Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Przeżyłyśmy Ravensbrück!

Chociaż minęło już tyle lat, one wciąż dobrze pamiętają czas swojej młodości, kiedy trafiły do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Tam poznały, jaki los potrafią zgotować ludzie ludziom (Z. Nałkowska). Doświadczyły na sobie, czym był nazizm, system bez Boga. I jak co roku już po raz 65. przybyły w pielgrzymce na Jasną Górę. Chociaż było ich już tylko kilka, to jednak to był ich dzień - 13 V 2010 roku.

W pierwszych pielgrzymkach uczestniczyło nawet ponad tysiąc byłych więźniarek, dziś do sanktuarium przyjeżdża zaledwie kilka. Dla upamiętnienia tragicznego czasu przeżytego w obozie zakładają dziś chusty w biało-niebieskie pasy. "Niestety zostało nas tylko pięć z tych, które są jeszcze zdolne do podjęcia trudu podróży - wyjaśnia Joanna Kiąca-Fryczkowska z Leszna. - My jesteśmy najmłodsze, które byłyśmy w obozie, no więc jeszcze egzystujemy".

Inicjatorką spotkań na Jasnej Górze była śp. Józefa Kantor, nauczycielka i harcmi- strzyni ze Śląska, więziona przez cały okres okupacji w Ravensbrück. "W 1945 roku, gdy było wiadomo, że się wojna kończy i że obóz się też kończy, to Ziuta Kantor podjęła zobowiązanie wobec Matki Przenajświętszej Częstochowskiej, że te, które wrócą, co roku będą przyjeżdżały na pielgrzymkę do Częstochowy, będą dziękowały za możliwość przeżycia i będą się modliły za pomordowane w obozie zmarłe już po powrocie do ojczyzny" - opowiada Zofia Rosiek z Krakowa zajmująca się organizacją spotkań.

Józefa Kantor była nazywana obozowym proboszczem - organizowała tajne modlitwy, które miały zastąpić niedzielne Msze św. "To było niedozwolone, zakazane i niebezpieczne, więc gdy Ziuta odprawiała nabożeństwo, to na straży poza blokiem stały koleżanki, które pilnowały, czy nie pojawi się jakiś gestapowiec czy esesmanka. Ona kształtowała nas duchowo. Jej ogromna wiara nam się udzielała - tłumaczy Stanisława Rosiczko. - Poprzysięgłyśmy sobie, że będziemy się spotykać w Częstochowie, by dziękować Matce Bożej za opiekę i za ratunek, bo któż mógł nas wtedy uratować, jak nie Ona. "Modlitwa to była jedyna nasza ucieczka, jedyna nasza podpora, twierdza do przeżycia tego wszystkiego, co myśmy tam przeżywały. Można było, modląc się, nie widzieć tych okropności" - dodaje pani Katarzyna.

Ravensbrück to dzielnica niemieckiego miasta Furstenberg/Havel w kraju związkowym Brandenburgia, w powiecie Oberhavel, około 80-90 km na północ od Berlina. W latach 1938-1945 istniał tu jedyny niemiecki obóz przeznaczony dla kobiet - KL Ravensbrück. Na przełomie 1944 i 1945 roku stał się on centralnym obozem rozdzielczym dla licznych transportów więźniów. Oszacowano, że przez bramy tego obozu przeszło prawie 132 000 kobiet i dzieci z 27 narodowości (w tym najwięcej Polek), z których 92 000 zostało zamordowanych. Do Ravensbrück wywieziono około 40 000 polskich kobiet i dziewcząt, przede wszystkim z rodzin inteligenckich: harcerek, uczennic gimnazjów i studentek. Przeżyło 8000.

"Nieliczne moje koleżanki z Ravensbrück skarżą się, że świat, ludzie nie wiedzą, że istniał taki obóz koncentracyjny. Coś wiedzą z prasy o Auschwitz, nie wiedzą natomiast, że Ravensbrück to był największy międzynarodowy obóz kobiecy na terenie Niemiec. One chciałyby, żeby młodzież wiedziała, co się tam działo, nie dlatego, żeby mówić o okropnościach, tylko żeby zapobiec temu, co było kiedyś - tłumaczyła dr Wanda Półtawska obecna na jasnogórskiej pielgrzymce 8 V 2008 roku. - W obozie zaznałam takich wielkich spraw, których ludzie w normalnym życiu nie mają szansy przeżyć. To nie jest tak, że ja żałuję tego okresu. Broń Boże. To jest część mojego życia, to są moje porządne, czteroletnie rekolekcje zamknięte".

"Brałam udział w Powstaniu Warszawskim i z powstania złapano mnie i zakwalifikowano do obozu koncentracyjnego. Miałam 17 lat. Obóz to było miejsce szokujące. Najgorsze było nie to, że byłyśmy głodne, że gnębiły nas choroby, robactwo straszne i przemoc nadzorców, najgorsze było to, że zabrano nam człowieczeństwo, nadając numer obozowy. My nie byliśmy ludźmi, nikt nie pytał o nasze nazwiska, kiedy nas prowadzono do gazu, byliśmy nie-ludźmi, byliśmy nikim, byliśmy numerami" - wspomina Joanna Kiąca-Fryczkowska z Leszna.

"Tylko w tym naszym jedynym obozie odbywały się operacje pseudomedyczne wykonywane przez profesorów uniwersytetu z Berlina. Operacji tych dokonywali tylko na Polkach. Był taki transport młodych dziewcząt z Tarnowa i właśnie z tego transportu brali dziewczęta, nazywano je "króliczki". Operacja polegała na tym, że albo wycinali pnie nerwowe z uda i podudzia, albo kawałki kości goleniowej, a w to miejsce wkładali kawałek szkła, sznurka, Bóg raczy wiedzieć po co. One przeszły straszne rzeczy, bo nie dość, że przeszły te operacje, które się odbywały w warunkach skandalicznych, to po operacji dawali je od razu do bloku, tam nie było nikogo, kto by im bodaj basen podał, więc leżały w bólu, a krew i odchody mieszały się. Te, które to przeżyły, zgłosiła w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu w Szwajcarii Karolina Lancko- rońska - opowiada Zofia Rosiek. - Do niej się przedostawały więźniarki sobie znanymi sposobami, żeby ją informować, potem jej dostarczyli tam dokumentację operacji. I Lanckorońska właśnie (...) wzięła udział w procesie norymberskim, a że miała przy sobie dokumentację, więc miała dowody i dzięki niej ci lekarze zostali osądzeni".

W przetrwaniu ciężkich warunków obozowych więźniarkom pomogła wiara: "My wszystkie byłyśmy wychowane w bardzo głębokiej wierze. Tak wychowywało nas harcerstwo, szkoła i rodzina. To było bardzo ważne - wyjaśnia Stanisława Osiczko, która aresztowana w 1941 roku w Lublinie przeszła przez gestapo, więzienie i obóz Ravensbrück. - Byłyśmy zupełnie inaczej wychowywane niż młodzi dzisiaj. Byłyśmy solidarne, pomagałyśmy sobie wzajemnie, tworzyłyśmy jedną bardzo silną grupę, niezależnie od pochodzenia. To nas umacniało i pozwoliło przetrwać. Można się było wyrzec kromki chleba na rzecz koleżanki, która była słabsza. Wielka, ogromna solidarność, wiara. Mimo wyroku śmierci chciałyśmy przetrwać i przetrwałyśmy".

"Całą nadzieję złożyłam w Panu Bogu. Modliłam się przez cały czas - wyznaje Zofia Rosiek. - A gdy nie mogłyśmy się modlić, bo były takie okresy, kiedy człowiek był już tak bardzo zmęczony, to robiłyśmy sobie z chleba, choć go było bardzo niewiele, krzyżyk albo różaniec. I w ręce się go ściskało, żeby Pan Bóg wiedział, że... I to było najważniejsze".

O. Stanisław Tomoń, paulin
Miejsca Święte, nr 165


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej