Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Kochamy swoje dzieci, ale jak?

Jakże często słyszy się narzekania na obecną młodzież, że jest ona coraz gorsza, i biadolenie, co z niej wyrośnie. Przeciwstawia się jej zazwyczaj nasze pokolenie, które było zasadniczo inne, lepsze oczywiście.

"Byliśmy poważni, pracowici i pobożni; nie w głowie nam były głupstwa!" - zwykło się w takich przypadkach mawiać. Jak łatwo się przekonać z odpowiedniej literatury, takie stawianie sprawy powtarza się już od paru pokoleń. Rodzi to oczywistą sprzeczność. Jak bowiem z coraz to górszej młodzieży może wyrastać co najmniej równie jak poprzednio dobre pokolenie dorosłych? Można by więc nad tym przejść dó porządku dziennego, gdyby fakt posiadania takiej lub innej młodzieży przez dane społeczeństwo nie nasuwał konieczności odpowiedzi na inne, poważniejsze pytanie: kto i jak tę młodzież wychowuje, czyli kto ponosi rzeczywistą odpowiedzialność za jej wady, niezależnie od tego, czy są one faktycznie większe niż wady poprzedniego pokolenia, gdy było ono w analogicznym wieku, czy też mniejsze?

W moim głębokim przeświadczeniu, wyrosłym z długich lat pracy z polską młodzieżą w różnym wieku, pochodzącą z różnych środowisk i legitymującą się bardzo różnorodnym wychowaniem, tudzież z uważnych obserwacji sposobu wychowywania dzieci przedszkolnych, podwaliny pod niewłaściwe wychowanie dzieci i młodzieży kładą ich właśni rodzice, a w szczególności matki, wspomagane dzielnie przez babcie. Wiem, że brzmi to jak oskarżenie i tak tezę tę przyjmie niejedna mama i/lub babcia niejednej Karolinki lub niejednego Napoleon- ka. Dotknięta do żywego - jeśli nie wręcz oburzona - sypnie gromami na tego jakiegoś "mędrca", który zapewne nigdy nie miał własnych dzieci ani - tym bardziej - wnuków; łatwo mu więc gderać i dawać dobre rady. Abstrahując od tego, czy ja własne dzieci miałem, czy nie, czy umiałem je wychować, czy nie, proszę uprzejmie zainteresowanego czytelnika, żeby zechciał najpierw spokojnie przeczytać moje uwagi i argumenty. A nuż znajdzie się wśród nich coś, nad czym warto się zastanowić, a być może nawet wykorzystać?

Anty wychowawcze: dziecku należy się to, co najlepsze

Spróbujmy więc podpatrzyć mamę i jej pociechę od chwili szczęśliwego ich wyjścia z kliniki. Nowy mieszkaniec naszego globu potrzebuje - poza łóżeczkiem - przede wszystkim wózka spacerowego. Gdzie jego szanowna mama go szuka? Oczywiście w komisie, bo jej dziecię nie będzie się marnowało w byle wózku krajowej produkcji, i to państwowej. A jak zareagowałaby szanowna nabywczym, gdyby np. jej sąsiadka zaproponowała nabycie wózka używanego, choć w bardzo dobrym stanie i bardzo tanio? Stałoby się to kamieniem obrazy na długi okres czasu! Opowiadał mi pewien ojciec czterech córek - mężatek, że żadna z trzech młodszych nie zgodziła się przyjąć dla swego dziecka wózka używanego uprzednio przez dziecko jej siostry, choć były to wózki zagraniczne. Każdej więc musiał kupować nowy, podobnie jak do ślubu każda szła tylko w nowej sukni, choć użyta uprzednio przez jej starszą siostrę niczym od nowej się nie różniła.

Gdy dziecko zacznie jeść, musi, rzecz jasna, mieć pomarańcze, banany i czekoladki, niezależnie od tego, ile one kosztują i w jakiej relacji jest ich cena do zarobków rodziców. Oczywiście, banana, czekoladkę czy pomarańcze zjada wyłącznie dziecko, co od początku utrwala je w przekonaniu, że tylko jemu należy się to, co najlepsze, bo ono jest w rodzinie najważniejsze. Do tej samej kategorii posunięć antywychowawczych należy posadzenie w tramwaju lub w autobusie dziecka, obok którego staje matka/babcia z ciężkimi torbami zaopatrzeniowymi. W oparciu o własne doświadczenie, odradzam zwracanie w takich przypadkach uwagi mamie/babci na niewłaściwość ich postępowania.

Słowa "daj" i "moje" należą do najpierw opanowywanych (obok mama i tata) przez dzieci, których chęć posiadania i poczucie własności są bardzo silne. Rodzice poczucie to winni łagodzić, a nie utwierdzać. Tymczasem bardzo często są one dla nich dowodem wysokiej inteligencji i zaradności ich dziecka. Gdy następnie dziecko, a zwłaszcza dziewczynka, przygotowuje się do Pierwszej Komunii Św., koniecznie - zdaniem rodziców - musi mieć sukienkę wraz z resztą wyposażenia z komisu. Jak w przypadku wózka spacerowego, nie do pomyślenia jest włożenie sukienki ze swej starszej siostry, a tym bardziej ze starszej koleżanki. Poza zbędnym i wcale nie małym wydatkiem (dla niejednego ojca bardzo trudnym do pokrycia) utrwala to w osobie 8-letniej poczucie własnej wyższości w stosunku do rodzeństwa i koleżanek. Rodzi je wciąż u nas pokutująca szlachecka dewiza: "Zastaw się, a postaw się". W naszych obecnych warunkach powoduje ona - poza deprawacją dzieci i młodzieży - sięganie po cudzą własność, gdyż uczciwe dochody niejednego z rodziców nie mogą zaspokoić jego ambicji.

Wyręczanie dzieci: nie pomoc, ale anty-pomoc

W szkole następuje pierwsza konfrontacja tych według powyższego wzorca chowanych dzieci ze światem poza-rodzinnym. Pojawia się coś, co można by nazwać rozdwojeniem jaźni. W domu - po staremu - dziecko jest najważniejszą osobą: co najlepsze do zjedzenia to dla niego, mama lub babcia czyści mu buciki, szuka rękawiczek, nawet plecak niesie do szkoły, "żeby się kruszynka nie męczyła", a w szkole - jest ono jedną z 30 osób, które dla nauczyciela stanowią określone "tworzywo", poddane pewnej "obróbce" intelektualnej. I choć do każdego dziecka podchodzi on indywidualnie, to jego skala ich wartościowania na bardzo dobrych, dobrych i mniej dobrych zależy od ich postępów w przyswajaniu sobie tego, czego uczą ich w szkole, a nie od poczucia własnej wartości wyniesionej z domu rodzinnego. Ta ostatnia - jeśli nie pokrywa się z prawdą - jest przeszkodą w uczeniu się, a nie pomocą. Niejeden więc geniusz w rozumieniu rodziców okazuje się zwyczajną miernotą, która musi dużo pracować, żeby z wymaganiami szkoły dać sobie jako tako radę. A więc pierwszy poważny obowiązek: uczenie się dzieci koryguje niejako sposób ich wartościowania przez własnych rodziców. Jeśli - w pojęciu rodziców - korekta ta wypada na niekorzyść ich Karolinki czy też Napoleonka, włączają się do akcji, i to znów w sposób niedopuszczalny: w większym lub mniejszym stopniu wykonując prace domowe dziecka, aby poprawić w ten sposób lokatę swej pociechy w porównaniu z innymi. Ponieważ robi to wiele rodziców, nie zmienia to sytuacji w okresie krótkim, a pogarsza w okresie długim, uruchamiając tzw. błędne koło nauczania. Im słabsze bowiem w porównaniu z innymi okazuje się dane dziecko, tym bardziej aktywni są rodzice w jego pracach domowych; im jest większa i im dłużej trwa ta pomoc, tym bardziej ich dziecko odstaje od najlepszych w klasie i tym większej wymaga pomocy. W ten sposób - mimo najlepszych intencji - taka pomoc domu coraz wyraźniej jawi się jako anty-pomoc. Jest nią zresztą od samego początku, tylko najbardziej nią zainteresowani: rodzice dziecka tego nie widzą, bo nie chcą widzieć. Tym niemniej całkowita i wyłączna odpowiedzialność za nią spada na nich. Nie pomoże obciążanie nauczycieli odpowiedzialnością za to, że dane dziecko ma gorsze postępy niż inne (jeśli oczywiście wyłączymy świadomie subiektywny sposób ich oceny). Mając w klasie 30 dzieci, nauczyciel ma 30 umysłów, które z różną łatwością przyswajają sobie informacje, podawane przez niego lub przez podręcznik. Różnice między nimi mogą być częściowo wyrównane, gdy to dziecko, któremu nauka przychodzi trudniej, pracuje odpowiednio więcej. Ale samo, bez wyręczania się kimkolwiek ze starszych osób. Albowiem poza tym, że jest to, jak wspominałem, anty-pomoc, przynosi ona również duże szkody moralne; młody człowiek od swych lat najmłodszych utwierdza się w przekonaniu, że można i należy wyręczać się pracą innych, kryjąc w ten sposób własny brak zdolności i/lub lenistwo.

Następnym błędem wychowawczym wielu rodziców jest całkowite eliminowanie dzieci z prac w domu. Często aż do pełnoletności mama lub babcia czyści buty, pierze skarpetki, nosi tornister do szkoły, zmywa naczynia po posiłkach itp., a on/ona niech się uczy. "Jeszcze się zdążą napracować" - słyszy się odpo- wiedź, kiedy padnie stosowne pytanie. Gdy zaś zaproponować, że taki nastolatek mógłby np. w wakacje trochę zarobić, aby sobie sprawić np. garnitur, usłyszy się odpowiedź głosem pełnym oburzenia: "stać nas na to, aby tę dwójkę dzieci utrzymać!"

Gdy nadchodzą wakacje, rodzice wszystko robią, żeby dziecko wyjechało odpocząć, niezależnie od tego, czy ich na to stać i czy w ogóle wyjazd ten jest ich dziecku potrzebny. Do głowy im nie przyjdzie, że taki nastolatek może sobie zarobić na swe własne - jeśli nie na swej matki - wakacje. Jest to niejako normalne zjawisko w krajach bez porównania od naszego bogatszych. Niestety, u nas jako dobry dowcip opowiada się, że gdy kilkunastoletni syn milionera w USA zwraca się do ojca o dolara na lody, ten mu odpowiada: "A nie możesz sobie zarobić?" "Jak?" - pyta syn. "A mało samochodów stoi na sąsiednich posesjach? Zapytaj, może ktoś potrzebuje, żeby mu umyć samochód, to będziesz miał na lody bez proszenia o to mnie!" "Co za sknera! - słyszy się uwagę Polaka, gdy przytacza się ten przykład. - Mając grube miliony, zmusza własne dziecko do mycia cudzych samochodów". Tak, bo u podstaw jego "grubych milionów" legły tak właśnie zarabiane dolary.

Inny przykład. Parę lat temu rozmawiałem z synem holenderskiego profesora, który tylko co zdał egzamin wstępny na wydział prawa uniwersytetu w Rotterdaniie. Na pytanie, jakie ma plany na wakacje, odpowiedział: "A właśnie wczoraj zaangażowałem się do pracy na dwa miesiące". "Dlaczego? - pytam - Potrzebne panu pieniądze?". "Nie, rodzice moi są raczej zamożni i gotowi są mi kupić nawet samochód, gdybym ich o to poprosił, ale dlaczego mam marnować czas, kiedy mogę być przydatny innym i sobie". A wielu z naszej młodzieży nie pomyśli o pracy, chyba że "za twardą walutę". Wtedy, przeciwnie, gotowi są na każdą poniewierkę. I co ciekawe, ich rodzicom to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jest to przedmiotem ich dumy.

Nie forma "partnerska", ale wdrażanie w trudy życia

I jeszcze jedna cecha naszego domowego wychowania: powszechną formą zwracania się dzieci do rodziców jest zwrot przez "ty", podobnie, jak rodziców do dzieci. To pozornie niewinne zjawisko ma bardzo ujemne dalekosiężne skutki. Od kołyski bowiem wytwarza ono u dzieci poczucie partnerstwa, w którym stroną ważniejszą jest oczywiście dziecko, bo tylko ono je banany, czekoladki i najlepszą wędlinę, ono chodzi w ubraniu z Pewexu, ono jest odsuwane od wszelkiego wysiłku i ono w pierwszym rzędzie jedzie na wakacje. Jaką więc wagę mają uwagi ojca co do niewłaściwości postępowania syna, gdy w wieku np. 10 lat chwyta on za papierosy, a w wieku - nastu lat za kieliszek? "A ty - odpowiada syn ojcu na zwróconą sobie uwagę - nie palisz? Nie pijesz? Przyga- niał kocioł garnkowi!" "Daj mu spokój - włącza się zazwyczaj matka - dorośnie, to sam zrozumie!" W podobnej sytuacji jest mama, gdy swej 13-letniej córeczce zwraca uwagę, że zbyt późno wróciła z wieczorku tanecznego. "A co cię to obchodzi!" - otrzymuje odpowiedź, czyli taką, jaką się daje wścibskiej koleżance. Rzadko kto kojarzy treść takich mało grzecznych odpowiedzi z ich "partnerską" formą, ale badania wykazały, że związek ten jest bardzo ścisły. W szczególnie jaskrawych przypadkach po papierosach, wódce i nocnych wieczorkach przychodzą narkotyki, "skok" na budkę "Ruchu" lub ciąża. I wtedy rozpacz rodziców i biadolenie: "A tak ją/go starannie chowaliśmy! Od ust sobie odejmowaliśmy!" Właśnie! A może to dlatego?

Jeden jedyny przypadek udało mi się spotkać w całym 40-leciu powojennym, kiedy syn - student zwracał się do swego ojca - urzędnika: "Tatusiu", a do matki: "Mamusiu". Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to niezwykłe zjawisko i zapytałem tego młodego człowieka: "Dlaczego tak się pan zwraca do swoich rodziców?" "Tak mnie wychowano" - brzmiała odpowiedź. Właśnie: tak mnie wychowano!

Ponad tysiąc lat temu, gdy u naszych praojców chłopiec kończył siedem lat, czyli.wychodził ze swych lat dziecinnych, wyłączano go spod opieki matki i przechodził pod opiekę ojca, który go powoli wdrażał w jego liczne i trudne obowiązki rycerza, kmiecia lub rzemieślnika. Twarda to była szkoła, ale twardzi z niej wychodzili ludzie. W analogicznym wieku będący chłopiec amerykańskich Indian - zaopatrzony w łuk, tudzież w hubkę i krzesiwo - wysyłany był zimą w góry na przeciąg nie krótszy niż trzy dni, które musiał spędzić samotnie i wrócić. Tylko w ten sposób mógł udowodnić, że godny jest rozpocząć życie dorosłe. A kiedy, gdzie i jaki egzamin składają współcześni synowie? Kiedy, czego i jak uczą ich rodzice dla potrzeb ich przyszłego życia? To samo dotyczy, oczywiście, i córek. I jednym, i drugim rodzice często i skutecznie przeszkadzają w wyrobieniu sobie obowiązkowości i solidności w wypełnianiu swoich obowiązków w zakresie przygotowania się do przyszłego samodzielnego życia, jakim jest ukończenie szkoły. Nawet nie próbują uzupełnić i rozszerzyć programu szkoły o takie czynności, jak gotowanie i pranie dla dziewcząt, a choćby drobne reperacje - dla chłopców. Jak to starałem się wyżej wykazać, robią to niewątpliwie z wielkiej miłości do swych dzieci, ale z miłości zaślepionej, tzn. takiej, która wyłamuje się spod kontroli rozumu. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w szczególnym stopniu cechuje to matki, które w ten sposób znacznie częściej i o wiele bardziej szkodzą swoim dzieciom, niż robią to ojcowie. Oczywiście, robią to w najlepszej wierze, że dobro ich dzieci wymaga właśnie takiego ich traktowania. Ta ich głęboka wiara uniemożliwia ewentualną interwencję ojcom tych dzieci; mają oni zresztą w tym zakresie ograniczone możliwości także i dlatego, że na nich najczęściej leży główny ciężar dostarczania środków na utrzymanie domu, tj. między innymi także na zakup tych bananów, szynki, wózka w Pewexie itp.

I na tym polega tragizm tego zjawiska.

Zdaję sobie w pełni sprawę, że naszkicowany tu obraz jawi się - być może - w zbyt ciemnych kolorach, co może niektórych czytelników tym bardziej razić, że zwykle w Polsce zagadnienia trudne i nieprzyjemne zwykło się ilustrować w sposób wyretuszowany. Zrobiłem to z pełną świadomością, aby dostatecznie silnie podkreślić wagę tego zagadnienia, które tak wyraźnie daje się odczuć nawet wśród młodzieży akademickiej. Wskazując na główną odpowiedzialność matek za ten stan rzeczy, daleki jestem od twierdzenia, że dotyczy to wszystkich matek i wszystkich ich dzieci. Nie twierdzę także, iż gdyby zostały one zastąpione ojcami, sprawa uległaby radykalnej poprawie Wychowanie dzieci jest zresztą obowiązkiem obojga rodziców, ale udział w nich serca i rozumu winien być właściwie odmierzony z jednoznacznym priorytetem rozumu, który zawsze winien rozstrzygać, co dla dziecka jest najważniejsze w długim okresie, a nie doraźnie.

Opisane tezy i przykłady wzbudzą - być może - w niektórych rodzicach pewne refleksje. Jeśli odkryją oni w swoim do swych dzieci stosunku niektóre z poruszonych tu zjawisk i spróbują wykorzystać moje uwagi, to wierzę głęboko, że nie będą tego żałować ani oni sami, ani ich dzieci, którym to wyjdzie na dobre. Sprawi to radość także autorowi tego artykułu, który pisząc go kierował się wyłącznie ogromną troską o szczególnie bliską mu młodzież polską i o jej bliższą, a także dalszą przyszłość.

Marcin Brzoza


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej