Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jak należy kszałtować postawę życzliwości

Zarówno we własnym życiu, jak i w życiu innych łudzi zauważamy ciągłe ścieranie się egoizmu z postawą życzliwości. Nieraz trudno jest odróżnić czyny będące wyrazem życzliwości od egoistycznych. Egoizm bowiem umie się maskować. Przypisujemy sobie motywy wzniosłe tam, gdzie ich nie ma, i tylko gorące pragnienie znajomości prawdy o sobie, będące podstawą pokory, pozbawia nasz egoizm zdolności maskowania się.

Życzliwość wychodząca naprzeciw

Życzliwość to skromniejsza, bardziej więc dostosowana do życia, nazwa miłości. Rozumiemy przez nią chęć czynienia komuś dobrze. Wiadomo jednak, że świadczenie dobra może wynikać z różnych pobudek, czasem nawet niezbyt chwalebnych, jak chęć popisania się lub szukania zarozumiałego samozadowolenia. Zdarza się też, że czyni się coś dobrego w oczekiwaniu wzajemności.

Na ogół wszakże powody życzliwego odnoszenia się są "naturalne", takie, jak sympatia do kogoś, instynkt rodzicielski, zakochanie i inne. Czyni się dobrze zaspakajając swoją psychiczną potrzebę, wynikającą z cielesno-duchowej natury człowieka. Takie motywy nie są moralnie naganne; byłoby wręcz źle, gdyby się człowiek nimi nie powodował. Jednak motywy te bywają w ludzkich odczuciach chwiejne, mogą słabnąć, a nawet zanikać i wówczas brakuje bodźca do czynienia dobrze.

Na szczęście człowiek bywa także zdolny do świadczenia dobra tylko dlatego, że widzi w tym coś wzniosłego, świętego. Czyni wtedy dobrze nie tylko określonym osobom, lecz - bezinteresownie - w miarę możliwości wszystkim. To doświadczenie wzniosłości i świętości szerzenia dobra każe ludziom kierować myśl poza świat materialny, gdyż tak często trudno jest dopatrzeć się w nim samym wzniosłości bądź świętości. Czynimy dobrze w oparciu o wiarę w Boga. Samo okazywanie bezinteresownej miłości staje się udziałem w Jego życiu.

Jeżeli jesteśmy (a raczej bywamy) zdolni do prawdziwie bezinteresownej życzliwości, to możemy ją okazywać dwojako: możemy czynić dobrze, kiedy ktoś się do nas o coś zwraca, albo wychodzić ze swoją życzliwością "naprzeciw", tzn. starać się dostrzegać potrzeby ludzkie w swoim otoczeniu i przyczyniać się do ich zaspokojenia, nie czekając na czyjeś prośby czy wezwania.

Jeśli skierujemy myśli ku Ewangelii, to zauważymy, że właśnie ten drugi styl życia jest nam przez nią zalecany, m. in. w przykładzie Matki Najświętszej. Kiedy na weselu w Kanie Galilejskiej zabrakło wina, "rzekła Matka Jezusa do Niego: wina nie mają" (J 2, 3). Wiadomo, co potem nastąpiło. Aktem miłości wychodzącej samorzutnie ku potrzebom bliźnich było także nawiedzenie przez Nią krewnej Św. Elżbiety na wiadomość, że pozostaje ona w ciąży (por. Łk 1, 39-56).

Pierwszy z tych czynów Matki Bożej był przejawem troski o ludzkie potrzeby, drugi wymagał ponadto poniesienia trudów - trzydniowej wędrówki w niewygodnych warunkach oraz trzymiesięcznej opieki nad kobietą mającą rodzić. Na podstawie przytoczonych fragmentów Ewangelii stwierdzamy, że wskazuje ona ideał miłości wychodzącej naprzeciw potrzebom bliźnich bez czekania na prośby z ich strony.

Jednakże ostrość wymagań Ewangelii potrafimy dość skutecznie "neutralizować". Wysuwamy szereg pytań dając milcząco dogodne dla siebie odpowiedzi. Czyż możemy myśleć o innych - zapytujemy - mając tyle własnych kłopotów? Czy wychodząc naprzeciw potrzebom ludzkim nie będziemy nieuczciwie wykorzystywani? Czyż możemy zaradzić tylu ludzkim biedom, które dostrzegamy?

I wreszcie zastanawiamy się, czy wezwanie do przychodzenia z pomocą wtedy i tam, gdzie nas nie proszą, nie jest tylko czymś w rodzaju "rady ewangelicznej", wskazaniem wysokiego wzorca moralnego dla wybranych.

Odpowiedź na te pytania znajdziemy w prawdzie wiary, że człowiek został stworzony "na obraz i podobieństwo Boże" (Rdz. 1, 27). Zwykle rozumie się przez to podobieństwo fakt posiadania przez nas - w stopniu ograniczonym - władz duchowych: rozumu i woli. Nie zwraca się przy tym na ogół uwagi, że ów rozum to nie tylko zdolność logicznego myślenia, ale i zdolność poznawania wyższych wartości, które możemy dzięki naszej woli urzeczywistniać, czyli kierować się miłością.

Podobieństwo do Boga polega zatem m. in. na posiadaniu w sobie choćby zaczątków bezinteresownej miłości, a całym życiowym zadaniem człowieka ma być w świetle wiary jak największe powiększanie tego podobieństwa zgodnie ze słowami Zbawiciela: "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" (Mt 5, 48). Ale Bóg, do którego mamy się upodobniać, objawił się jako Opatrzność, a więc Miłość, obdarzająca człowieka, zanim zdążył o coś poprosić, a co więcej, planująca jego dobro, zanim jeszcze zaistniał. Św. Paweł mówi, że Bóg wybrał nas w Chrystusie jeszcze przed założeniem świata, abyśmy stali się święci i niepokalani w miłości przed Jego obliczem (por. Ef 1, 4).

W Piśmie św. znajdujemy wprawdzie myśl o potrzebie modlitwy błagalnej, tak jakby Pan Bóg czekał, aż Go będziemy o coś prosić. Chrystus Pan nauczył nas modlitwy "Ojcze nasz". Nie zmienia to jednak charakteru Miłości Bożej jako wychodzącej naprzeciw. Miłość taka dostrzega, czego komuś potrzeba i zapewnia mu to. Modlitwy zawierające prośby potrzebne są nie Bogu, lecz ludziom, dla których mają znaczenie wychowawcze. Modlitwa błagalna jest okazją do zwracania się do Boga, często niemal jedyną okazją, gdy zaniedbuje się modlitwy wielbiące lub dziękczynne. Modlitwa prośby sprzyja uświadomieniu sobie przez człowieka zależności od Stwórcy. Wydaje mi się też, że i w takiej modlitwie prosząc Boga o jakieś dobro dla siebie lub dla innych stajemy się z pomocą Bożą inicjatorami tego dobra, współuczestnikami jego urzeczywistnienia.

Objawienie się Boga jako Miłości wychodzącej naprzeciw człowiekowi oraz wezwanie przez Stwórcę, byśmy Go naśladowali, powinno nas wystarczająco pobudzać do rozwijania w sobie życzliwości wychodzącej samorzutnie ku innym ludziom. Chodzi właśnie o rozwijanie w sobie takiej postawy, gdyż niezmiernie rzadko rodzą się święci jakby od urodzenia, dojrzali w miłości trzynasto - osiemnastolatkowie, jak św. Stanisław Kostka, św. Dominik Savio, bł. Laura Vicuna, bł. Karolina Kózkówna. Na ogół zaczyna się drogę życia od przewagi egoizmu i krótkowidztwa co do dobra innych, co łatwo stwierdzić obserwując dzieci. Między takimi początkami a miłością w stylu św. Maksymiliana jest przepaść, a próby choćby częściowego zasypania tej przepaści trwają całe nasze życie, o ile w ogóle są podejmowane. Jakże często - wobec braku właściwego wychowania w rodzinie czy ze strony Kościoła poprzez katechizację - człowiek pozostaje ze swym infantylnym egoizmem na całe życie.

Kształtowanie postawy życzliwości wychodzącej naprzeciw wymaga przede wszystkim rozwijania wyobraźni o potrzebach innych. Brak tej wyobraźni stanowi istotę bezduszności w stosunkach między ludźmi. Wielokrotnie daje się zauważyć, że ktoś w zasadzie nie jest złym człowiekiem, ale po prostu nie dostrzega, gdzie leży czyjeś dobro. Sięgnijmy po najprostsze przykłady z życia codziennego. W sobotę kolejka po gazetę sięga kilkudziesięciu osób. Ktoś bez wyobraźni zamiast wziąć samą gazetę podając odliczone pieniądze, zaczyna w tym właśnie czasie zakup proszków do prania, sznurowadeł, plastikowych zabawek, papierosów. Niech każdy kupujący zmarudzi dodatkowo tylko minutę, to ktoś na końcu trzydziestoosobowej kolejki będzie stał pół godziny.

Najbardziej charakterystycznym przykładem braku wyobraźni i bezduszności w naszych czasach jest produkowanie hałasów, w szczególności brzęczenie wszędzie radiem. Nawet w miejscowości wypoczynkowej bywa, że ktoś siada w ogrodzie z wystawionym radiem na zewnątrz domu, zakłócając spokój wszystkim sąsiadom. Zmarły niedawno pisarz Andrzej Kijowski wspomina w swej książce Tropy, że jednym z utrapień podczas pobytu w szpitalu było to, że chory na sąsiednim łóżku cały dzień grał na radiu.

Czy można mówić o właściwym wychowaniu dzieci i młodzieży, jeśli nie rozwija się w nich wspomnianego rodzaju wyobraźni, jeśli nie skłania się ich do refleksji nad tym, na czym polega dobro innych w różnych okolicznościach życia i w czym można by im pomóc.

I jeszcze jedno. Bezduszność w obcowaniu z bliźnimi szczególnie obciąża moralnie nas katolików świeckich, nie mówiąc już o duchownych. Ludzie religijnie obojętni nieraz myślą sobie: "on katolik, a jak się do mnie odnosi, jak załatwia moją sprawę?" Takie doświadczenia nie wzbudzają szczególnej sympatii do Kościoła, a nawet dla naszej wiary w ogóle.

Kiedy już się zacznie bardziej dostrzegać potrzeby innych ludzi i rozumieć ich sprawy, trzeba czynić dalsze kroki, by odchodzić od egoistycznej obojętności, od postawy, którą charakteryzuje powiedzenie: "co mnie inni obchodzą? mam dosyć swoich zmartwień".

Pewien znajomy duszpasterz radzi! młodzieży: "Jeśli nie stać was na ofiarność, to spełniajcie te dobre uczynki, które was nic nie kosztują". Jest to bardzo "podstępna" rada. Dobre uczynki, te bez kosztów, "wciągają" nas; zaczynamy odczuwać radość, jaka jest nagrodą za czynione dobro. Prowadzi nas to wprost ku życzliwości wychodzącej naprzeciw.

Co szkodzi mieć zawsze z sobą zapas biletów tramwajowych, zapas monet do telefonu, jakieś tabletki przeciwbólowe i zgłaszać się z nimi widząc czyjąś bezradność w potrzebie? Te drobne nic nie kosztujące uprzejmości już sporo wnoszą, gdy chodzi o zmianę często dającego się zauważyć wśród ludzi posępnego nastroju i atmosfery nieufności.

Stopniowo uwrażliwiamy się coraz bardziej na sprawy innych i to na sprawy coraz poważniejsze, z kategorii duchowych. Wzrasta też nasza gotowość przychodzenia samorzutnie z pomocą. Do typowych niedomagań duchowych należy to, co można nazwać postawą obronno-agresywną, związaną ze wspomnianą atmosferą nieufności. Przyczyną takiego stanu są zapewne trudne warunki życia, ale i coś, co tkwi w naszej psychice. Polak w przypadku zrobienia mu uwagi nie chce wiedzieć, czy była ona słuszna, lecz czuje się dotknięty, od razu zaczyna się bronić, a sądząc, że najlepszą obroną jest atak, przeprowadza go w sposób zależny od poziomu kulturalnego.

Jak zmienić takie stosunki wychodząc z chrześcijańskiej zasady zwyciężania zła dobrem?

Myślę, że najwięcej można zrobić przez właściwe odnoszenie się do innych, niezależnie od tego, czy to od razu przyniesie skutek. Dawniej używano określenia: "ujmujący sposób bycia". Dziś wyszło z użycia to wyrażenie, bo też nie spotyka się odpowiadającego mu zachowania. Raczej obserwuje się sposoby bycia stanowiące zaprzeczenie ujmującego odnoszenia się do innych ludzi. Oto autentyczna scenka: kobieta zwraca się do młodzieńca w kolejce z prośbą o przepuszczenie jej, gdyż inaczej nie zdąży do pracy. Odpowiedź brzmi: "guzik mnie to obchodzi", "mało mnie to wzrusza".

Ujmujący sposób bycia nie pokrywa się z tzw. "dobrymi manierami", po opanowaniu których nie jada się np. ryby nożem.

Przez ujmujący sposób życia, jak wskazuje sama nazwa, ujmuje się kogoś, czyli zyskuje się jego sympatię, przez to, że dostrzega on szacunek, jaki się ma dla jego ludzkiej godności. Tutaj trzeba rozwiać pewną wątpliwość, którą podnoszą zwłaszcza ludzie młodzi. Z jakiej racji mamy szanować kogoś - powiadają - kto zbytnio nie zachwyca moralną stroną swego życia? Otóż szacunek dla określonego człowieka ma dwie "składowe": szacunek dla jego moralnego poziomu i szacunek dla człowieka jako takiego. Zawsze więc obowiązuje przynajmniej ten drugi rodzaj szacunku. Tak więc okazywanie szacunku przez odpowiednie odnoszenie się jest pierwszym i podstawowym narzędziem rozbrajania poczucia zagrożenia, skłonności do agresji ćzy nawet brutalności. Nawet w człowieku brutalnym coś się może zmienić przy zetknięciu z uprzejmością i szacunkiem. Życzliwe i grzeczne odnoszenie się do ludzi niekulturalnych z zamiarem spowodowania zmiany w ich postawie może dość dużo wewnętrznie kosztować. Najłatwiej jest odpowiadać pięknym za nadobne, co też ludzie na ogół robią, twierdząc, że "takiego to trzeba nauczyć". Ale właśnie najlepszą - przynajmniej na dalszą metę - metodą uczenia osób z moralnymi brakami jest kulturalne odnoszenie się, nacechowane opanowaniem i życzliwością.

Ujęcie sobie kogoś w sensie uwolnienia go od nieufności, a nawet poczucia zagrożenia, to bardzo dużo, ale to dopiero obowiązujące minimum. Wiele jest okazji, żeby pójść dalej. Wszyscy mamy przeróżne utrapienia, zawsze więc jest pożądany ktoś, kto potrafi przynieść nam w jakimś sensie ulgę.

Przynieść ulgę to - najprościej - starać się usunąć lub przynajmniej ograniczyć przyczynę cierpienia, ale to nie zawsze jest możliwe. Znoszoną dolegliwość można też złagodzić równoważąc ją jakąś przyjemnością. Warto jednak zwrócić uwagę, że dotkliwość cierpienia bywa różna w zależności od okoliczności oraz punktu widzenia i postawy samego cierpiącego. Wiadomo, że najbardziej dręczy nas cierpienie uznawane za bezsensowne. Występuje to w najprostszych przypadkach życia codziennego - hałas wytwarzany przez kogoś bezmyślnie bardziej dokucza niż zakłócenie ciszy powodowane przez jakąś konieczną pracę. To samo odkrywamy w najpoważniejszych sprawach człowieka. Chrystus Pan ukazując sens dźwigania krzyża mógł powiedzieć: "słodkie jest moje jarzmo, a brzemię lekkie". Prawdy tych słów doświadczają na sobie ludzie oddani Bogu, jak np. duszpasterz Polaków w ZSRR (zmarły w 1974 r.) ks. Władysław Bukowiński, który na zmianę objeżdżał osady polskie w Kazachstanie i odsiadywał w więzieniach lub łagrach - łącznie trzynaście lat. Powołuje się on właśnie na te słowa Zbawiciela w swych Wspomnieniach z Kazachstanu.

Z powyższych uwag wynika, że przynieść ulgę ludziom dotkniętym cierpieniem można m.in. przez wskazanie im jakiegoś dobra, które można uzyskać cierpliwym znoszeniem dolegliwości, zatem przez ukazanie jakiegoś ich sensu. Tak więc życzliwość wychodząca naprzeciw ma do dyspozycji różne sposoby pomagania cierpiącym nawet w warunkach, kiedy zdajemy się być bezradni.

Chrześcijańska troska o innych, nazwana tu życzliwością wychodzącą naprzeciw, nie może uchylić się od pomocy ludziom w uzyskiwaniu wiedzy i dochodzeniu do prawdy.

W życiu codziennym zdarza się, że ktoś potrzebuje wskazówki, informacji, wyjaśnienia. Jakże często widzimy, że ludzie patrzą na to obojętnie - nic ich to nie obchodzi. Przyjąwszy zasadę życzliwego wychodzenia naprzeciw, sami pospieszymy z usługami w tym zakresie. Nasze staranie w takich przypadkach spotyka się zresztą z wdzięcznością.

Gorzej jest, gdy zauważamy, że ktoś błądzi w zakresie prawd religijnych lub moralnych. Próby właściwego wyjaśnienia tych prawd spotykają się zazwyczaj ze sprzeciwem i niechęcią. Spróbujmy zwrócić komuś uwagę, że zawieszenie kalendarza z fotografiami obnażonych kobiet pozostaje w sprzeczności z prawem moralnym i należnym szacunkiem dla płci żeńskiej. Przekonamy się, z jak niemiłą spotkamy się reakcją. A przecież to właśnie życzliwość nakazuje nam troszczyć się o innych, gdy wchodzą w grę sprawy moralne, i nie pozwala trzymać się popularnej zasady, by każdy robił jak uważa.

Podobnie jest ze sprawami religijnymi. Zdajemy sobie sprawę ze znaczenia prawd wiary i rozumiemy, że prawda jest jedna, ta, którą wyznaje i głosi Kościół katolicki. Wiemy też, że większość ludzi bądź to nie zna jeszcze prawdy religijnej, bądź ma nie Chrystusową, lecz swoją "prawdę" religijną. Jeśli w trosce o dobro tych ludzi zechcemy im ukazywać prawdę Kościoła katolickiego, to spotkamy się z zarzutem nietolerancji i braku poszanowania dla cudzych poglądów, przekonanie zaś katolików o posiadaniu w pełni prawdy bywa uznawane za przejaw "triumfalizmu". Jedyne, na co nam katolikom pozwalają, to prowadzić "dialog" przy założeniu, że inni, niekatolicy, mają bardzo wiele racji. Nie rozróżnia się przy tym, czy chodzi o prawdę w zakresie dogmatów, czy o kwestie pozadogmatyczne.

Ale nie powinno nas to wszystko zmylić. O ile W sprawach nie dotyczących dogmatów niekatolicy wnoszą nieraz coś wartościowego, to prawdy dogmatyczne nie mogą być przedmiotem żadnych "porozumień" czy "wspólnych ustaleń" w stylu "okrągłego stołu". Przyjmując możliwość takich kompromisów zaprzeczalibyśmy temu, że Kościół katolicki jest wspólnotą założoną przez Zbawiciela i mającą poręczenie Jego w niej obecności aż do skończenia świata (Mt 28, 20). Hasło szanowania cudzych poglądów jest źle sformułowane. Nie szanuje się poglądów, tylko wyznawców poglądów jako ludzi, poglądy zaś uznaje się, jeśli zawierają prawdę, lub odrzuca, jeśli są błędne. Jeśli szanujemy ludzi i jesteśmy im życzliwi, to ten szacunek i życzliwość wręcz nakazuje nam odwieść ludzi od błędnych przekonań i ułatwić im poznanie prawdy.

W sprawach wiary nakazuje nam to sam Zbawiciel w słowach: "Idąc tedy nauczajcie wszystkie narody" (Mt 28, 19). Jakkolwiek przewodnictwo i główny ciężar tego nauczania należy do biskupów, kapłanów, misjonarzy, to jednak wszyscy katolicy są w jakimś stopniu - w zależności od kwalifikacji i okoliczności - obowiązani do przekazywania prawdy Ewangelii. Ostatni Sobór wyrazi! to w słowach: "Wszystkim zatem wiernym nałożony zostaje wspaniały obowiązek przyczyniania się do tego, aby wszyscy ludzie na całym świecie poznali i przyjęli boskie orędzie zbawienia" (Dekret o apostolstwie świeckich 3). Widzimy więc, że Sobór traktuje życzliwość wychodzącą naprzeciw wszystkim ludziom w celu ukazania im prawdy Ewanglii jako obowiązek każdego katolika. Ten obowiązek staje się tym bardziej naglący, im większe występują zagrożenia duchowe w społeczeństwie. Podkreśla to Sobór w słowach: "Ponieważ zaś w naszych czasach powstają nowe zagadnienia i panoszą się nagminnie bardzo niebezpieczne błędy, które usiłują zniszczyć zupełnie religię, porządek moralny i samo społeczeństwo ludzkie, obecny Sobór święty zachęca gorąco świeckich, by każdy w miarę swoich uzdolnień i wykształcenia, zgodnie z myślą Kościoła wypełniał z większą pilnością swoje zadanie w zakresie wyjaśniania, obrony i odpowiedniego dostosowania zasad chrześcijańskich do problemów obecnej doby" (D. o ap. św. 6).

O jednym z dzisiejszych błędów mówi Episkopat Polski w swym Liście na "Tydzień Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan 18-25 I 1989". Chodzi, jak powiedziano w Liście, o "fałszywy ire- nizm", czyli dążenie do zaprowadzenia jedności chrześcijan z pominięciem katolickiej prawdy, dla pozornej zgody. Błąd ten potępia też Sobór w Dekrecie o ekumenizmie p. 11. Są niestety autorzy piszący w czasopismach katolickich, którzy ów fałszywy irenizm uprawiają. Przykładem może być wypowiedź Jana Turnau'a w "Więzi" 4/1986 s. 136-137: "A zatem - jakaś wymiana, zatem - ruch dwustronny a nie "powrót do Rzymu" zalecany jeszcze - choć z największą miłością - w pierwszych wystąpieniach Jana XXIII. Czy może raczej ruch wielostronny: marsz promienisty wszystkich chrześcijan do centrum, którym jest Chrystus".

W ujęciu tym znika jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Są tylko chrześcijanie dążący do Chrystusa. Publicysta zapomniał, że Chrystus - tak jak obiecał - jest w tym jednym Kościele, Kościele katolickim, i bracia odłączeni dążąc do Chrystusa powinni się z tym Kościołem połączyć (Dekr. o ek. 3).

Zjednoczenie chrześcijan z pominięciem prawdy nie jest możliwe, gdyż jak powiedział Papież Jan Paweł II w encyklice Redemptoris Mater "Chrześcijanie wiedzą, że jedność między nimi zostanie przywrócona tylko wówczas, gdy będzie oparta na jedności wiary" (30). Gdyby nawet jakieś "zjednoczenie" chrześcijan mogło nastąpić nie w jednej prawdzie Chrystusowej , oznaczałoby to odwrócenie się od tej prawdy, zlekceważenie jej. Trudno przyjąć, żeby to wyszło ludziom na dobre, skoro Chrystus Pan nakazał nauczać narody zachowywać wszystko, cokolwiek przykazał (Mt 28, 20).

Łączenie w jedną całość sprzecznych doktryn, wyznawanych przez różne wspólnoty religijne, nazywane jest synkretyzmem. Synkretyzm jest dziś pokusą dla teologów bardziej zaangażowanych w ruchu ekumenicznym. Widoczne jest, że niektórzy z nich pokusie tej ulegają. Trzeba się też liczyć z próbami propagowania wśród chrześcijan synkretyzmu religijnego przez wolnomularstwo. Głosi ono ideę religii odpowiadającej wszystkim ludziom1. Ale takiej religii nie ma i być nie może. Religia bowiem musi opierać się na tym, co Pan Bóg objawił, a nie na tym, co odpowiada ludziom, zwłaszcza wszystkim. Idea wolnomularstwa godzi więc w religię i Kościół. Trzeba też pamiętać, że wolnomularstwo ma głębsze struktury i cele ukryte. Toteż wolnomularstwo zostało potępione przez Kościół, także po Soborze Watykańskim II. Wydane zostały mianowicie dwa oświadczenia Kongregacji Nauki Wiary z 17 II 1981 r. i 26 XI 1983 r., oświadczenie Episkopatu Niemiec z 12 V 1980 r. oraz Komitetu do Badań i Praktyki Duszpasterskiej Episkopatu Amerykańskiego z 27 VI 1985 r. ("Ryc. Niep." 1/1986). Kościół odrzuca ekumenizm prowadzący do synkretyzmu i uważa, że braciom odłączonym trzeba udostępniać prawdę katolicką wychodząc im naprzeciw. W Dekrecie o ekumenizmie czytamy: "Wierni Kościoła katolickiego powinni bez wątpienia w pracy ekumenicznej troszczyć się o odłączonych braci, modląc się za nich. użyczając im wiadomości o sprawach Kościoła i pierwsi powinni wychodzić im naprzeciw" (3). Zatrzymałem się dłużej nad okazywaniem życzliwości wychodzącej naprzeciw, gdy chodzi o przekazywanie prawdy, w szczególności prawdy religijnej, ten bowiem przejaw życzliwości jest zupełnie niedoceniany. Istnieje co najwyżej zrozumienie dla życzliwości w stosunku do potrzebujących pomocy materialnej, bądź jakiejś ulgi w cierpieniu fizycznym. Nie dostrzegamy wielu duchowych ludzkich utrapień, a tym bardziej nie zdajemy sobie sprawy z możliwości i potrzeby starań z naszej strony, aby je zmniejszyć lub usunąć.

1) Pastor Janus Anderson (1680-1739) opracował konstytucję dla założonej w 1717 r. w Londynie " Wielkiej Loży Anglii". W konstytucji jest mowa o obowiązku przyjęcia "religion in wihich all men agree" (religii, na którą się wszyscy godzą) (por. ks. J. Warszawski, "Verbum" 1983 t. I, 2, s. 96).

Doc. dr hab. inż. Mirosław Roszkowski


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Modlitwa do św. WawrzyńcaModlitwa do św. Wawrzyńca

Litania do św. WawrzyńcaLitania do św. Wawrzyńca

Duch czasów ostatecznychDuch czasów ostatecznych

Bóg jest wszechmocny, ale lepiej od nas wie, co dla nas najlepszeBóg jest wszechmocny, ale lepiej od nas wie, co dla nas najlepsze

Treść orędzia fatimskiego: Znana i nieznanaTreść orędzia fatimskiego: Znana i nieznana

Najbardziej popularne

Godzina ŁaskiGodzina Łaski

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt

© 2001-2022 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej