego życia. Nie pozwala zamknąć się w perspektywach czysto ziemskich, ukazując dobro najwyższe, obejmujące i przewyższające wszystkie dobra - Boga samego, w którym swoją przyszłą pełnię znajdzie człowiek i świat (Katolicki katechizm dorosłych). Oto perspektywa do przejścia: by mieć nadzieję, by żyć nadzieją, nie można nie mieć wiary, mocnej i głębokiej, nie można zagubić Kogoś, kto jest ostoją i gwarantem nadziei...

     Co więc należy zrobić, aby mieć taką wiarę, wiarę w służbie nadziei? - od odpowiedzi na to pytanie zależy jaka będzie twoja nadzieja...

     5

     Podane wyżej określenie nadziei naprowadza nas na właściwy trop. Wiara pełna ufności domaga się świadomości własnej nicości... To prawda, różne bywają ku niej drogi... Zdarza się, że codzienność, a szczególnie bezradność, zagubienie, niemożność spełnienia takich czy innych obowiązków, przypominają nam o tym, jak niewiele potrafimy, niewiele wiemy... Ale to dobrze, że tak jest. Człowiek, który traci świadomość swych braków i ograniczeń, traci nie tylko więź z Bogiem, ale oddala się od Gwaranta swojej nadziei. Co mu zostanie? W kim złoży nadzieję, na czym ją oprze? - Ludziach, umiejętnościach, okolicznościach, gwiazdach, a może w nic nie znaczącym losie? Świadomość nicości nie jest dobrem samym w sobie. Jest pozytywna w tym sensie, że nie pozwala nam popaść w iluzję samowystarczalności i woła o Kogoś... A od tego już jest niewielki kroczek do odkrycia Boga jako Osoby, z którą - i w której - jesteśmy całkowicie bezpieczni. Jakie jest więc pierwsze zadanie na twojej drodze ku wiernej nadziei? Odkrywać prawdę o sobie. Na różnych drogach: przez refleksję, obserwację życia, przez uznanie swych małych możliwości. To wbrew pozorom nie jest tragedią. To jest początek nadziei... bo jest początkiem spotkania z samą Nadzieją!

     Trzeba jednak przyznać i to, że prawda o własnej nicości bywa okrutna... Uderza w człowieka z ogromną siłą, często z zaskoczenia i niespodziewanie, przynosząc ból i cierpienie tak wielkie, że prowokuje bunt, protest, bluźnierstwo. Wówczas świadomość bezsilności wobec takich tajemnic, jak śmierć, zdrada, nienawiść potrafi doprowadzić nawet do aktu desperacji. Nicość odsłania przed człowiekiem swoją bezwzględną czeluść, jest czarna i straszna, pochłania nie tylko sens życia, ale czasem również samo życie... Dlaczego? Dlatego, że jakkolwiek zdobyta, świadomość własnej nicości jest dopiero połową prawdy, i to tą jej częścią, która jest smutna i z konieczności musi prowadzić do rozpaczy. Aby mieć nadzieję musi nastąpić uzupełnienie pełnej wizji swego człowieczeństwa o drugą prawdę - o nieskończonej wszystkości Boga i Jego bezmiernej miłości. Jeśli nie ma w nas wiary, że Bóg wszystko może, Jego serce jest ogromne i otwarte, to trudno oczekiwać, byśmy Mu zaufali... Zadanie numer dwa? - Poznawać całą prawdę, czyli nie tylko prawdę o mnie, ale także prawdę o Bogu, którego miłość podtrzymuje wszystko w istnieniu. Dzięki tej miłości nie tylko jest świat, nie tylko ja jestem na tym świecie. Dzięki niej, ja mam nadzieję, bo Jego miłość jest!

     Poznawać pełną prawdę. Tak, to jest istotne. Ale musimy coś przyznać. Poznawanie nie jest łatwym zajęciem. Poznawanie domaga się bowiem wcześniejszego uznania, że "ja nie wiem". To zaś uzależnione jest od pokory i szczerości... Oto kolejne zadanie. Carlo Carretto w książce Liczy się tylko miłość ukazuje to w sposób następujący: By wierzyć, by być pełnym nadziei, trzeba być małym, małym jak dziecko w objęciach ojca. A tymczasem staliśmy się "wyrośnięci" i "wyrafinowani", i nauczyliśmy się osądzać Boga miarą naszej całkowitej niemocy. Nie chodzi o nic innego, jak o szczerość: w spojrzeniu na moje miejsce we wszechświecie, możliwości i ograniczenia, uznanie zależności od Kogoś i zrozumienię Jego uczuć do mnie... Trzeba koniecznie zdobyć się na pokorę wobec Boga i uczciwość wobec... samego siebie. Owa pokora czasem objawi się w pełnym zdumienia okrzyku: Jaki ja jestem mały!, kiedy indziej zawołam: Ile jeszcze nie wiem i nie potrafię!, w jeszcze innym momencie: Boże! Jaki Ty jesteś wobec mnie bliski i dobry! Jakie jest więc następne wymaganie służące budowaniu nadziei? To pokora i szczerość - one w sposób nieodzowny zwracają ku Temu, któremu można bez reszty zaufać.

     Ale Carretto podaje jeszcze inne niebezpieczeństwo na drodze ku nadziei: Inna trudność na drodze postępowania w nadziei, to ta nasza ciągła niemoc, która powoduje, że nie potrafimy zdobyć się na akt wiary, mający nam umożliwć przejście, a ten brak wiary "spowodowany jest oglądaniem się do tyłu". Wracamy myślą do Egiptu... śnimy o przeszłości. Oto skąd się bierze cała trudność w podążaniu naprzód. Chcemy wszystko sami sprawdzić... nie chcemy całkowicie zaufać Bogu. Tym razem chodzi o wiarę ufną, o uznanie prowadzenia Bożego. Należy wyzbyć się pokusy sprawdzania Boga, badania Jego decyzji, wracania do przeszłości, analizowania tego, co już miało miejsce. Często tak bywa, że chcemy wracać do naszego Egiptu - czyli tych sytuacji, w których czuliśmy się dobrze, było wygodnie, nie musieliśmy narażać się na kolejne próby wierności. To nic, że była stagnacja, że byłem zniewolony, ale nie było ryzyka i nie musiałem potwierdzać mojego przywiązania do Boga. Teraz słyszę Kogoś, kto mi mówi: jesteś pielgrzymem... Musisz iść przez niebezpieczne tereny, ale Ja ciebie poprowadzę... Oto kolejne wymaganie: aby umacniać nadzieję, trzeba zawierzyć Prowadzącemu - albo wiara jest pełna zaufania, albo nie jest wiarą... i nie może być mowy o nadziei...

     Życie przynosi wciąż nowe trudności, a ja muszę potwierdzać, że Bogu ufam wiarą prostą, dziecinną, szczerą... Nie od razu po wyjściu z wody chrztu wchodzą chrześcijanie do ziemi obiecanej, lecz przebywają w nadziei. Po chrzcie świat ten staje się dla chrześcijanina pustynią; jeżeli rozumie on to, co przyjął. Toteż życie swoje traktuje jako pielgrzymkę i oczekiwanie ojczyzny. Jak długo zaś oczekuje, trwa w nadziei. " W nadziei bowiem jesteście zbawieni. Nadzieja zaś na to, co się ogląda, nie jest nadzieją: na cóż bowiem oczekuje ten, kto już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy" (Rz 8,24n). Ta wytrwałość sprawia, że będąc na pustyni, oczekujemy. Jeśli ktoś sądzi, że już jest w ojczyźnie, nie dojdzie do ojczyzny, osiedli się podczas podróży. Otóż, aby nie osiedlił się podczas podróży, niech oczekuje ojczyzny, niech tęskni za nią, niech nie zbacza (Św. Augustyn, Kazania). To kolejne zadanie: nie wolno mi zapomnieć, że wciąż jestem w drodze, że idę, a moja nadzieja nie dotyczy tego, co tutaj spotykam. W przeciwnym wypadku, szybko się rozczaruję. Ilekroć nie otrzymam jakiejś błahostki, od razu oskarżę Boga: Nie dałeś! Więcej Ci nie zaufam! A przecież Bóg daje nam inną nadzieję, tę sięgającą "dalej"... Mieć świadomość pielgrzyma i tęsknić za ojczyzną - ale to jeszcze nie koniec...

     Odkrywać z pokorą i szczerością prawdę o sobie i o Bogu, akceptować swój los pielgrzyma, ufając zarazem Temu, który prowadzi, tęsknić za prawdziwą i ostateczną ojczyzną - to dotychczas nakreślone zadania. Zgodzisz się jednak, że nie osiągną one swego celu, jeśli zabraknie czegoś, co jest niezbędne: ...chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość - wypróbowaną cnotę, wypróbowana cnota zaś - nadzieję (Rz 5,3n). Podpowiedź św. Pawła jest aż nadto oczywista - wytrwałość. Bez niej trudno oczekiwać zdobycia czegokolwiek. Jeśli nadzieja ma być wypróbowaną cnotą, to nie ma innej drogi, jak przez cierpliwe i wytrwałe pokonywanie wszelkich przeciwności. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć tobie takiej wewnętrznej siły do codziennego zmagania się o nadzieję. Bóg, który widzi wszystko, doceni twój wysiłek. Nie jest bowiem Bóg niesprawiedliwy, aby zapomniał o czynie waszym i miłości, którą okazaliście dla imienia Jego... Pragniemy zaś, aby każdy z was okazywał tę samą gorliwość w doskonaleniu nadziei aż do końca, abyście nie stali się ospałymi, ale naśladowali tych, którzy przez wiarę i cierpliwość stają się dziedzicami obietnic (Hbr 6,10n).

     6

     Twoja gorliwość w doskonaleniu nadziei aż do końca przyniesie owoc. Efektem będzie nadzieja wierna, zdobyta pewnie z wielkim trudem i samozaparciem, ale to właśnie dzięki niej patrzeć będziesz w przyszłość, aż po horyzont, dalej, poza linię życia i śmierci, z ufnością i tym pokojem, który właściwy jest jedynie tym, których nadzieja nie jest z tego świata. Dbaj więc o nadzieję, tę od Boga, chroniąc się w Jego miłość i chwytając się Jego prawdy. Dbaj o wierność nadziei, ona bowiem jest ujńym oczekiwaniem... - jak to powiedzieliśmy na początku naszego rozważania. Jeśli ujńym, to tylko dzięki temu, że jest wierna. Tylko taka jest prawdziwa, tylko wierna ocala... Ale wiesz również, że...

     Nadzieja jest także lękiem przed obrażaniem miłości Bożej... Nie bój się tego lęku! Twój wysiłek się opłaci: ten lęk jest nadzieją wierności - nadzieją wytrwania do końca, dojścia do celu. Bez takiej nadziei trudno się obejść. Jak bowiem iść, nie pielęgnując w sobie tego przekonania, że nikt ani nic, nie odwróci cię od Boga, że nie zawiedziesz?

     Nadzieja. Jakże niezbędna - dla wierności. Wierność. Niezastąpiona - dla nadziei... Życzę ci, życzę wszystkim młodym: Bóg, [dawca] nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję (Rz 15,13). I ty więc, bądź bogaty w nadzieję!

ks. Józef Tarnawski SP

Kwartalnik Katolicki
ESPE, nr 50


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej