Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Błogosławieni cisi

     Byłoby pożałowania godnym nieporozumieniem, gdybyśmy - zafascynowani Bożym miłosierdziem - próbowali utożsamiać je z pobłażliwością dla zła.

     Przysłowie łacińskie powiada, że sprawy trudne należy załatwiać fortiter in re, suaviter in modo - stanowczo w zakresie tego, co istotne, łagodnie co do sposobu. Wystarczy spojrzeć na biblijne źródło tej mądrej dyrektywy, żeby zdać sobie sprawę z tego, iż stanowi ona wezwanie do naśladowania Bożej wszechmocy w jej łagodności: "Mądrość i Opatrzność Boża sięga potężnie (fortiter) od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią (suaviter)" (Mdr 8,1).

     Stwórca całego wszechświata, nieustannie podtrzymujący go w istnieniu, jest zarazem obecny w swoim świecie tak cicho i dyskretnie, że można nie zauważyć nawet Jego istnienia. Wszechmocny, który jest źródłem wszelkiego dobra, jest wobec panoszącego się zła tak niewyobrażalnie cierpliwy i pokorny, że łatwo zarzucić Mu bezsilność albo oskarżyć o bezduszność. A przecież właśnie w swojej cierpliwości i pokorze Syn Boży okazał się tak potężny, że na krzyżu, chociaż zmiażdżony przaz zło, odniósł nad nim zwycięstwo przełomowe i ostateczne!

     "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". Wydaje się, że podstawowe przesłanie tego błogosławieństwa brzmi: Naśladowanie Boga w Jego łagodności jest kluczem, dzięki któremu stajemy się zdolni coraz więcej uczestniczyć w Bożej potędze.

     POTĘGA BOŻEJ ŁAGODNOŚCI

     Poruszające pouczenie, że Boża łagodność jest potężniejsza niż największe nawet potęgi tego świata, otrzymał kiedyś prorok Eliasz. W obliczu masowego odstępstwa ludu do kultu bożków, Bóg wezwał swojego proroka na tę samą górę Horeb (jest to inna nazwa góry Synaj), która była świadkiem Jego przymierza z tym ludem. Eliasz miał otrzymać poglądową lekcję, że potęga Boga jest jeszcze większa, niż to zostało objawione w czasach Mojżesza.

     Na świętej górze powtórzyły się potężne i budzące przerażenie zjawiska, wśród których Bóg zawierał przymierze z ludem, dopiero co wyprowadzonym z niewoli egipskiej. Wtedy, "rozległy się grzmoty z błyskawicami, a gęsty obłok rozpostarł się nad górą i rozległ się głos potężnej trąby, tak że cały lud przebywający w obozie drżał ze strachu. Góra zaś Synaj była cała spowita dymem, gdyż Pan zstąpił na nią w ogniu i uniósł się dym z niej jakby z pieca, i cała góra bardzo się trzęsła" (Wj 19,16.18).

     W obecności Eliasza żywioły na świętej górze manifestują się równie potężnie, a chyba nawet straszliwiej, gdyż eskalując: szalejąca burza przeradza się w trzęsienie ziemi, aż w końcu górę ogarnia ogień. Jednak prorok każdorazowo dowiaduje się, że Pan jeszcze nie nadszedł. Dopiero kiedy wszystkie te zjawiska ustały, Wszechmogący objawił się Eliaszowi w łagodnym, orzeźwiającym wietrzyku (por. 1 Krl 19,11-13).

     Trudno o mocniejsze podkreślenie, że wszechmoc Boża jest pełna delikatności i czułości, a najpełniej się objawia w miłosierdziu.

     Byłoby jednak pożałowania godnym nieporozumieniem, gdybyśmy - zafascynowani Jego miłosierdziem - próbowali utożsamiać je z pobłażliwością dla zła. Tylko tytułem przykładu spójrzmy na Psalm 103, pełen zachwytu i wdzięczności z powodu łagodności i miłosierdzia, jakie Bóg okazuje swoim wybranym:

     Miłosierny jest Pan i łaskawy,
nieskory do gniewu i bardzo łagodny.
Nie wiedzie sporu do końca
i nie płonie gniewem na wieki.
Nie postępuje z nami według naszych
grzechów ani według win naszych nam nie
odpłaca. Bo jak wysoko niebo wznosi się nad
ziemią, tak można jest Jego łaskawość dla tych,
co się Go boją.
Jak jest odległy wschód od zachodu,
tak daleko odsuwa od nas nasze
występki.
Jak się lituje ojciec nad synami,
tak Pan się lituje nad tymi, co się Go
boją.

     Zarazem psalmista dopilnował tego, żebyśmy nie zapomnieli, że czułość i miłosierdzie Boga nie wynikają bynajmniej z Jego słabości. Jest on przecież wszechmocnym Stwórcą: "Pan w niebie tron swój ustawił, a swoim panowaniem obejmuje wszechświat" (w. 19).

     CICHOŚĆ I UNIŻENIE JEZUSA CHRYSTUSA

     Prawda o Bożej potędze - potędze miłości i miłosierdzia, potędze, która nie potrzebuje wchodzić w rywalizacje z potęgami tego świata i z tego powodu błędnie bywa odbierana jako słabość i bezsiła - najpełniej została objawiona w Jezusie Chrystusie. On jest bowiem doskonałym Obrazem Przedwiecznego Ojca, toteż wpatrując się w Niego, możemy poznać, kim naprawdę jest Bóg. On sam zresztą mówił nam, że "kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca" (J 14,9).

     Już Stary Testament zapowiadał, że Mesjasz dokona dzieł potężnych ("przyniesie narodom Prawo" i będzie "światłością dla narodów"), ale zarazem "nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze, nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku" (Iz 42,1-6).

     Owszem, niektóre proroctwa o Mesjaszu wypełniły się paradoksalnie, zupełnie inaczej niż tego oczekiwano. Na przykład prorok Malachiasz zapowiadał, że kiedy Oczekiwany wejdzie do swojej Świątyni, będzie "jak ogień złotnika i jak ług farbiarzy, jakby miał przetapiać i oczyszczać złoto" (Ml 3,2n), tymczasem został On do Świątyni przyniesiony jako słabe i bezbronne dziecko, rozpoznany jedynie przez dwoje oddanych Bogu starców (por. Łk 2,22-38).

     Nowy Testament nie pozwala wątpić, że uniżenie Syna Bożego i przyjęcie przez Niego naszego człowieczeństwa było dziełem wszechmocnej Bożej miłości. Dość przypomnieć słowa, wypowiedziane wtedy przez anioła do Maryi: "Albowiem u Boga nie ma nic niemożliwego". Bo przecież to, żeby Stwórca mógł stać się stworzeniem, było czymś po ludzku niemożliwym, a nawet absurdalnym; tylko niepojęta miłość Boga mogła to sprawić.

     Nie przypadkiem też anioł ten miał na imię Gabriel, co po polsku znaczy "moc Boża". Bo przyjście Syna Bożego do ludzi, Jego urodzenie się jako jednego z nas, było większym jeszcze dziełem Bożej wszechmocy, niż stworzenie całego kosmosu oraz całego świata aniołów. Wszechmoc Boża jest cała przeniknięta miłością do stworzeń - i właśnie dlatego jest ona nieraz tak pokorna, że tylko oczyma wiary można ją dostrzec i nią się zachwycać.

     Rzecz jasna, Syn Boży nie przestał być wszechmocnym wtedy, kiedy z miłości do nas przechodził wszystkie kolejne etapy ludzkiej słabości i całkowitej zależności od innych - od przebywania przez dziewięć miesięcy w łonie swej Matki, poprzez okres bezradności niemowlęcej i kolejne lata wieku dziecięcego. Tak jak każde ludzkie niemowlę potrzebował On ludzkiej pomocy i usługi, trzeba Go było karmić i w pieluszki przewijać, Matka musiała się troszczyć o to, żeby nie zmarzł, i śpiewać Mu kołysankę, żeby zechciał zasnąć.

     Aż dziwnie się robi, kiedy pomyśleć, że Syn Boży - przecież Bóg prawdziwy! - tak bardzo uzależnił się od ludzi. Owszem, Maryja i Józef serdecznie Go ukochali, ale już wkrótce trzeba było Go chronić przed grożącą Mu śmiercią ze strony Heroda, a w przyszłości dobrowolnie miał się oddać w ręce tych, którzy Go nienawidzili i postanowili ukrzyżować. "Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokorny sercem" (Mt 11,29) - powiedział kiedyś Jezus sam o Sobie i na kartach Ewangelii znajdujemy nieustanne potwierdzenie, że takim był On naprawdę.

     Swoją cichość Jezus najpełniej objawił w godzinach swojej męki. On, który jest Bogiem wszechmocnym, został nazwany Barankiem i rzeczywiście zachowywał się jak prowadzony na zabicie baranek. W postawie łagodnego baranka Jezus przeszedł przez swoje uwięzienie i proces sądowy, a zwłaszcza przez mękę i śmierć na krzyżu. I to nie było tak, że na czas męki Syn Boży zawiesił swoją Boską wszechmoc. Przecież właśnie wtedy, kiedy dał się zabić niby baranek, Jezus wykonał największy czyn swojej potęgi: On wtedy świat odkupił! Wrogowie szydzili sobie z Niego: "Zstąp z krzyża, a uwierzymy w Ciebie", (Mt 27,42). A On właśnie wtedy ogarnął potęgą swojej miłości nas wszystkich, również tych, którzy sobie z Niego szydzili.

     Jeszcze o dwóch bardzo od siebie różnych wydarzeniach ewangelicznych trzeba wspomnieć, kiedy mówimy o cichości i uniżeniu Jezusa. Po pierwsze: czy takiemu obrazowi Jezusa nie przeczy wypędzenie przez Niego przekupniów ze Świątyni? Otóż już Ojcowie Kościoła wydarzenie to zaliczali do Jego cudów. Bo gdyby na to targowisko świątynne przyszła kilkudziesięcioosobowa ekipa wyposażonych w bicze zelotów, spowodowałaby raczej jakieś zamieszki niż duchowe przebudzenie, że nie godzi się z domu Bożego czynić targowiska. Pan Jezus oczyścił dom Boży, działając sam jeden. Jak zauważył św. Hieronim: "To prawdziwy cud, że jeden człowiek rozpędził cały ten tłum. Jakiś blask i ogień Boży musiał bić z Jego oczu, Jego oblicze zapewne jaśniało wtedy majestatem boskości".

     Słowem, kiedy podkreślamy cichość i łagodność Jezusa, który dał się prowadzić na zabicie jak baranek (por. Iz 53,7) i który "gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, a gdy cierpiał, nie groził" (1 P 2,23), dobrze jest przypomnieć sobie, że On kilka dni wcześniej wskrzesił zmarłego, od czterech już dni leżącego w grobie i że również w godzinach swojej męki nie przestał być Synem Bożym potężnym i wszechmocnym.

     Drugie wydarzenie ewangeliczne, które rzuca ważne światło na cichość i pokorę Pana Jezusa, to Jego posługa umycia nóg podczas Ostatniej Wieczerzy. To naprawdę poruszające, że sam Syn Boży klęka przed swoimi uczniami - również przed Judaszem, który wkrótce miał Go wydać, oraz przed Piotrem, który jeszcze tego samego wieczoru miał się Go wyprzeć - aby zostawić im pouczenie, że "skoro Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi" (J 13,14).

     Stwórca uniża się przed stworzeniem! Żeby je uratować, ale również żeby mu przypomnieć, iż poza miłością jest tylko bezsens! Jezus był nie tylko cichy i pokorny sercem, ale klękał (i do dzisiaj klęka!) przed tymi, którzy nie chcą kochać albo kochają miłością tylko powierzchowną. Trudno nie przyznać racji tym Ojcom Kościoła, którzy - komentując werset Mk 3,21 - twierdzili, że w Jezusie Chrystusie Bóg poniekąd oszalał z miłości do człowieka!

     NIE KAŻDA ŁAGODNOŚĆ JEST BŁOGOSŁAWIONA

     Przerażającą postać łagodności, która jest naśladowaniem samego szatana, przedstawiono w "Czarnej księdze komunizmu". Mianowicie "w demokratycznej Kampuczy Poi Pota śmierć zadawano prawie zawsze w sposób dyskretny, w ukryciu, przy czym działacze i przywódcy KPK zachowywali się wtedy nadzwyczaj grzecznie. Ich słowa były serdeczne, bardzo łagodne, nawet w najgorszych chwilach. Mordowali z całą uprzejmością. Zadawali śmierć, wypowiadając miłe słowa... Potrafili obiecać nam wszystko, czego dusza zapragnie, byle uśpić naszą nieufność. Wiedziałem, że ich łagodne słowa towarzyszą zbrodniom albo je zapowiadają. Czerwoni Khmerzy byli uprzejmi w każdych okolicznościach, nawet wtedy, kiedy wyrzynali nas jak bydło".

     Ludzka (czyli nasza!) przewrotność zdolna jest do różnych form przeklętej łagodności, uprzejmości, cichości. Przeklęta to przecież cichość, która polega na udawaniu, że,nie widzę krzywdy, jaka jest zadawana mojemu bliźniemu. Sprawiedliwość, która milczy w obliczu niegodziwości, jest jak obdarte z liści drzewo - powtarzał prymas Wyszyński. Bezczynność w obliczu zła i udawanie, jakoby w panoszeniu się zła nie było nic niewłaściwego, jest najczęstszą formą podejmowania współpracy z tym złem przez nas, zwyczajnych ludzi.

     Niegodziwa to również uprzejmość, której celem jest zmylenie drugiego człowieka, aby łatwiej go było okłamać i oszukać. I niecna to łagodność, której celem jest zadanie krzywdy. Pan Jezus niewątpliwie nie błogosławił łagodności i cichości, które służą kłamstwu i podstępowi. Kłamstwo jest nadzwyczaj skutecznym instrumentem w budowaniu świata bez miłości. Kłamiemy przecież dlatego, że chcemy kogoś przechytrzyć i wykorzystać. Kłamię dlatego, że nie jesteś dla mnie partnerem i w ten sposób wyrażam swoją dla ciebie pogardę. Albo kłamię, bo się ciebie boję.

     Kłamstwo niemal zawsze sygnalizuje i umacnia istnienie w stosunkach międzyludzkich jakiejś przemocy, chęci wykorzystania, pogardy lub strachu. Szczególnie zaś łatwo kłamstwo osiąga swoje cele wtedy, kiedy płynie z fałszywej życzliwości, z wyrachowanego milczenia w obliczu dziejącego się zła, z okazywania udawanego szacunku wobec tych, którzy są okłamywani. Otóż jedno jest pewne: naśladowaniem szatana niczego dobrego się nie osiągnie, pozostawi się tylko po sobie wiele krzywdy i zniszczenia.

     KOGO DOTYCZY TO BŁOGOSŁAWIEŃSTWO?

     Ewangeliczne błogosławieństwo dotyczy, rzecz jasna, tych, którzy starają się naśladować Chrystusa w Jego cichości i łagodności. Tak jakoś się stało, że mnie osobiście błogosławieństwo to skojarzyło się chyba już nierozerwalnie z księdzem Jerzym Popiełuszką. Potrafił on w prosty sposób przypomnieć nam wszystkim naukę Ewangelii, ażeby zło zwyciężać dobrem, kłamstwu przeciwstawiać prawdę, na nienawiść odpowiadać szacunkiem dla nieprzyjaciela (i modlitwą za niego, ale o tym on nie musi wiedzieć), w odpowiedzi na krzywdę zadawać krzywdzicielowi pytanie: czemu mnie bijesz?

     Owszem, jest to droga trudna. Podejmując ten sposób sprzeciwiania się złu, sprowadzimy niekiedy na siebie prześladowanie, czasem nawet - jak w przypadku Księdza Jerzego - męczeństwo. Jednak po pierwsze, przyczyniamy się w ten sposób do tego, że w naszym świecie zwiększa się dobro, a nie zło. A po wtóre, nie ma lepszego sposobu demaskowania zła i odebrania mu fałszywej legitymacji uprawniającej do istnienia: postawione w obliczu autentycznego dobra, zło nie może już samo dobra udawać i nieuchronnie ujawnia swoją brzydotę i nieprawość. Fenomen księdza Jerzego na tym polegał, że - sam usłyszawszy do końca słowa Pana Jezusa: nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, bo duszy zabić nie mogą - pokazywał tysiącom ludzi, jak w tamtej konkretnej sytuacji zło zwyciężać dobrem. Owszem, zapłacił za to życiem. Ale jego męczeństwo okazało się potężnym czynem duchowym o znaczeniu wręcz nieprzemijalnym.

     Naśladowanie Jezusa w Jego cichości dotyczy również Jego stosunku do prawdy. On nie chciał niczego głosić sam od siebie. "Moja nauka - mówił z całą jasnością - nie jest moją, lecz Tego, który Mnie posłał" (J 7,16; por. 8,28). "Czyż w tych słowach naszego Mistrza - pytał Jan Paweł II w pierwszej swojej encyklice - nie dochodzi do głosu ta odpowiedzialność za prawdę objawioną, która jest »własnością« samego Boga, że nawet On, Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca - gdy ją przekazuje jako Prorok i Nauczyciel - czuje potrzebę podkreślenia, że czyni to z całą wiernością dla jej Boskiego Źródła?"

     My jesteśmy pokorni w stosunku do prawdy ostatecznej wówczas, jeśli uważnie wsłuchujemy się w naukę Jezusa i Jego Kościoła; jeśli lękamy się prawdę Bożą przeinaczać naszą przemyślnością, ale chcemy przyjąć i możliwie jak najgłębiej zrozumieć tę prawdę, którą przyniósł nam Jezus od swojego Ojca i która przechowywana jest autentycznie w Jego Kościele.

     Błogosławieni cisi - to znaczy ci, którzy trzymają się prawdy Bożej również wówczas, kiedy wydaje się ona przegrywać, jest wyszydzana i uznawana za przestarzałą i nieżyciową. Błogosławieni są ci, którzy wiedzą, że żadnym głosowaniem czy propagandą nie da się kłamstwa ustanowić prawdą ani prawdy pozbawić blasku i majestatu. Błogosławieni są ci, którzy uwierzyli, że ostatecznie zwycięży prawda, choćby kłamstwo było nie wiedzieć jak potężne; prawda, choćby przegrywała, już teraz jest potężniejsza niż zwyciężające kłamstwo. Podobnie jak Chrystus Pan był zwycięzcą już wtedy, kiedy był krzyżowany.

     Błogosławieni są ci, którzy nie kłaniają się bożkowi, któremu na imię sukces. Którzy pragną kochać Boga z całego serca i ze wszystkich sił, i nie chcą stawiać ponad Boga ani siebie samych, ani swoich bliskich, albo jakichś swoich interesów, mód czy uprzedzeń. Błogosławieni, którzy uwierzyli w ostateczną potęgę miłości - także w sytuacjach, kjedy miłość nie jest kochana. I którzy wiedzą, że nie siła i przemoc, ale wierność Bożym przykazaniom zakorzenia nas w rzeczywistości. Którzy wiedzą, iż żadna to korzyść, choćby człowiek cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł.

     Przede wszystkim jednak błogosławieni są ci, którzy starają się cierpliwie znosić zło, jakiego nie da się uniknąć - zło choroby czy kalectwa, niechcianej samotności czy społecznego wykluczenia, doznanej krzywdy lub utraty najbliższej osoby. Błogosławieni są ci, których najdosłowniej nic nie jest w stanie "odłączyć od miłości Chrystusa - ani utrapienie, ucisk czy prześladowanie, ani głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz... Ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła ich odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (Rz 8,35-39).


Jacek Salij OP


Tekst pochodzi z Tygodnika

16 maja 12010


   

Wasze komentarze:
 ;) mm: 20.10.2009, 18:58
 spoko .. ;-) 100% pożyteczne ;)
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej