Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Niech będzie uwielbiony Pan!

     Jestem 36-letnią kobietą - matką - żoną i mieszkam wraz z rodziną w małej miejscowości. Pragnę złożyć świadectwo na większą chwałę Pana i oświadczyć, że Pan nasz - Jezus Chrystus żyje! Dziaia w nas, jeśli tylko zawołamy do Niego o pomoc i pozwolimy Mu zamieszkać w naszym sercu - oddając Mu swoją wolę, duszę i powierzając Mu nasze życie. Wtedy On - Bóg Miłosierny - ogarnie nas Swoją cudowną opieką i miłością i będzie naszym najwierniejszym Przyjacielem. Ja, Jola, doświadczyłam tej cudowności i nadal czuję, jak wzrasta we mnie miłość. To już trzy lata minęły. W ciągu tych lat Pan Jezus zmienił moje nędzne życie w oazę spokoju, radości, szczęścia, nadziei. Pan nadał ogromny sens moim cierpieniom - zbawczy sens...

     Z mojego wczesnego dzieciństwa zachowały się niezbyt przyjemne obrazy. Pijany tato, awantury, agresja, wyzwiska, przekleństwa. I chociaż tato nigdy nas po pijanemu nie bił, baliśmy się go (miał coś złowieszczego w oczach) i uciekaliśmy z domu, czekając aż zaśnie... Często bił mamę i rozbijał się. Dokładnie pamiętam tę noc, kiedy siedząc w jakimś mrocznym zakątku, płakałam... Płakałam, patrząc tęsknym wzrokiem na pogrążone we śnie domy moich rówieśników. I narastał we mnie bunt, poczucie niesprawiedliwości i nienawiści do ojca, że nam tak życie urządził. Wiecie, co w tym było najgorsze? Świadomość, że to się nie zmieni, że ciągle będzie pił i awanturował się - latami. Bywały momenty, że chciałam jego śmierci.

     Nie myślcie, proszę, że w mojej rodzinie było wszystko złe. Tato mój bardzo nas kochał i dawał nam dużo opieki. Kiedy był trzeźwy, zabierał nas na wycieczki, grzybobranie i bardzo rozpieszczał nas we wczesnym dzieciństwie. To demon pijaństwa zniewolił go - tak wartościowego człowieka. Do kościoła chodziliśmy rzadko w związku z większymi świętami, uroczystościami. W naszym domu nie mówiło się o Bogu, nie widziałam rodziców modlących się, chociaż mama kazała nam mówić pacierz i nieraz siłą goniła nas do kościoła na mszę. Bardzo nie lubiłam chodzić do kościoła. Było tam dużo ludzi, a ja nie lubiłam ludzi i tego, że na mnie patrzą. Byłam pełna kompleksów, nie chciałam błyszczeć. Nie znałam wtedy Boga takiego, jak teraz. Myślałam o Nim, że króluje sobie we wszechświecie i bawi się nami jak lalkami. To znaczy, że dobry jest tylko dla dobrych, a nami się nie przejmuje. Kiedy byłam w wieku dorastania, moje wyobrażenia o Bogu były nikłe, nie wierzyłam, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym i nie starałam się wnikać w poznanie Prawdy. Bardziej interesowała mnie nekromancja, wróżbiarstwo, horrory, parapsychologia. Byłam kompletną ignorantką. Budowałam swój system wartości odrzucając Najwyższe Dobro - Boga.

     W średniej szkole spowiadałam się raz na 2-3 lata i wychodziłam z konfesjonału obrażona, że "jakiś tam ksiądz" może mi robić wymówki lub dawać rady. Rad nie potrzebowałam. Sakrament pokuty uważałam za niepotrzebny. Ale raz na jakiś czas szłam do spowiedzi, bo koleżanki chodziły, bo mama nalegała... nigdy z powodu skruchy.

     Na religię chodziło się wtedy potajemnie i nie wolno było mówić o Bogu w szkole i w internacie.

     W okresie mojej młodości zaczęłam marzyć o miłości. W gruncie rzeczy, od kiedy pamiętam - zawsze tęskniłam za miłością - nie taką ludzką - ale za Miłością doskonałą, bezinteresowną, która da mi szczęście, poczucie bezpieczeństwa. Tęskniłam za kimś, kto będzie moim ukochanym, ale zarazem i potężnym opiekunem tulącym mnie z najpiękniejszą czułością. Nie wiedziałam wtedy, że moim marzeniem jest sam Bóg.

     I szukałam tej miłości w mrokach, po omacku, a szatan nie spał, wykorzystywał moją ślepotę duchową, dając mi złudne szczęście. Zafałszował uczucia miłości, omotał mnie nieczystością i pogrążył w rozpaczy, w rezultacie w śmierci. Tak powoli stawałam się nieczysta. Pierwszy chłopak był o 4-5 lat starszy ode mnie, pozostawił po sobie bolesne wspomnienia w moim sercu. Zaufałam mu i strasznie się zawiodłam. Na początku naszej znajomości nie pragnęłam żadnych zbliżeń, pragnęłam tzw. "szczenięcej miłości" (spacerów, rozmów, pocałunków), ale on nie dawał za wygraną. Zerwałam z nim. Odezwał się po pół roku i zaczął swą grę na nowo, tym razem skutecznie. Potem rzucił mnie tłumacząc, że nie będzie wiązał sobie życia z biedą, gdyż nabawi się przez to wrzodów na żołądku. To była moja pierwsza miłość. Byłam zrozpaczona i chciałam popełnić samobójstwo. Stało się jednak wręcz odwrotnie. Lądowałam w ramionach innych chłopców szydząc z nich, raniąc ich, kiedy któryś próbował myśleć o mnie poważnie, natychmiast zrywałam znajomość. Zaczęłam palić papierosy. Potrafiłam upijać się do nieprzytomności. Stałam się egoistką, prowokatorką i kokietką. Kiedy poznałam mojego obecnego męża, byłam już doświadczoną 19-latką, która miała za sobą kilka nieudanych romansów. W ogóle nie miałam do niego żadnych ciepłych uczuć, byleby tylko mieć partnera do zabawy, do łóżka, do szaleństwa za wszelką cenę. Czasami tylko, w chwilach refleksji "ktoś" (w moim wnętrzu) zadawał mi pytanie: "I to ma być szczęście?!" O!!! Daleko mi było do szczęścia. Pragnęłam go za wszelką cenę, ale nie umiałam go dawać innym. Zaszłam w ciążę - nie chciałam wychodzić za mąż, więc powiedziałam swojemu chłopakowi, że usunę. Jednak on zdecydowanie nie pozwolił mi na to. Bogu niech będą dzięki! Pobraliśmy się i zaczęło się nasze wspólne pasmo cierpień. Urodziłam syna (jest nieuleczalnie chory). Od samego początku nie potrafiłam pogodzić się z jego chorobą. Nie byłam czułą matką. Ciągle mi było źle. Wyśmiewałam się z męża, że to być może w jego rodzinie jest jakiś gen, który mści się na mnie i na moim dziecku. Byłam okrutna, bezlitosna dla męża. On wychodził z domu pod byle pretekstem i nie gardził alkoholem. Powoli wpadał w nałóg. Mijały lata życia w kłótniach, awanturach, w gehennie. W międzyczasie urodziłam córkę - zdrową. I gorzkniałam, działa mi się wtedy straszna krzywda. W tym czasie mój tato powiesił się... znaleziono przy nim nie dopitą butelkę wódki. Przed samobójstwem zdjął z szyi poświęcony medalion. Bardzo przeżyłam śmierć ojca, ale nawet tak dramatyczna sytuacja nie otworzyła mi oczu na Boga, ciągle byłam zaślepiona. Nie szukałam pomocy tam, gdzie powinnam. Kościół znajdował się naprzeciw mojego mieszkania, po drugiej stronie drogi. W niedzielę przychodzili do nas koledzy męża na karty (zamiast na mszę). Czasami oglądaliśmy filmy pornograficzne. A życie stawało się nie do zniesienia. Dzieci nam bez przerwy chorowały, mąż przepijał pieniądze, bywały momenty, że nie mieliśmy co jeść, że czekaliśmy, aż dzieci się najedzą i zostawią trochę zupy mlecznej na talerzu. Brakowało nawet na chleb. Próbowałam podciąć sobie żyły... Co ja wtedy czułam! ! Nienawiść, niechęć do życia, bezsilność. Czułam się bardzo zła, niepotrzebna - potępiona. Pewnej nocy - w desperacji, chwyciłam za nóż i doskoczyłam do pijanego męża, który wrócił w środku nocy, krzyczałam, że go nienawidzę, że mam dość życia z alkoholikiem itp. Na szczęście, uchwycił w porę moją rękę, bo miałam wtedy bardzo dużo jakiejś negatywnej siły i gotowość do popełnienia nawet zbrodni. Cudem nie stało się nic tragicznego. Nie obchodziło mnie wtedy to, że dzieci patrzą na "rodziców". Boże! Jak ogromną krzywdę moralną wyrządziłam moim dzieciom. Czy starczy mi życia, aby choć w małej cząstce wynagrodzić im to, co bezpowrotnie zniszczyłam? Płakałam nad mym losem. Że życie nie układa mi się tak, jak sobie wymarzyłam. Chciałam mieć wszystko, co dobre - nic w zamian nie dając. Co za egoizm!

     Opisuję wam moją ogromną nędzę po to, abyście choć w małym stopniu odczuli, jak silne było moje nawrócenie, które wam zaraz opiszę.

     Po wydarzeniu z nożem zaczęłam częściej zastanawiać się nad moim życiem i doszłam do wniosku, że nie mogę się dać zwariować, że są jakieś granice, których przekroczyć nie wolno. Zdawałam sobie sprawę z tego, że im więcej popełniam zła, tym bardziej cierpię. Pragnęłam pomocy jak tonący, ale nie wiedziałam, gdzie jej szukać. Chociaż coraz częściej zaczynałam patrzeć w stronę kościoła, czasami, będąc w jakimś obcym mieście, widząc otwarty kościół, wchodziłam onieśmielona, klękałam i rozmyślałam, czy Bóg jest tam obecny... jakaś siła ciągnęła mnie do kościoła, ale nie pełnego ludzi - do pustego kościoła na jakąś rozmowę z kimś tajemniczym... kto mnie coraz bardziej pociągał do siebie. Ale kiedy wracałam do rzeczywistości, szybko zapominałam o moich rozmyślaniach o Bogu. I Pan znalazł sposób, abym częściej o Nim myślała. Pewnej niedzieli poszłam nakarmić króliki znajomej, która musiała gdzieś wyjechać. Kiedy weszłam do szopki, uwagę moją przykuł duży krzyż, wielkości około 60 cm, rzucony na stertę śmieci przeznaczonych do spalenia. Wyrzucony! Niepotrzebny! Na nim Pan Jezus umęczony! I chociaż ręce były oderwane pod pachami, brakowało kawałka prawej nogi - był piękny! Z jakimś ogromnym pietyzmem zaniosłam ten krzyż do domu. Z nieopisaną delikatnością, nadzieją i radością myłam ten krzyż - tak jakby były to żywe członki Pana Jezusa. Przykleiłam ręce i dorobiłam kawałek nogi z drewna. Powiesiłam krzyż na centralnym miejscu w sypialni. Od razu stał mi się bardzo drogi. Byłam z niego bardzo dumna. I chociaż jeszcze nie potrafiłam pojąć ofiary Pana Jezusa, jaką złożył dając j się ukrzyżować, zaczynałam poznawać sens mojego cierpienia.

     Krzyż wisiał na ścianie, a ja dalej trwałam w mojej nędzy i grzechu - nie potrafiłam się modlić - nie znałam wartości modlitwy. Aż któregoś dnia w rozpaczy, w nieszczęściu i goryczy upadłam pod tym krzyżem na kolana i zaczęłam modlić się i płakać, i prosić w taki sposób: "Boże - jeżeli jesteś, jeżeli istniejesz i uważasz mnie za swoje dziecko na którym Ci zależy, to błagam Cię! Błagam Cię! Pomóż mi! Pomóż mi! Bo już dłużej nie dam rady tego ciągnąć. Wpadłam w bagno i nie umiem sama z niego się wydostać..." Ile było takich modlitw... nie pamiętam. Codziennie całowałam Nogi, które się tak umęczyły szukając mnie, ciągle uciekającą od Pana Jezusa.

     Zaczęłam czytać Biblię. Postanowiłam przeczytać ją całą. Udało mi się to, ale z nikłym skutkiem, gdyż bardzo mało z niej rozumiałam. Ewangelią byłam zachwycona, chociaż nie pojmowałam sensu przypowieści. Przeczytałam ją kilka razy. Jezus Chrystus stał się mym IDEAŁEM. Ale jak Go naśladować, skoro jestem zupełną przeciwnością. On jest Święty - ja jestem grzechem, On jest łagodny - ja wybuchowa, On jest pokorny - ja pyszna i wyniosła, On wybacza - ja chowam urazy... Na dodatek zaczynałam pojmować moją słabość, która dokuczała mi, kiedy chciałam zerwać z jakimś grzechem. Zaczęłam chodzić do kościoła, spowiadać się i przyjmować Komunię św. To Pan Jezus na pewno prowadził mnie za rękę, abym odważnie stawała do walki z grzechem, ujawniając go w konfesjonale. Niestety, jeszcze nie miałam tyle odwagi, aby spowiadać się zupełnie szczerze. Wtedy jeszcze nie rozumiałam znaczenia Sakramentu Pokuty. Pragnęłam bardzo poznać Boga - był moją nową Fascynacją - jeszcze nie Miłością (jeszcze Pana w ten cudowny sposób nie odczułam). Do tego potrzeba mi było lat pokuty, tęsknoty, aktów skruchy, modlitwy, zwątpień, umocnień - po prostu - Łask Bożych.

     Pan rozpalił we mnie pragnienie i poznania Jego Słowa. Nie miałam do kogo zwrócić się o duchową radę. Czułam wtedy nieufność do spowiedników. Myślałam, że mnie skrzyczą, wyśmieją. Widziałam w nich ludzkie słabości, bałam się, że mnie nie zrozumieją. Podejrzewałam ich o to, co miałam w swoim - chorym i złym wnętrzu. I znów Pan znalazł sposób. To był prawdziwy, radykalny przełom w moim życiu. Najpierw wpadły w moje ręce "Orędzia Pokoju i Miłości". Zaczęłam czytać te proste "Orędzia" w okresie Wielkiego Postu. Dał mi Pan poznać całą nędzę moją, ale tak, aby mnie to nie zabiło.

     Moment uzdrowienia mojej duszy nastąpił tydzień przed Wielkim Piątkiem w 1996 roku. Było to bardzo bolesne uczucie. Dosłownie w ciągu jednej chwili Pan ukazał mi całą moją nędzę! Ogarnęło mnie ogromne przerażenie, gorycz, rozpacz - miałam wrażenie, jakby cała Boża sprawiedliwość runęła na mnie. Czułam się nędzarką! - to mało powiedziane! Zrozumiałam, jak bardzo raniłam swoimi grzechami Najczystsze i Najświętsze Serce Jezusa. W ten sam dzień, tak oświecona moją nędzą, wyspowiadałam się szczerze płacząc, mówiąc tyle grzechów, ile mogłam spamiętać. Po spowiedzi wstąpiła w moje gardło, klatkę piersiową taka gorycz, że nie wiem jak to opisać. Nie potrafiłam dobrze wypowiadać słów, czasem wydobywał się z mojego gardła jakiś bełkot, który sprawiał, że się dusiłam. Targały mną jakieś dreszcze - jak w gorączce. Myślałam, że tracę mowę. Czułam, jak język u nasady puchnie i dusi mnie. Trwało to przez prawie cały Wielki Tydzień. Nawet znajome pytały mnie, dlaczego tak dziwnie mówię. W tym czasie doświadczyłam działania szatana. Kiedy zasypiałam, coś nagle zaczynało mnie męczyć, dręczyć. Zaczynały nagle pojawiać mi się przed oczyma twarze - okropne - wisielcze, zmasakrowane, bez oczu, zębów, każda była jakoś zdeformowana. Były bardzo wyraźne, pojawiały mi się w ciągu dnia kilka razy. Za każdym razem inna twarz i tak silny impuls, jakby ktoś w tym momencie sypał iskry na serce. Najgorsze było to, że nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Nikt mnie nie rozumiał. Modlić się nie potrafiłam, bo kiedy tylko klękałam pod krzyżem, zalewała mnie fala boleści i winy tak, że kuliłam się jak zbity pies, płakałam, łkałam i nie odczuwałam żadnej ulgi. W czasie Wielkiego Tygodnia pościłam, nic nie jedząc, przez około 2-3 dni. Do kościoła chodziłam codziennie i przyjmowałam Komunię św. chociaż Bóg jeden wie, skąd czerpałam odwagę, aby przyjmować Ciało Pana Jezusa. W Wielki Piątek, po liturgii, ustawiła się kolejka do ucałowania Pięciu Ran Pana Jezusa. Ja też stałam i patrzyłam na niektórych (większość), z jaką obojętnością to czynią. Ogromny ból ścisnął moje serce i gardło - w momencie tym chciałam krzyczeć: "Ludzie! Jak całujecie te Rany dla was zadane?!" i Po ucałowaniu Ran ledwo stałam na nogach, czułam się tak, jakby mi ktoś zabił najdroższą osobę. Szybko wyszłam z kościoła, gdyż czułam, że nie zniosę dłużej tej goryczy. W drodze powrotnej spotkałam "idącego" pijanego człowieka. I to dopełniło miary. Płacz, spazmy wstrząsnęły całym moim ciałem. Chciało mi się wyć - to mało powiedziane. To wszystko sprawiło, że stopniowo ustępowała z mojej duszy, ciała ta "dziwna blokada". Kiedy przyszłam do domu i uklęknęłam pod krzyżem, poczułam się wolna, lekka, ustąpiła gorycz. Nareszcie mogłam się pomodlić z jakimś cudownym pokojem w sercu. Ogarnął mnie bezwład, bezsilność. Poczułam, że bez Boga nic nie znaczę. I stopniowo zaczęłam odczuwać miłość. Zaczęłam kochać Pana mego Jezusa Chrystusa.

     Teraz opiszę wam, jakiego Jezusa poznałam. Jest bardzo, bardzo delikatny i subtelny w postępowaniu z duszą, która dopiero się odradza. Przez cały czas daje znać o Swojej obecności, wierności, udzielając duszy wielu, wielu łask, i dusza czuje tę dziwną, cudowną obecność i wie, że to On - Najukochańszy Bóg. Daje mojej duszy poznanie po kropelce, aby mnie nie przestraszyć, nie przywalić nadmiarem wymagań. Nie żądał Pan ode mnie natychmiastowego zerwania z przeszłością, ale uświadamiał mi stopniowo, z których grzechów powinnam się natychmiast wyspowiadać i których zdecydowanie tolerować nie będzie. To były nagłe oświecenia, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że ten a ten grzech był obrzydliwy w oczach Pana - w tym jakby olśnieniu nie potrafiłam o niczym innym myśleć, tylko o tym, żeby jak najprędzej zrzucić z siebie to jarzmo grzechu spowiadając się z niego. Dopiero po spowiedzi następował spokój duszy. I tak było z wszystkimi grzechami przeszłości. Nieraz dziwiłam się, jak mogłam nie zauważyć kiedyś tych obrzydliwości, które popełniałam. Przestałam palić papierosy, gdyż było to Jego Wolą. Przestałam pić alkohol, gdyż myślę, iż bardzo podoba się Panu, że wynagradzam (nie piję) za słabość mojego taty, który sam sobie już nie pomoże. Wszystko mu wybaczyłam i modlę się za jego biedną duszę. Rok po moim nawróceniu, przyszła kolej na mojego męża.

     Odczuwałam tak silną potrzebę wdzięczności dla naszej Mateńki kochanej, że pragnęłam zawierzyć się Jej przed Cudownym Wizerunkiem. To Pan pragnął, abym poznała Najczystszą Dziewicę i dał mi do zrozumienia, że nie odmówi mi niczego, jeżeli będę Go prosiła za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny. Kocham naszą Najświętszą Maryję, bo Ona zawsze otacza mnie, męża i moje dzieci szczególną opieką.

     Poszliśmy z mężem na pielgrzymkę do Częstochowy. Do końca życia nie zapomnę przeżyć, jakich doznałam w środowisku kapłanów, sióstr zakonnych i pielgrzymów. Tam poznałam dokładnie naszą katolicką wspólnotę i byłam dumna z tego, że urodziłam się po to, aby być w tej wspólnocie, przeżywać razem modlitwy, msze św., trud marszu, zabieganie o noclegi, o jedzenie. Byłam bardzo zmęczona i bardzo szczęśliwa. Na pielgrzymce przeważała młodzież, którą bardzo pokochałam i podziwiam za radość ducha, bezinteresowność, brak wyrafinowania. Kochani, jesteście wspaniali! Dziękuję Bogu za ten dar przebywania z tak fajnymi ludźmi. Mój mąż - przeciwnie. Od samego początku narzekał na wszystko dlatego, że nie wolno było pić i palić. Kiedy dotarliśmy na miejsce, trochę się udobruchał. Ale to nie było to, czego się spodziewałam. Myślałam, że po pielgrzymce przestanie pić. Tymczasem w niego jakby demon wstąpił. Upijał się do nieprzytomności, a koledzy w bardzo śmiali się z niego i ze mnie, że chciałam go zrobić świętym. Nieraz, kiedy spał w upojeniu alkoholowym, żal było na niego patrzeć. Czułam, że kocham go i muszę mu jakoś pomóc. Siadałam cichutko naprzeciw niego i płakałam, modląc się za jego duszę i błogosławiłam mu z całego serca. Bóg wie, ile się nacierpiałam, kiedy przychodził w środku nocy pijany i zaczynał szukać powodu do awantury. Starałam się nie dawać poznać po sobie jak bardzo mnie rani, i kiedy to nie pomagało, brałam różaniec w ręce, klękałam pod krzyżem i głośno zaczynałam się przy nim modlić, patrząc na niego z nieopisaną litością. Skutek bywał natychmiastowy. Mąż, po kilku siarczystych przekleństwach, cichutko zamykał drzwi od mojego pokoju i zaraz szedł spać. Pan Jezus nauczył mnie pokory w takich chwilach. Po półrocznej gehennie pijaństwa na umór od powrotu z Częstochowy, mój mąż przestał pić. Nie pije już od dwóch lat. I jak tu nie dziękować Maryi!

     Chciałabym skierować bardzo ważne słowa do kobiet, które mają mężów alkoholików. Kochane siostry, nie kłóćcie się ze swoimi mężami, kiedy przychodzą pijani, nie dawajcie powodu, aby mówili, że przez was piją. Kochajcie ich, nie porzucajcie ich. W waszych mężach alkoholikach jest cierpiący Chrystus, i oni potrzebują bardzo miłości, modlitwy, oddania i pewności, że mogą na was liczyć. Choćby byli samymi szatanami - nie poddawajcie się, wybaczajcie. Proście Pana Jezusa i Matkę Najświętszą o pomoc, a jeżeli taka będzie Jego Wola, otrzymacie od Pana dużo więcej niż prosiłyście. Przepraszam - jeżeli ośmielam się udzielać rad - ale płyną one z mojego dramatycznego doświadczenia. I żaden psychiatra tu nie jest większy niż Sam Jezus, który naprawdę wszystko może.

     Zaczęłam systematycznie uczęszczać na msze św. I muszę tu zaznaczyć, że Kościół przygarnął mnie jak matka kalekie dziecko. Zawsze podczas spowiedzi, kapłani, którzy mnie spowiadali, dawali mi odczuć tę opiekę. Na przykład, po około roku od mojego nawrócenia, Pan znowu oświecił moją duszę i poczułam, że muszę się wyspowiadać z grzechów nieczystości zmysłów. Bardzo ciężko było mi iść z takim brzemieniem do spowiedzi - wstydziłam się bardzo mówić o tym spowiednikowi (widziałam w nim tylko mężczyznę). Pan Jezus znalazł sposób. Zaczęły się rekolekcje i po jednej z nauk stanowych zrozumiałam, że temu kapłanowi powierzę moją wstydliwą tajemnicę. Jak wielkie było moje zaskoczenie i radość, gdy ten kapłan pogratulował mi odwagi, pocieszył i podbudował na duszy mówiąc, że jestem na dobrej drodze, i w dodatku życzył mi wielu łask Bożych. Niech będzie za to błogosławiony! Do i tych grzechów nie wróciłam już ani razu - czuję do nich wstręt i obrzydzenie. Myślę, że wtedy zrozumiałam, jak ogromną wartość ma Sakrament Pokuty. Skrucha i szczera spowiedź, to jest to najważniejsze w tym sakramencie. Bez szczerej spowiedzi dusza nie postępuje naprzód. Dziękuję Panu Bogu za odwagę, jaką wykazywałam, spowiadając się z najgorszych obrzydliwości.

     Teraz pragnę opisać wam, jakie znaczenie ma dla mnie Komunia święta. Od samego początku, kiedy tylko moje serce się skruszyło, przyjmowałam Komunię św. I chociaż jeszcze byłam pełna nie czystości, grzechów, chociaż bardzo wstydziłam się iść do Komunii - czułam się niegodna - jakaś wewnętrzna, stanowcza "moc" nakazywała mi przyjmować Ciało Pana Jezusa. I wiem na pewno, że gdyby nie to cudowne działanie Chleba, nie postąpiłabym naprzód, bo nie miałabym odwagi szczerze się spowiadać.

     O, Hostio Święta, zdroju Bożej Słodyczy,
     Ty dajesz duszy mojej moc,
     O, Tyś Wszechmocny, Któryś
     przybrał ciało z Dziewicy,
     Przychodzisz do serca mojego
     utajony I nie dosięga Cię zmysłów noc.

         (S. M. Faustyna)

     Teraz wiem na pewno, że gdybym nie przyjmowała od początku mojego nawrócenia Komunii św., odrzucałabym zdroje łask i gardziłabym darami Pana, które były mi potrzebne na drodze oczyszczania. Komunia św. jest najpiękniejszym darem dla nas, ludzi - wiem o tym na pewno!

     Powoli zaczęłam odkrywać wartość modlitwy. Na początku modliłam się inaczej, bez skupienia, ciągle patrzyłam na zegarek. Kiedy raz w tygodniu odprawiałam Godzinę Świętą z czwartku na piątek (o 23:00), strasznie mi się dłużyła, wierciłam się i ziewałam, i nie mogłam doczekać się końca. Zawsze wtedy narzucałam sobie jakieś umartwienie, np. że przez całą godzinę nie poruszę się z klęczek. Po takiej modlitwie nie umiałam wstać, bo byłam cała skostniała. Teraz nie mogę się doczekać czwartku, bo wiem, że wtedy jestem zjednoczona z moim Zbawicielem - Jezusem - moją Jedyną Miłością. Czwartek stał się dla mnie ważnym dniem. Oprócz codziennych modlitw, które stały się obowiązkiem bardzo miłym i radosnym, Godzina Święta stała się dla mnie specjalnym nabożeństwem. Odprawiam ją w każdy czwartek i każdą pierwszą sobotę miesiąca. Modlitwa pomaga mi odkrywać Boga, Jego przymioty. Podczas modlitwy czuję się jak dziecko w ramionach Tatusia - och! Jaki ten Tatuś jest cudowny! Dał mi nowe życie, serce. Nauczył mnie widzieć w ludziach dobro. Coraz bardziej kocham Jego stworzenia. Odkrywam na nowo piękno Stwórcy w stworzeniu, w najdrobniejszej roślince, staram się to piękno dostrzegać w człowieku, choć nie zawsze mi się to udaje. Nie mam ochoty na szaleństwa, zabawy, lubię samotność, bo wtedy jestem z Nim. Przestała mi się podobać głośna, szybka muzyka, chociaż ją kiedyś lubiłam. A telewizja ostatnio działa na mnie jak czerwona płachta na byka. I gdybym mogła, "wykrzyczałabym" w twarz ludziom odpowiedzialnym za programy telewizyjne: "Kim wy jesteście? Ludźmi czy potworami, że serwujecie - szczególnie młodym ludziom - takie ŚMIETNISKO NIECZYSTOŚCI, PLUGASTWA, OBRZYDLIWEJ PRZEMOCY! OPAMIĘTAJCIE SIĘ!"

     Kochani, mam teraz serce bardzo wyczulone na wszelkie formy zła dlatego, że to zło zabrało mi 33 lata życia! Moje dzieci są teraz w wieku dojrzewania. Syn' jest trochę opóźniony w rozwoju, ale dzięki Maryi kończy normalną szkołę. Córka jest piękną młodą dziewczyną i kiedy patrzę na to, co się dzieje w świecie, jakie zasadzki czekają na moje biedne dzieci w życiu, to zgroza mnie ogarnia, bo nie wiem, jak ich ustrzec. Bardzo ciężko jest wychować dzieci w dzisiejszych czasach. Dużo z nimi rozmawiam, tłumaczę, dając za przykład moje błędy. I jedyne co mi pozostało, to UFAĆ BOGU! Pan dał mi dowody tej opieki. Na przykład to, że zawsze dowiem się o ich "wygłupach". Kiedy córka pyta: "Dlaczego ty, mamo, musisz się zawsze o wszystkim dowiedzieć?" - odpowiadam: "Pan Jezus tak cię kocha, córeczko, że pragnie cię ustrzec od złego i dekonspiruje wasze pomysły w zalążku".

     Od pewnego czasu odczuwam głód modlitwy. Nie wiem, jak to Warn opisać. Na przykład: robię coś w kuchni i nagle ogarnia mnie ogromna tęsknota, pragnienie Boga. Zostawiam wtedy wszystko, zamykam się w pokoju i chcę być sama. Klękam pod krzyżem upojona jakąś niezwykłą siłą, słodyczą. Wtedy wiem, że gdyby "Ktoś" nie powstrzymywał mnie, wyrwałabym się z ciała i rzuciłabym się z okrzykiem radości w ramiona Miłosiernej Miłości. Czuję wtedy Bożą Obecność. Cała drżę, czuję się bardzo maleńka i bardzo kochana. Choćbym starała się opisać to uczucie jak najdokładniej, to i tak nie oddam klimatu tego cudownego uniesienia. Te uniesienia pozostawiają po sobie nieopisaną tęsknotę, bo wtedy przestaje się dla mnie wszystko liczyć. Liczy się tylko On, mój Zbawiciel. Przez cały czas jest obecny w moich myślach: kiedy pracuję, kiedy zasypiam, kiedy budzę się w nocy, kiedy rozmawiam - On jest obecny. Wszystko odnoszę do Niego. Zastanawiam się, czym Go obrażam, czy może coś sprawiło Mu radość. Pragnę dla Niego cierpieć, chociaż jestem bardzo niewytrwała w cierpieniu i wiem, że muszę się uczyć stopniowo cierpliwości i wytrwałości. Myślę, że gdyby Pan Jezus dał mi dar niesienia pomocy bliźnim, umiałabym znosić cierpliwie cierpienia. Lecz ja jestem jeszcze za słaba, by nieść taki dar. Ostatnio coraz częściej prześladuje mnie myśl, że jestem niewdzięczna, bo otrzymuję tyle łask, a nic Panu, oprócz swej nędzy nie dałam i boli mnie bardzo to, że Go zawiodę, że po moim życiu stanę przed Nim z pustymi rękami. Wszystkie moje uczynki są znikome w porównaniu z Jego Miłością. Bardzo bym pragnęła nawrócenia mojego męża. Bo chociaż przestał pić, nie wierzy, że to sam Pan Bóg dał mu dar trzeźwości. Nie chodzi nawet na niedzielne Msze św. i ciągle boję się, że znowu wpadnie w pułapkę, no bo skąd ma brać siłę i moc, jeśli nie z Eucharystii. Próbuję mu tłumaczyć... ale on śmieje się ze mnie tak, że przykro tego słuchać. Bóg jeden wie, jak nieprzyjemne są kpiny na temat mojej wiary ze strony najbliższych. Ile razy zostałam poniżona, wyśmiana za to, że często (niemal codziennie) chodzę do kościoła, że dużo się modlę, że urządziłam sobie w domu mały ołtarzyk, że unikam nie bardzo pobożnych sąsiadek, które zawsze chcą rozmawiać o kimś innym, że czasami mówię otwarcie o tym, co mi się w nich nie podoba (staram się to robić delikatnie, z wyczuciem). Stałam się w ich oczach "dziwaczką". I nieraz mam takie wątpliwości, czy to rzeczywiście jest normalne. Ale Pan Jezus szybko je rozwiewa podczas moich spowiedzi. Jest to jedyne źródło otuchy, które kapłan potrafi wlać w moje nędzne serce. Dziękuję Bogu za kapłanów, którzy zawsze ze wspaniałym wyczuciem potrafili naprowadzić mnie na odpowiedni tok myślenia, abym nie zbłądziła. Teraz dopiero widzę, jaką ogromną odpowiedzialnością obarczył Bóg kapłanów. Modlę się za nich.

     Następnym doświadczeniem, które mnie spotyka są tzw. suche dni. Nie myślcie, że przez cały czas się tak cudownie modlę. Są też często dni, kiedy nie potrafię się skupić. Pan chowa się jakby za niewidzialną zasłonę. Wtedy nie umiem się modlić tak, jak bym chciała, atakują mnie różnorodne myśli, wątpliwości. Staję się niewytrwała. Unikam krzyża, nie patrzę na niego, bo zdaje mi się, że bardzo zgrzeszyłam i Pan się na mnie pogniewał. Wtedy czuję się jak głodne niemowlę oderwane nagle od piersi. Szukam Go i nie umiem Go znaleźć. Nie odczuwam Go. W tych dniach popełniam głupstwa i dochodzę do wniosku, że niewiele bez Jezusa znaczę. Ale wiem, że to też jest Wola Pana. Ufam, że nie pozwoli mi już tak nisko upaść. Ufam, że do końca dni będzie moim najwierniejszym Opiekunem i Przyjacielem. Bo tylko On jest wierny i tak Miłosierny, że w dniu mojej śmierci będę ja - nędza - i Jego Ogromne Miłosierdzie. On stał się moim celem... Jego Miłosierne Serce jest tak wielkie, że ja, "dzikie serce", przestałam się Go bać, a pokochałam Go. To On sprawił, że zaufałam Jego Miłosierdziu. Przytulił mnie z niewyobrażalną czułością, opatrzył moje rany, wlał we mnie ufność. SZCZĘŚLIWY, KTO POZNAŁ MIŁOSIERDZIE PANA!

     Opiszę wam jeszcze jedno doświadczenie: czasami zdarza się, że czuję się bardzo pewnie i myślę o sobie, że już na pewno nie będę grzeszyć i myślę o innych słabszych z wyniosłymi uczuciami, że to jest już poza mną, że właściwie teraz to ja powinnam dążyć do doskonałości. I wiecie, co się wtedy dzieje? Spadam z wielkim hukiem z piedestału, jaki sobie zbudowałam! Nagle stają mi przed oczami wszystkie moje nędze i grzechy. I następuje oświecenie i przypomnienie: "te grzechy zawsze będą przed tobą, żebyś wiedziała skąd cię wydobyłem. Byłaś rozkładającymi się zwłokami ze swoimi nieczystościami, chciwością, pychą, ignorancją, egoizmem i chamstwem. To Ja cię podniosłem i to Ja mam być na pierwszym miejscu - nie twoja pycha i wyniosłość. Uważaj, bo pycha zgubiła najpiękniejszego z Aniołów - Lucyfera". I to wystarcza, abym wróciła na swoje miejsce jak skamlący szczeniak. Pamiętajcie o tym wszyscy nawróceni!

     Myślę, że gdybym miała opisać cuda, jakie mnie ciągle spotykają w obcowaniu z Bogiem, nie starczyłoby tych stron. Ile łask wlewa we mnie Pan - za tak niewiele z mojej strony - nie sposób pojąć.

     Cel został osiągnięty. Pragnęłam publicznie wychwalać Pana. Myślę, że na pewno znajdzie się jakieś biedne, skołatane serce, które przeczyta ten list i rzuci się bez najmniejszego oporu w głębiny Miłosierdzia Bożego, czego z całego serca wszystkim zgnębionym życzę.


Stała czytelniczka
Waszego pisma - Jola


Publikacja za zgodą redakcji

nr 11-12/1999


   


Pokora - chrześcijańska droga do zwycięstwa Pokora - chrześcijańska droga do zwycięstwa
ks. Winfried Wermter
W książce znajdziemy pytania i odpowiedzi na temat pokory, świadectwa oraz 31 zasad życia pokorą - pomocne w każdym miejscu i każdej sytuacji... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 banita: 22.10.2017, 22:23
 Jolu, dzisiaj doświadczam właśnie tej chwili, gdy Pan jest dalej ode mnie... Na mszy świętej że smutkiem siedziałem w ławce i nie przyjąłem Pana Jezusa... Z szacunku do Eucharystii jak sobie tłumaczyłem... To jednak działanie złego ducha... Dziękuję za to świadectwo! Wszystkiego dobrego:)
 jolka: 29.05.2017, 13:44
 wyjatkowo durne komentarze
 bbb: 10.04.2016, 09:21
 a mnie Bog nie dal meza, ani dzieci, ani chlopaka , dal mi tylko samotnosc i obrzydliwa chorobe.
 h: 09.02.2016, 22:34
 mnie pan jezus dal nieuleczalna owsice
 Marcin: 06.08.2015, 10:43
 Kiedy ja uwierze?
 Ania: 25.02.2015, 11:35
 Mam ostatnio chwile wielkiego zwątpienia i spadania na dno... przypadkowo trafiłam tutaj... a właściwie wierzę, że nie jest to przypadek tylko wola boża, która otworzy mi oczy i podniesie znów do życia. Pomódl się również za mnie. Dziękuję Ci za danie mi nadziei!
 gosia: 06.11.2008, 23:03
 Jak tu nie wierzyć, że wiara czynie cuda. Wystarczy zaufać naszemu Panu i wierzyć w to o co się prosi. Jolu, jestez kolejnym przypadkiem kiedy Pan udziela swoich łask, jeżeli szczerze i z wiarą Mu się zaufa. Pozdrawiam Ciebie Jolu!
 monika: 07.10.2008, 19:59
 Jolu jestem godna podziwu dla ciebie, wiem że nie zawsze w rodzinie się układa dobrze. Mam teścia alkoholika i wiem jak wygląda takie życie często modlimy się z dziećmi za niego.Teraz na szczęście mieszkamy osobno i możemy wychowywaź dzieci w spokoju. Bardzo się cieszę że odnalazłaś również Boga Miłosiernego i Mateczkę Maryję Ja też jeszcze się uczę pokornej modlitwy i znajduję w niej najważniejszy sens życia. Z Panem Bogiem :-D
 mm: 19.09.2008, 19:42
 Dziękuję:*
 asia: 19.09.2008, 16:48
 bb piekne swiadectwo podziwiam Cie i prosze zebys wspomogla mnie w modlitwie jesli to bedzie dla ciebie forma zadoscuczynienia a ja tez bede myslec o tobie gdy modle sie codziennie o zbawienie kazdego czlowieka. zostan z bogiem
 Kasia: 19.09.2008, 15:14
 Piekne swiadectwo. Dziekuje Jolu. Z Bogiem.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej