Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Refleksja nad jednym życiem

     Każdy człowiek bez wyjątków, spotkał się w swym życiu z bólem, który nie należy do rzeczy przez nas lubianych i przyjemnych. Zwykle ból odnosimy do fizycznej części organizmu. Ujawnia się on złym samopoczuciem, a jeśli jest zbyt dokuczliwy, nawet płaczem bądź krzykiem. Wołamy wówczas o pomoc, wzywamy kogoś, kto ten ból potrafi złagodzić, uśmierzyć. Zwykle lekarze podejmują się leczenia, które jest uwalnianiem od bólu, przynoszeniem upragnionej ulgi. Gdy źródłem bólu jest fizyczny stan organizmu, leczenie na ogół jest znacznie łatwiejsze niż to, będące wynikiem* trwałej, nieuleczalnej choroby czy też wypadku, który na zawsze przekreśla nadzieję powrotu do zdrowia.

     Czternaście lat temu uległem wypadkowi, który niejednokrotnie sprawiał mi ból fizyczny, choć każdorazowo skutecznie uśmierzany pigułkami. Jednak lekarze nie potrafili znaleźć odpowiedniej pigułki na niesprawność moich rąk i nóg. Nie potrafili znaleźć lekarstwa na dotkliwy ból paraliżujący moje myśli i moje decyzje, od sprawności których - właśnie w tym szczególnym momencie - zależało wtedy tak wiele. Myśli zawieszone w próżni - gdzieś w marzycielskiej, cudownej przeszłości - powodowały, że moje decyzje stawały się ciężarem nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla moich najbliższych. Tak wiele im wtedy odebrałem radości... a mogło być przecież inaczej.

     Pozostawało mi jedynie podporządkować się nowej regule, sprostać nowemu zadaniu, jakim dla mnie było spędzenie reszty życia w wózku inwalidzkim. Ale przyjąć taką decyzję, zaakceptować wprost - mając zaledwie szesnaście lat - wydawało mi się wielkim szaleństwem. Otóż właśnie wtedy widziałem inne wyjście, któremu samodzielnie sprostać - na szczęście! - nie mogłem. Chciałem po prostu dokonać kradzieży tego, co do mnie nigdy nie należało. Ukraść życie, mówiąc prościej, pozbawić siebie życia, uciec od wszystkich, przede wszystkim - przed trudnościami, nowymi problemami, niewygodnymi sytuacjami. Oto jakie w tym krytycznym momencie chciałem podjąć decyzje. Wydawały mi się one mądre i ze wszech miar słuszne. Każdy jest kowalem własnego losu - mówi stare powiedzenie, ale czy tak jest naprawdę? Ja w każdym razie chciałem nim być! Nie rozumiałem, że życie należy przyjmować w każdej postaci, nawet wtedy, kiedy jest ono dla nas trudne do przyjęcia.

     Pragnę powrócić do chwil sprzed czternastu lat, kiedy w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że można utracić sprawność rąk i nóg przez skok do wody. Był to okres, w którym widok osoby na wózku rodził we mnie uczucia litości, nieszczerego współczucia, a spotkanie z taką osobą wywoływało zaniepokojenie, bezradność, nadopiekuń- czość. Obcy był mi problem bólu, cierpienia, który - tak wtedy myślałem - jest zarezerwowany jedynie dla osób niepełnosprawnych, starszych. W taki sposób kształtowała i wychowywała mnie szkoła, środowisko, rówieśnicy, do których trudno mieć pretensje, gdyż ja sam nie jestem w tym przypadku bez winy. Moje kształcenie intelektualne przebiegało bez kształcenia religijnego, w rzeczywistości, w której nie stać mnie było na zaprzyjaźnienie się z Bogiem. Czy byłem ateistą? Być ateistą to znaczy nie mieć ochoty na zaprzyjaźnienie się z Bogiem, a ja potrafiłem ignorować wszystkich i wszystko, wybierając tylko to, co większość nastolatków wybiera - pozory i nieprawdziwy kształt życia.

     Lecz dzisiaj już o pewnych rzeczach wiem. Wiem to dzięki temu, że jestem na wózku i bardzo żałuję, że dopiero teraz otworzyły mi się oczy. Wcześniej zależało mi, aby przejść przez życie jak najbardziej efektownie, jak najbardziej burzliwie. Więcej dla mnie znaczyło słowo "mieć" - mieć pieniądze, modne ciuchy, niż "być" - być człowiekiem, przyjacielem, być pomocnym tym, którzy potrzebują pomocy. Jakie to dzisiaj wydaje się oczywiste - nie zagarniać wszystkiego dla siebie, lecz przede wszystkim obdarowywać: obecnością, dobrem, prawdą, życzliwością, zaufaniem. .. nawet wtedy, kiedy się jest niepełnosprawnym, gdyż niesprawność w jakiejś dziedzinie nikogo nie zwalnia z tych zadań.

     Wypadek zmienił całkowicie moje dotychczasowe życie. Wcześniej było ono pełne ruchu, swobody, młodzieńczej radości. Jednak dzisiaj już wiem, że była to radość złudna, nieprawdziwa, tak jak nieprawdziwe było moje życie. Było ono pozbawione miejsca dla Tego, któremu dzisiaj nie potrafię podziękować za wszystko to, czym zostałem obdarowany. Było to życie bez Chrystusa, bez spotkań z Nim, bez modlitwy.

     Długo dojrzewała we mnie świadomość oparta na przyjmowaniu nie tego, co ja chcę, lecz tego, co Bóg ma dla mnie. I na pewno bardzo bym się cieszył z możliwości zagrania, tak jak przed laty, w koszykówkę - ta dyscyplina sportu była moją pasją, czy też codziennej wędrówki do szkoły, która przed wypadkiem była nużąca i męcząca. Teraz dopiero zacząłem cenić wszystko to, co straciłem, nawet to, co wcześniej mi przeszkadzało lub denerwowało... Poranne wstawanie do szkoły wydawało mi się na przykład, trudnością nie do pokonania. Jednak dzisiaj już wiem, jak wiele radości dostarczyła mi wędrówka na wózku po magisterski dyplom, że poranne wstawanie było kiedyś oznaką lenistwa. Teraz postawiłem na regularność w życiu - nauczył mnie tego wózek - kreowaną na początku właśnie przez poranne, regularne wstawanie o tej samej porze. Jak to robić, podpowiada nam wiele wspaniałych autorytetów, m.in. bł. Josemaria Escriva de Balaguer, który mówił, że "nic wykonasz nigdy planu twego życia, jeżeli nie będziesz wstawał o wyznaczonej godzinie". Ktoś zapyta, jak żyć regularnie, będąc niepełnosprawnym? Każdy z nas ma swoje miejsce i rol|, którą musi w jemu tylko właściwy sposób odegrać, przy użyciu jemu tylko właściwych środków. Rolę tę odgrywamy, oczywiście, na przestrzeni całego życia. Kiedyś Chrystus był na ziemi i w czasie tego pobytu nauczał, uzdrawiał, ale także i cierpiał. Teraz my wszyscy musimy Go zastąpić w nauczaniu, w leczeniu, ale przede wszystkim w cierpieniu, gdyż cierpiał za nas. Dlaczego więc ja, my wszyscy, mamy zwykle tak wiele pytań rozpoczynających się dziecinnie: "Dlaczego moje życie nie jest inne? Dlaczego...?" itd. Ja nie potrafiłem przejąć tego jakże odpowiedzialnego i zarazem trudnego do zrealizowania zadania, które oparte na pełnym zaufaniu do Boga jest moją normalnością, moim, choć chwilami nie do zniesienia, życiem, w którym tylko niepotrzebnie wyolbrzymiam pojawiające się troski i kłopoty.

     To, że cierpienie jest nam wszystkim bliskie, i to, że wszyscy, w większym bądź mniejszym stopniu spotykają się z nim, jest właśnie normalnością, jest życiem, które nas szokuje i przeraża. Na wiadomość, że już nigdy nie będę mógł grać w koszykówkę, że już nigdy nie będę mógł własnoręcznie napisać żadnego słowa (później długopis na stałe znalazł się w moich ustach, wyparty jednak z czasem przez pędzel) zamknąłem się w świecie własnego lęku, niepokoju, bólu. Chciałem zwyczajnie uciec od nowych zadań, nowego trudu, który niewątpliwie trzeba było podjąć. Wtedy się myliłem, ale żeby to sobie w pełni uświadomić, potrzebowałem wiele czasu. Nie wiedziałem, że po to są inni ludzie cierpiący, aby uczyć się w pierwszej kolejności od nich, lecz przede wszystkim nie umiałem czerpać i brać przykładu z Chrystusa. Spyta ktoś, czy teraz potrafię? Z pewnością nie, gdyż w pełni naśladować Chrystusa w Jego ludzkim wymiarze, to postępować tak jak On, kochać tak jak On. Ja cieszę się, że jestem Jego uczniem. Uczę się przez odkrywanie istoty miłości, którą jest upodobanie. Uczę się więc kochać tak, aby czynić to, co podoba się osobie kochanej, a nie mnie, tak jak Pan Jezus miłował swojego Ojca. Czynił to, co się podoba Ojcu, mimo że nie było to dla Niego łatwe.

      "Byłem chory - mówi Jezus - a odwiedziliście mnie." Właśnie On, utożsamiający się z każdym chorym (czy ktoś z nas jest w pełni zdrowy?), po prostu czeka w osobie bardziej od ciebie cierpiącego człowieka, byś przyszedł Go odwiedzić, porozmawiać, a może tylko posłuchać. Czeka na wyzwolenie się twojego współczucia, solidarności, dobroci, miłości, cierpliwości i troskliwości w różnorakich formach. Czeka Ona na wyzwolenie tego wszystkiego, co szlachetne, wzniosłe w twoim sercu. Jezus pragnie, aby z cierpienia i wokół cierpienia rosła miłość, solidarność miłości, to znaczy całe dobro - chociażby przez to, aby "być", a nie,gnieć" - jakie jest możliwe w twoim wykonaniu, a dobro to ma rozmiary ogromne i tylko od nas zależy jego kształt.

     Jednak, aby uczynić te słowa dewizą własnego życia, własnego powołania, muszę zrobić wszystko, by podporządkować się życzeniom Chrystusa, tak więc muszę podjąć się zadań związanych z pełnieniem tych życzeń.

     W dalszym ciągu siedzę na wózku, choć mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze będę stąpał po ziemi. Ale dzisiaj siedzę na wózku i właśnie dzisiaj mam zrobić wszystko, na miarę swoich możliwości i pragnień, wreszcie tak, abym mógł sprawnie, przy swojej niepełnosprawności, funkcjonować. Użyć w tym celu muszę szczególnych środków, jednak na tyle skutecznych, abym mógł sprostać nowej roli, jaką pełnię przez te ostatnie dziesięć lat - pozostawać uczniem Jezusa.

PIOTR PAWŁOWSKI

Tekst pochodzi z Miesiecznika
Formacji Różańcowej "Różaniec" nr 13



   

Wasze komentarze:
 PaMa: 21.09.2008, 19:04
 Ogromnie dziękuję za te słowa. Staram się żyć i iść drogą życia we wspólnocie z Bogiem.
 Maria: 10.10.2007, 12:51
 Dziękuje za mądre słowa-abyś zawsze kierował ludźmi i był dla nich podparciem w ciężkich chwilach i był dla tych co znasz ich przyjacielem.
 Natalia: 02.10.2007, 00:19
 Drogi Kleryku, ja już wybrałam- Drogę za Chrystusem, juz nie moge sie doczekać Dziękuje, że wspierasz nas....i że pamiętacie o ludziach, którzy wciąż poszukują swej drogi. Ufajcie, i sluchajcie Głosu Pana, On wam powie, gdzie was widzi
 Łukasz: 09.07.2007, 18:15
 Dziękuje za mądre słowa, które mogą stanowić drogowskaz w życiu
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej