Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Matka Boża w moim życiu

Spis świadectw

Mam wielki dług, którego nigdy nie spłacę

Moja Babcia i Mama potrafiły przejąć od swoich rodziców wiarę żarliwą i głoszoną raczej życiem aniżeli słowem, aniżeli strofowaniem młodych. Babcia uczyła mnie pacierza, modliliśmy się razem do Dobrego Boga.

W wieku przedszkolnym mieszkałem w wiosce, w górach. Jak inne dzieci pasałem krowy i owce, w wolnych chwi-ach bawiłem się z równieśnikami. Pewnego razu prowadziłem konia z wodopoju trzymając go za uzdę, gdy nagle jeden ze starszych kolegów go postraszył. Nie wiedziałem, co się dalej stało, straciłem przytomność. Jak mi później opowiadano, koń poderwał się znienacka, a mnie samego stratowałby na miejscu, ale wyszedłem z opresji bez szwanku. Byłem pod jego kopytami, cud, że mnie nie zmiażdżył.

Z chłopakami chodziłem nad wodę. Patrzyłem, jak inni pływają. Ja nie umiałem, trochę im zazdrościłem, patrząc jak oni się pluskają. Jeden z nich, dużo starszy ode mnie, poderwał się i wrzucił mnie do wody. W jednej chwili zawirowało mi w głowie, zobaczyłem gwiazdy i pęcherzyki powietrza ulatujące do góry. W tym momencie mocna dłoń uchwyciła mnie i wyciągnęła na powierzchnię. Oni mieli sporo uciechy, ja wiele strachu, ale śmierć była tuż, tuż; gdyby tak prąd wody zniósł mnie trochę dalej, mogli mnie nie znaleźć.

Skończyłem szkołę, stałem się dorosłym człowiekiem. Nie wiedziałem, jak potoczy się moja droga życiowa: małżeństwo czy stan zakonny. Zacząłem pracować, pracy było wiele, nawet ponad miarę. Wraz z przyjęciem nowych obowiązków odszedłem od Boga. Ale Pan miał też swoje plany. Ja obiecywałem Mu, iż pójdę za Nim, ale były to mrzonki, nie tak łatwo bowiem wyrwać się ze świata, zerwać z nim całkowicie. Urok światowy przysłonił mi Mszę św., częstsze korzystanie z Sakramentów świętych. Trudno wyrazić ten okres czasu — niepokoje duszy, rozterki - po prostu koszmar. Ale "Najlepszy Pasterz" nie dał za wygraną, czekał długo, jest nierychliwy ale sprawiedliwy. Jednakże warto, bo: ..."większa jest radość w niebie z jednego grzesznika pokutę czyniącego, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych".

Było to popołudniową porą. Jechałem samochodem; nie wiem, jak to się stało, jadący przede mną pojazdem chciał skręcić w lewo, sygnalizując kierunkowskazem, a odbił w prawo. Ułamki sekund, widok tych, którzy przede mną jechali w samochodzie i nagła decyzja - odbić w prawo, by wymanewrować między słupami betonowymi. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Przy szybkości blisko 90-100 km na godz. zderzyłem się ze słupem betonowym. Czułem smak krwi w ustach i potężną siłę, która mnie wyrzuciła z samochodu. Wyleciałem przez lewe drzwi na jezdnię, a słup zwalił się na ziemię; szczęście, że nikt nie jechał za mną. W jednym momencie zatrzymały się tramwaje, ludzie powychodzili i patrzyli - to niemożliwe, aby z tego rozbitego samochodu ktoś wyszedł cały. A jednak tak było - poza potłuczeniem - nic mi się nie stało.

Długo się wahałem, czy wstąpić do klasztoru; ten wypadek zrobił we mnie wyłom wewnętrzny, zacząłem inaczej myśleć. Ale właściwe nawrócenie przyszło w czerwcu 1979 r. Przyjechał wtedy do Polski - Biały Pielgrzym - Jan Paweł II; uczestniczyłem wspólnie z młodzieżą akademicką w tym spotkaniu i głęboko je przeżyłem. Broniłem się przed łaską powołania zakonnego: "Panie, nie!" Ale, gdy zobaczyłem bezpośredniość Ojca Świętego, łzy Węgierki wręczającej kwiaty, to i we mnie coś runęło wobec tego "Wielkiego Serca". Wtedy dokonała się w mej duszy przemiana, rzekłem: "Panie, oto idę, aby pełnić Wolę Twoją". Bardzo się odtąd modliłem i będę modlił się za tego, który mi pomógł zrealizować moje powołanie.

Piszę te słowa, bo mam wielki dług, którego nigdy nie spłacę.

Widzę tylu cierpiących, załamujących się pod ciężarem życia, matek ubolewających nad stratą swych synów, mężów "pijaków". Proszę Was, módlcie się, módlcie się wiele, bo że ja potrafiłem stać się inny, zawdzięczam modlitwie. Przesuwając paciorki wymawiałem "Zdrowaś Maryjo" i wkładałem w tę moją modlitwę całe swoje biedne serce, rozpacz, ból i niezaradność. Zostałem wysłuchany. A jeśli ktoś ma opory, by wstąpić na drogę życia zakonnego - niech się nie lęka, ale poleci się całkowicie Niepokalanej, i jeżeli będzie się Jej "napraszał" - na pewno zostanie wysłuchany.

S.

Modliłam się do Matki Bożej o zdrowie lub śmierć

Od najmłodszych lat miałam szczególne nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Zawdzięczałam to może i temu, że moja matka otrzymywała "Rycerza Niepokalanej" i ja, gdy tylko mogłam, czytałam go najchętniej, choć los tak ułożył moje życie, że nie widywałam matki zbyt często.

Obecnie, gdy mam już prawie 60 lat, widzę wyraźniej, że cały czas pozostawałam pod opieką Matki Bożej i Jej zawdzięczam życie własne i mojej rodziny.

W czasie wojny kilka razy cudem uniknęłam śmierci i cało wyszłam z obozu w Majdanku. Po wojnie życie moje nie było łatwe. Borykałam się z różnymi trudnościami, ale zawsze kończyło się to pomyślnie. Poślubiłam dobrego człowieka. Wychowaliśmy trzech synów tak, jak potrafiliśmy i jak okoliczności pozwalały.

Przeszłam kilka ciężkich chorób, m.in. i gruźlicę, z której też się wyleczyłam. Dwaj moi synowie przeszli w dzieciństwie śmiertelne choroby, pomimo których, dzięki modlitwom do Najświętszej Matki Bożej, zostali szczęśliwie uratowani.

Najciężej dotknęła nas ręka Boża, gdy po urodzeniu trzeciego dziecka rozchorowałam się tak ciężko, że po wielomiesięcznym pobycie w szpitalu nie było poprawy, a lekarze orzekli, że już nigdy nie wstanę z łóżka. Dzieci moje miały wtedy od pół roku do 7 lat. Mąż, opiekując się dziećmi i pracując zarobkowo, przez wiele miesięcy był okropnie przemęczny. Nie mogłam być ciężarem dla rodziny, modliłam się więc jak najgoręcej do Matki Bożej o zdrowie lub śmierć. Rozpoczęłam nowennę do Najświętszej Maryi Panny. Trzeciego lub czwartego dnia nowenny, w czasie modlitwy, doznałam przedziwnego uczucia. Ogarnęło mnie tak wielkie szczęście, że nie da się tego wyrazić żadnymi ludzkimi słowami. Pomyślałam, że umieram, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że nie jestem tego godną, bo od kilku miesięcy nie byłam u spowiedzi, a jestem przecież zwyczajnym grzesznym człowiekiem.

Przedziwne uczucie po pewnym czasie przeminęło. Wtedy dokończyłam modlitwę nowennową. Po modlitwie przeznaczonej na każdy dzień podawany był przykład cudownego uleczenia. Na ten dzień przypadł przykład uleczenia młodej kobiety, której lekarze nie mogli już pomóc, a uleczona została dzięki modlitwie do Najświętszej Maryi Panny. Kobieta ta w czasie modlitwy doznała przedziwnego przeżycia szczęścia, podobnie jak ja! Zrozumiałam, że i mnie spotyka taka sama łaska. Było to późnym wieczorem.

Następnego dnia rano przyszła opiekująca się mną sąsiadka (mąż miał wtedy pracę terenową) i ze zdziwieniem zobaczyła, że siedzę na łóżku ze spuszczonymi nogami, chociaż dotychczas nie miałam siły siadać sama. Po kilku dniach zaczęłam chodzić po pokoju. Siły i zdrowie wracały z dnia na dzień. Dodać muszę, że od jakiegoś czasu lekarze zabronili mi przyjmowania jakichkolwiek leków, bo organizm był już nimi przesycony. Po pewnym czasie pojechałam do przychodni reumatologicznej. Lekarz (żyje jeszcze), który mnie znał, osłupiał na mój widok. Patrzył na mnie i powtarzał: "Pani tutaj! To pani? To po prostu niemożliwe!!!"

Wróciłam do zdrowia i przez wiele lat pracowałam zarobkowo, opiekując się jednocześnie domem i dziećmi.

Opieka Matki Bożej trwa nadal nad naszą rodziną. Synowie i mąż kilka razy przechodzili ciężkie choroby. Jeden z nich wyszedł cało z sześciu wypadków samochodowych, choć w każdym mógł stracić życie lub zostać kaleką.

Czując się zobowiązaną wobec Matki Bożej za tyle łask, choć niczym na nie zasłużyłam, zapisałam się przed rokiem do Rycerstwa Niepokalanej, aby w taki sposób podziękować Jej za opiekę nad naszą rodziną.

Alicja Karska

Najlepsza Matka poruszyła niebo i ziemię

Dziwne były koleje tego nabożeństwa. Były okresy przeciętności, były wzloty, ale były też straszliwe upadki, o których wspominam ze zgrozą, z żalem i wprost z przerażeniem. Do czego może być zdolny człowiek!

Ale Pan Bóg w swojej łaskawości nie opuszcza najgorszego grzesznika i potrafi go wyciągnąć z haniebnej toni grzechów.

Rodzice moi byli wierzący i praktykujący. Prawda, że raz lepiej, raz gorzej, ale wychowywali nas religijnie i za to jestem im wdzięczny. Nie było w tym jednak nic nadzwyczajnego. - Przecież w roku 1900 i w następnych latach, zarówno w domu jak w szkole, było żywe wyznanie wiary. A chociaż niektóre moje ciotki powoli upodabniały się do bezbożnego otoczenia, nie wpłynęło to na nasze wychowanie; natomiast pozytywne objawy religijności u innych budowały i naszą religijność. Mówię "naszą" w znaczeniu rodzeństwa: początkowo pięcioro, potem ośmioro. Do dzisiaj żyje nas czworo - ja - lat 82, dwaj bracia: 77 oraz 68, siostra 61 lat. Codzienny pacierz, w niedziele i święta - Msza Św., spowiedź i Komunia - kilka razy do roku były regularną praktyką.

W roku 1910 miałem lat dziesięć i wtedy znalazłem się w szpitaliku Dzieciątka Jezus we Lwowie, przy ulicy Głowińskiego, chory na szkarlatynę. Tam zetknąłem się ze specjalnym kultem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej: Siostra szarytka opowiadała nam (w sali szpitalika było nas ponad dwadzieścioro dzieci) o cudownym objawieniu Najświętszej Maryi Panny Bernadetce. To rozpaliło moją dziecinną wyobraźnię i nauczyło mnie wzywać pomocy Najświętszej Maryi.

Panny w każdej potrzebie życiowej słowami "O Maryjo bez zmazy poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Wydawało mi się to całkiem naturalne, że nam, a także i mnie, może się ukazać Najświętsza Maryja Panna.

Błąd wychowawczy widzę w tym, że jakoś przeoczono zwrócenie nam uwagi na to, że modlitwa, chociażby z wielkim uniesieniem, to jeszcze nie wszystko i że powinniśmy rozwijać w sobie-nazwę to szumnie - cnoty chrześcijańskie.

Kult Matki Najświętszej towarzyszył mi już przez całe życie, a chociaż to życie wiele nieraz pozostawiało do życzenia, bo byłem dzieckiem nerwowym i porywczym z powodu niewłaściwie ułożonego trybu życia, niedostatku lub zupełnego braku higieny, oraz z powodu braku zdolności wychowawczych u mego ojca, ale jednak kult ten nieraz mi pomagał w zwalczaniu pokus. Dość wspomnieć, że w latach gimnazjalnych przystępowałem do Komunii św. prawie w każdą niedzielę i święto. Jakkolwiek później nieco ochłodłem, to jednak medalik Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej stale nosiłem. A gdy szedłem na wojnę w roku 1918, 1919 i 1920, mama zawsze przypominała mi, bym szedł z Panem Bogiem i Matką Najświętszą.

Pewnego razu niemal cudem uniknąłem śmierci. Już jako kapral z cenzusem prowadziłem szpicę bojowego patrolu. Przodem wysłałem szperacza, utrzymując z nim łączność. Gdy łącznik nie mogąc nawiązać kontaktu ze szperaczem wrócił, a do nas podszedł dowódca całego patrolu, porucznik S., poszedłem sam nawiązywać łączność. Cały czas czułem się jakiś słaby; nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że jestem ciężko chory; majacząc w gorączce znalazłem się niespodziewanie w organizowanym punkcie ogniowym nieprzyjaciela.

Wezwany do poddania się, oprzytomniałem nagle, a widząc nieprzyjaciela mierzącego we mnie z odległości kilku kroków, wypaliłem pierwszy. Wypaliłem w mierzącego, potem jeszcze dwa razy w kierunku obsługi cekaemu i odskoczyłem do swoich. Moje trzy strzały dały hasło do ogólnej strzelaniny. Na razie cofnęliśmy się, a gdy nadciągnęły nasze czołgi, piechota, konnica i artyleria szły już śmiało, bo my nawiązując łączność ogniową z nieprzyjacielem, wskazaliśmy jego pozycje ogniowe, dekonspirując jego zasadzkę. Odnieśliśmy poważny sukces. To była noc, a więc zadanie naszego patrolu było bardzo ważne.

Rano, już po walce, zasłabłem, a odstawiony do punktu sanitarnego zostałem następnie odesłany pociągiem sanitarnym do Lwowa, jako chory na powrotny tyfus. Że wyszedłem z tej walki cały i żywy, zawdzięczam to - w co mocno wierzę - cudownej łasce Matki Najświętszej, której medalik wiernie nosiłem, a moja mama i moje rodzeństwo modlili się za mnie.

Byłem młody i głupi; nie przyszło mi na myśl, że za łaskę ocalenia spod lufy nieprzyjaciela powinienem był odwdzięczyć się zbożnym życiem, a ja tymczasem, po wyzdrowieniu i po skończonej wojnie, wpadłem w ciężkie grzechy.

Ale Najlepsza Matka czuwała nade mnę i postawiła na mej drodze koleżankę ze studiów, w której zakochałem się, co uodporniło mnie na pokusy. A chociaż tym razem nie zaznałem wzajemności i dostałem tak zwanego "kosza", to jednak niedługo znalazłem inną i ożeniłem się.

Szatan jednak nie spał i sprowadził intrygi, które zakłóciły zgodę małżeńską, a mnie tak skołatały, że wpadłem znowu w grzechy, a potem w gruźlicę. Gdy już byłem bardzo ciężko chory, a sanatorium w Zakopanem i ostra kuracja niewiele pomagały, Najlepsza Matka poruszyła niebo i ziemię, tak że żona moja zorganizowała modlitwę za mnie w trzech klasztorach, gdzie były jej ciotki, wreszcie sprowadziła wodę z Lourdes i wszyscy z najbliższą rodziną odprawiliśmy nowennę do Niepokalanego Poczęcia. Wtedy nastąpił zwrot ku lepszemu, zwrot ku zdrowiu duszy i ciała.

Po pięciu latach upadku duchowego i po przeszło trzech latach gruźlicy, poczułem się tak silny, że mogłem wrócić do pracy. Dużą rolę odegrało tutaj to, że znalazłem się w orbicie działania Filareckiego Związku Elsów, którego hasłem było: "Bóg i Ojczyzna", skrót "Els", a ściśle "ELS" czyta się "Ecciesia Lex Suprema", tzn. "Kościół Prawem Najwyższym". Wpływ tego związku zmienił mnie z wielkiego grzesznika na apostoła. W miejscu pracy założyłem Rycerstwo Niepokalanej, a następnie-za sugestią miejscowego proboszcza - zorganizowałem Akcję Katolicką i całą duszą pracowałem w obu tych stowarzyszeniach. To były trzy lata wzlotu duchowego; wzlotu, w którym i nasze małżeństwo odżyło duchem Bożym.

Muszę jeszcze wspomnieć, że w czasie tego "wzlotu" byłem świadkiem wielkiej łaski Matki Najświętszej. Najpierw doświadczyłem jej sam. Za pośrednictwem zbiorowej modlitwy i wody z Lourdes zostałem cudownie uratowany z gruźlicy płuc. Wtedy postanowiłem podzielić się tą łaską z innymi. Zdarzyło się, że kobiety z naszego koła Rycerstwa Niepokalanej poprosiły mnie o wodę z Lourdes dla sąsiadki, która - zdaniem lekarza - dogorywała na gruźlicę wątroby. Po wypiciu wody z Lourdes i po zbiorowej modlitwie wyzdrowiała w ciągu trzech dni. Nie byłem jednak człowiekiem pełnowartościowym. Byłem pyszny i szorstki. To poniekąd było przyczyną, że za moją pracę religijną zostałem usunięty z instytutu naukowego, w którym pracowałem.

W trzy lata później wybuchła wojna, a z nią przyszła na nas straszliwa nędza, z której wydawało się, że nie wyjdziemy żywi, a jednak wszyscy, to jest moja żona, ja i czworo dzieci naszych, przeżyliśmy wojnę, a potem powojenną nędzę. Ja jeszcze raz stoczyłem się duchowo, a następnie dźwignąłem się. Nauczony tyloma smutnymi doświadczeniami, czuwam teraz, by zawsze żyć w łasce uświęcającej.

Obecnie, od lat zgodni małżonkowie, bolejemy bardzo nad tym, że nasze dzieci i wnuki oddalają się od Pana Boga. Jedyna nadzieja nasza w tym, że Matka Najświętsza wyprosi i dla nich łaskę nawrócenia.

Nawrócony grzesznik

Uciekłem zabierając tylko różaniec i obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej

Urodziłem się w Niemczech, w Westfalii. Do kraju przyjechałem jako 6-letni chłopiec. Z rodzicami i dwiema siostrami mieszkałem w wielkopolskim miasteczku, w Pleszewie. Rodzice bardzo bogobojni wychowali nas w umiłowaniu dobra. Mam jeszcze przed oczyma dwa obrazy: Pana Jezusa i Matki Bożej zawieszone w sypialni, przed którymi klękaliśmy rano i wieczorem do modlitwy. Nie opuszczaliśmy też nabożeństw majowych i październikowych.

Gdy przyszła wojna, Niemcy prześladowali szczególnie tych, którzy nie przyjmowali obywatelstwa niemieckiego, chociaż urodzili się w Niemczech. Pewnego dnia w listopadzie aresztowano mnie wraz z ojcem. Przesłuchano nas i zwolniono, ale niebezpieczeństwo groziło nadal. Trzeba było uciekać. Uciekłem do Sieradza. Tam zacząłem pracować jako podwórzowy w gorzelni. Od miejscowego volksdeutscha kupiłem radio. Nakrywając się pierzyną słuchaliśmy nocą wiadomości z Londynu. Wkrótce zorientowałem się, że jestem śledzony przez szpicli.

Udało mi się jeszcze ukryć aparat w popiele i już następnego dnia aresztowano mnie. Trzy dni trzymano mnie o głodzie na mrozie, bito i przesłuchiwano, zarzucając sabotaż w pracy, słuchanie radia, nieprzyjmowanie obywatelstwa miejsca urodzenia itd... Potem przeniesiono mnie do Kalisza, by mnie stawić przed sądem doraźnym. Gdy mnie wywleczono z wagonu, myślą pobiegłem do pobliskiego Turku, dokąd od młodych lat jeździłem z kolegami lub szedłem z pielgrzymką w Zielone Świątki do cudami słynącej Matki Boskiej. W drodze do więzienia przyrzekłem Jej, że jeśli mnie uwolni, to po wojnie do końca życia, dokąd będę mógł, każdego roku będą odbywał do Niej pielgrzymkę.

Zaczął się sąd. Rozprawa trwała od godz 8 do 14. Jeszcze przed wejściem na salę, w korytarzu siostra najmłodsza zdążyła mi szepnąć, że mama zakończyła nowennę w mojej intencji. Mam się trzymać, nie będzie źle. Trzyosobowemu kompletowi sędziowskiemu przewodniczył młody gestapowiec polakożerca. Było dużo pytań, wielu świadków z fabryki i tłumacz. Gdy mi pozwolono mówić we własnej obronie, mówiłem jak w jakimś natchnieniu, że nic złego nie zrobiłem dla Trzeciej Rzeszy, pracowałem od rana do wieczora, nic innego mnie nie obchodziło, nie przyznaję się do winy i żądam uniewinnienia.

Gdy ogłoszono wyrok uniewinniający, nie mogłem uwierzyć, że to się już skończyło. Obawiając się dalszych represji, uciekłem do Generalnej Guberni, zabierając ze sobą tylko różaniec i mały obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałem od matki. Do dziś wisi on u mnie na honorowym miejscu.

Po Powstaniu Warszawskim, w którym brałem udział, wywieziono mnie do obozu w Niemczech Zachodnich. Po wyzwoleniu przedostałem się do dywizji gen. Maczka. Stale miałem ze sobą obrazek Matki Bożej i z nim wróciłem do Pleszewa w lipcu 1946 roku. Modlę się i dziękuję Matce Bożej za ocalenie. Słowa też dotrzymałem. Dokąd mogłem, chyba 25 razy chodziłem do Turku pieszo, w każde Zielone Święta. Teraz, gdy wień- cówka już nie pozwala, jadę jakimś środkiem lokomocji.

W domu odmawiam codziennie różaniec i nowennę do św. Maksymiliana Marii Kolbego, którego otaczam wielką czcią. Będąc w obozach, stawałem w obronie młodszych kolegów, ale nie zdobyłem się na to, by pójść za któregoś na śmierć. Gdy patrzę na jego oblicze na obrazie, mam wrażenie, że on czegoś oczekuje od nas.

Franciszek

Nie było szansy uratowania życia. Mąż jednak przeżył

Mój mąż ciężko zachorował. Lekarze stwierdzili tętniak na aorcie w jamie brzusznej, który każdej chwili mógł pęknąć i spowodować śmierć. Potrzebna była natychmiastowa operacja. W Krośnie nie było jednak koniecznej ku temu aparatury. Trzeba było przewieźć pacjenta do Krakowa. Wybrano transport lotniczy, choć nie było nadziei, że dowiozą pacjenta żywego. Przed startem wlałam do ust nieprzytomnemu mężowi kropelkę wody z Lourdes, mocno wierząc, że Maryja uratuje mu życie. W Krakowie lekarze niechętnie przystąpili do ratowania chorego, bo - mówili - to już trup. Ich zdaniem nie było 1 % szansy uratowania życia. Otwarcie jamy brzusznej potwierdziło najgorsze obawy: pęknięcie aorty, pełno krwi, skrzepy. Po wstawieniu sztucznych naczyń krwionośnych lekarze zaszyli jak do trumny, bo byli przekonani, że nastąpi śmierć. Mąż jednak przeżył i dziś jest już w domu. Lekarze teraz chlubią się mówiąc, że jest on ich najlepszą wizytówką, bo podobne przypadki kończyły się zawsze śmiercią. Ja jednak sądzę, że ta wizytówka należy się Niepokalanej i składam Jej serdeczne podziękowanie.

Genowefa Nykiel

Zabierzesz ją sobie później

W domu było nas czworo, dwóch braci, siostra i ja najmłodsza. Rodzice byli początkowo biedni, ale bardzo pracowici. Pracą rąk dorobili się i stali się dość zamożni (gospodarstwo 20 ha). Byli sprawiedliwi i pobożni, szczególnie mama. Ona nauczyła nas kochać Boga i Maryję.

Od dzieciństwa należałam do Rycerstwa Niepokalanej. Gdy miałam 15 lat, rodzice wysłali mnie po raz pierwszy do Częstochowy. Odtąd corocznie, 15 sierpnia, jeździłam z pielgrzymką do Częstochowy, a 2 lipca szłam pieszo do Krasnobrodu. Gdy miałam 27 lat, wyszłam za mąż. Skończyły się wtedy pielgrzymki. Mąż był wierzący i religijny, ale bardzo nerwowy, ja zaś swoje żale dusiłam w sobie. Ciężko było nam żyć, ale ratowaliśmy się modlitwą.

Za rok przyszła na świat córeczka. Tu zaczyna się historia, którą chcę opowiedzieć. Daliśmy jej imię Teresa, a ja przy chrzcie ofiarowałam dziecko Bogu.

Po dziewięciu miesiącach dziecko ciężko zachorowało. Zawieźliśmy je do Lublina. Dyrektor nie chciał przyjąć do szpitala. Skrzyczał nas okropnie, że mu przywozimy konające dziecko. Trzymając dziecko na rękach, rozpaczliwie płakałam. Nagle spostrzegłam, że dziecko całe we krwi. Pękł wrzód. Nie ma na co czekać. Zostawiłam męża z dzieckiem i szybko pobiegłam do katedry. Wchodząc do świątyni natknęłam się na żebrzącą babcię. Całuję ją w głowę proszę: Babciu, módlcie się o zdrowie dziecka. - Pieniędzy nie miałam. Upadłam na kolana przed Matką Boską Lubelską i prosiłam: Matko Boska Częstochowska, wróć mi dziecko! Nie zabieraj go, proszę Cię! A jeśli chcesz i taka jest wola Boża, zabierzesz ją sobie, gdy będzie większa. Do 20 lat niech będzie moja, a potem Twoja. I na ołtarzu złożyłam jedyną rzecz, jaką miałam - smoczek.

Pierwszą odpowiedzią było to, że dziecko zostało przyjęte do szpitala. Po sześciu tygodniach - ku zdziwieniu lekarzy - zabrałam je całkiem zdrowe do domu.

Córeczka rosła. Była bardzo pobożna. Lubiła słuchać o Bogu i Matce Najświętszej. Latem stroiła kwiatami kapliczki Matki Bożej. Skończyła szkołę podstawową, potem średnią. Wtedy postanowiła, że wstąpi do zakonu. W lipcu (16) została przyjęta do Sióstr Boskiego Mistrza w Częstochowie. Stało się. Do 20 lat była moją, teraz jest u Matki Bożej Częstochowskiej. Pracuje w zakrystii już sześć lat.

Ojcowie paulini są zadowoleni i zawsze mówią mi, że mam dobrze wychowane dzieci.

Syn 4 grudnia ubiegłego roku otrzymał sutannę, druga córka pracuje w Lublinie. Najmłodszy (12 lat) obiecuje, że pójdzie drogą brata.

Rodzice

Matka Najświętsza uprosiła u Boga uzdrowienie mojej żony

Pragnę powiadomić, że Matka Najświętsza uprosiła u Boga uzdrowienie mojej żony z choroby niemożliwej do usunięcia środkami lekarskimi (zawał serca, rak tarczycy i trzustki). Po 6 miesiącach jej pobytu w szpitalu choroba znikła. Dziwili się wszyscy, również sam lekarz, uznając, że to tylko Bóg sprawił, a chrześcijanie cieszyli się też z potężnego wstawiennictwa Matki Bożej. Ale na wiadomość, że wybieramy się do Francji i Polski, żeby według przyrzeczenia podziękować za otrzymaną łaskę, zaczęli mówić, że opętała nas Matka Boża. Nie zważaliśmy na to.

Zatrzymaliśmy się trzy dni przy Kaplicy Cudownego Medalika, a stamtąd skierowaliśmy się do Lourdes. 3 sierpnia, gdy wziąłem słuchawkę, by porozumieć się z Niepokalanowem, nagle straciłem przytomność. Pogotowie zawiozło mnie do szpitala w Lourdes. Po 8 dniach powiedziano mi, że mogę wracać do Japonii, ale bez zatrzymywania się w Polsce. Ale i tutaj mniej więcej co 15 dni powracał stan tracenia przytomności i dwa razy dostawiano mnie pogotowiem do szpitala. W ten sposób przez cierpienie spoufaliłem się jeszcze bardziej z Cudownym Medalikiem.

Ofiarowałem swoje bóle i modlitwy za lekarza Ichinose, który mnie z początku leczył, by się zdecydował na przyjęcie chrztu. (Muszę dodać, że w dniu, w którym ostatni raz straciłem przytomność, on ją odzyskał po dłuższym leżeniu na łóżku szpitalnym bez przytomności). Odprawiłem w tej intencji nowennę przed świętem Niepokalanego Poczęcia. W ostatnim dniu nowenny dzwoni do mnie córka chorego lekarza mówiąc: "Tatuś pragnie otrzymać chrzest". Trzeba dodać, że ów lekarz z całą rodziną należał do jednej z głównych sekt buddyjskich i nikt by nie pomyślał, że ktoś z tej rodziny przejdzie na katolicyzm. W tydzień po ochrzczeniu lekarz umarł. 20 grudnia, gdy byłem na pogrzebie, powiedziałem do Niepokalanej: "Matko Boża, zabrałaś do siebie mojego lekarza, a więc moja choroba na nic się już nie przyda", a do zmarłego: "Doktorze, jeżeli cieszysz się już niebem, to wylecz mnie z mojej choroby, a ja stanę się nowym świadectwem istnienia nieba". Od tego czasu nie straciłem już więcej przytomności. Teraz żona i córki doktora przygotowują się do przyjęcia chrztu. To wszystko pocieszyło mnie nadzwyczajnie. A tu nagle wielkie trzęsienie ziemi - mój dom rozleciał się w kawałki. Na szczęście ocalałem wraz z żoną, choć stałem się ubogi jak św. Franciszek. W maju wybierzemy się na pielgrzymkę do Nagasaki. Dziękując Bogu za wszystko, liczę na dalsze wstawiennictwo Niepokalanej. Proszę o westchnienie za mną.

Hanada Tanehiko

Matuchna Boża nie zawiodła!

W roku jubileuszowym 700-lecia sanktuarium Maryjnego w Loreto winna jestem Najświętszej Panience szczególną pamięć i wdzięczność za łaskę, której tu doznaliśmy 10 lat temu. Na pielgrzymkę do Włoch wyjeżdżałam z uczuciami mieszanymi. Radość przeplatała się z niepokojem i rozpaczą. Moja córka oczekiwała pierwszego dziecka. Była w szpitalu. Podejrzewano już martwą ciążę (dość autorytatywna wypowiedź doświadczonego lekarza w rozmowie ze mną). Sam fakt zajścia w ciążę był już czymś niezwykłym na skutek pewnych zaistniałych powikłań. Wyjechałam licząc się z najgorszym... 3 lipca 1985 r. znalazłam się w Loreto - w Cudownym Domku Nazaretańkim. Wierzyłam, że tutaj coś się dokona. W miejscu, które tak bardzo wiąże się z Cudownym Macierzyństwem Matki Bożej, Jej najczulsze Serce na pewno nie pozostanie głuche... Modliłam się wtedy o mego pierwszego wnuka tak, jak jeszcze nigdy w życiu, a ołtarz z cudowną Statuą Madonny obchodziłam na kolanach z najszczerszą pokorą i nadzieją.

I rzeczywiście - Matuchna Boża nie zawiodła! Kiedy po 10 dniach pielgrzymki wracałam szczęśliwie. ale z wielkim niepokojem, do domu, moja córka uż zdrowa witała mnie pełna radości z kwiatami. Ciążę donosiła do 8 miesiąca, a potem mimo ponownych komplikacji i niebezpieczeństwa - pomyślnie urodziła synka. W tym roku ten właśnie - w Loreto uproszony wnuk - przystępuje do swojej pierwszej Komunii świętej!...

Panienko z Loretańskiej Ikony,
Racz przyjąć pokorne me dzięki
Za łaski wtedy niezasłużone
Tak hojnie nam dane z Twej ręki!
Więc, że nam dziecko to ocaliłaś,
Nie szczędź i teraz Twojej opieki:
Gdy przyjmie do serca Twego Syna,
Niech Mu zostanie wierny na wieki!
I niech z zapałem malca - apostoła
Twą wielką miłość do ludzi głosi,
A tych, co z dala stoją - przywoła
I powrót im do Boga uprosi!

Jadwiga Częstochowska


   

Wasze komentarze:
 witek: 02.09.2020, 13:08
 ale kłamstwa potraficie wymyślać
 darek: 01.09.2020, 22:26
 świadectwa są nieprawdziwe
 aneta: 07.09.2010, 03:32
 maryjo juz nie mam sil ciagle mysle o moim mezu co sie z nim dzieje czemu nas zostawil i tak jest caly czas prosze cie panienko zabierz mnie do siebie ja dluzej tego nie zniose
 MARCIN: 07.12.2009, 16:26
 DZIĘKUJĘ TOBIE MARYJO Z CAŁEGO SERCA ZA WSZYSTKIE ŁASKI JAKIE WYJEDNAŁAŚ U BOGA DLA MNIE I DLA WSZYSTKICH DROGICH MOJEMU SERCU. PRZEPRASZAM ZA TO ŻE ZRANIŁEM TWOJE NIEPOKALANE SERCE I MOJEJ MAMY SWOIM POSTEPOWANIEM. MARYJO ODTĄD ODDAJĘ TOBIE CAŁE SWOJE ŻYCIE I WSZYSTKICH SWOICH BLISKICH, SWOJE PLANY, PRACĘ, MODLITWY I WSZYSTKO. MARYJO NAUCZ MNIE KOCHAĆ SIEBIE I SWOICH BLIŹNICH. BŁAGAM CIĘ O ŁASKĘ PRACY, O ŁASKĘ ZDROWIA, O ŁASKĘ ODNALEZIENIA SENSU ŻYCIA, O ŁASKĘ ZREALIZOWANIA SWEGO POWOŁANIA ŻYCIOWEGO, PROSZĘ CIĘ MARYJO O ŁASKĘ MĘŻA DLA MOJEJ SIOSRTY, MARYJO WYNGRODŹ WSZYSTKIM, KTÓRZY MI DOBRZE CZYNIĄ. MARYJO POLECAM TWOJEJ OPIECE WSZYSTKICH DROGICH MOJEMU SERCU. MARYJO MÓDL SIĘ ZA NAMI, KTÓRZY SIĘ DO CIEBE UCIEKAMY
 :): 08.01.2009, 10:01
 piękne świadectwo!
(1)


Autor

Treść



Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej