Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Co zrobić, jeśli rodzice wtrącają się we wszystko przed ślubem

Spis treści

Aneta pisze: Jesteśmy pięć miesięcy przed ślubem. Największym problemem są moi rodzice, wtrącają się we wszystko i co gorsza, uważają ,że mają do tego pełne prawo. Stwierdzili, że skoro finansują nasze wesele (w znacznej części) to mają prawo decydować kogo zaproszą. Niby tak, ale inaczej to sobie wszystko wyobrażaliśmy. Ale nie to jest najgorsze, wtrącają się także w inne dziedziny mojego życia, mimo, że od kilku lat mieszkam osobno i sama się utrzymuję. Krytykują moją pracę, narzeczonego, dosłownie wszystko. Nie potrafię im się do końca przeciwstawić, a gdy próbuję to robić zaraz są awantury a ja mam poczucie winy, że robię im przykrość i ustępuję. Cierpi na tym moja relacja z Markiem. Wiem, że tak nie powinno być, ale nie znajduję dobrego wyjścia. Powinniśmy powiedzieć, że skoro jest się dorosłym i samodzielnym, do tego zamierza właśnie założyć nową rodzinę to powinno się umieć tak pokierować relacją z rodzicami, by żadna ze stron nie była nią poraniona. Powinniśmy napisać, że w tym wieku czas przecież przeciąć pępowinę i robić swoje. Powinniśmy – ale tego nie zrobimy, gdy w praktyce nie jest to takie proste ani oczywiste. Naturalnie najlepiej jest gdy obustronne relacje osób dorosłe cechuje szacunek ale i swoboda. Rodzice powinni bowiem w pewnym momencie uznać fakt, że ich dzieci są już dorosłe i chcą same podejmować decyzje. Jednak rodzicom zawsze będzie się wydawało, że nie mają one wystarczającego doświadczenia i z braku tej wiedzy są narażone na różne niebezpieczeństwa, przed którymi oni zdołaliby je uchronić gdyby tylko one chciały ich słuchać... No właśnie, jak to w zasadzie jest z tą relacją z rodzicami? Do kiedy obowiązuje nas posłuszeństwo? A może lepiej w przypadku takiej "toksycznej" miłości całkiem się do niej odciąć? Odpowiedzi na te pytania są ważne nie tylko dla osób będących w związku ale wszystkich dorosłych, jednakże piszemy o nich w tej książce gdyż szczególnie mogą zaważyć na relacji, kiedy dorosłe dziecko postanawia samo założyć rodzinę. Powstaje wtedy więcej punktów zapalnych, więcej nieporozumień i większe są obawy rodziców.

Jak zwykle wszelkie skrajności są złe. Bo nie jest normalne, gdy dorosłe dziecko w każdej sprawie radzi się rodziców, gdy szczegółowo zdaje im relację co robiło każdego dnia, gdy ich zdanie jest dla niego najważniejsze. Wówczas bowiem mamy do czynienia z tzw. "nieprzeciętą pępowiną, o czym pisaliśmy szczegółowo w książce "Miłość...". Taka postawa naszym zdaniem jest dowodem braku dojrzałości i całkowicie uniemożliwia założenie rodziny, która jest przecież samodzielną jednostką. Osoba tak bardzo związana z rodzicami nigdy na pierwszym miejscu nie postawi małżonka, a w razie kryzysu, zamiast starać się go rozwiązać – zwróci się do rodziców, którzy najczęściej przyjmą go z otwartymi ramionami, zamiast zachęcić do negocjacji z mężem czy żoną. Jeśli dochodzi do tego trwałe lub choćby czasowe finansowe uzależnienie to katastrofa będzie nieunikniona, gdyż rodzice dadzą sobie wówczas nieograniczone prawo decyzji w sprawach młodego małżeństwa. To z kolei spowoduje frustrację przytłoczonego tym faktem drugiego małżonka, który – nawet jeśli wcześniej był niezależny – poczuje się jak cofnięty o kilka klas niżej uczeń w szkole – oto będzie musiał kogoś prosić o pozwolenie na kupno czegoś lub będzie musiał się tłumaczyć gdzie był i dlaczego tak długo. Gdzie tu samodzielność, odpowiedzialność za innych, gdzie miejsce na bycie głową rodziny? Mało tego – co najważniejsze – poczuje się "zdradzony" przez małżonka, który zamiast z nim uzgadnia wszystko z rodzicami. Gdzie tu zatem miłość i uczciwość małżeńska? Z kolei niektóre poradniki ochoczo szafujące pojęciem "toksyczni rodzice", według których za wszelkie nasze życiowe niepowodzenia i kompleksy odpowiadają ci, którzy powołali nas do życia, promują całkowite odcięcie się od rodziców w razie jakichkolwiek z nimi nieporozumień. Z tego trendu wyrasta postawa: jak najmniej kontaktu, bardzo rzadkie odwiedziny, bo mamy swoje życie i nikt nam nie będzie mówił co mamy robić. O tym jak szkodliwe jest takie odcinanie korzeni, o tym jak źle wpływa chociażby na wnuki brak kontaktu z dziadkami i jak przykro jest w tej sytuacji samym rodzicom nikogo nie trzeba przekonywać.

Jak zatem być dorosłym a jednocześnie utrzymywać dobre, prawidłowe relacje z rodzicami i teściami? Czy to jest w ogóle możliwe?

"Opuści człowiek ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją..."

Wszyscy znamy ten cytat. Wiele razy słyszymy go na ślubach. Ale czy wiemy co naprawdę oznacza? Ilu nowożeńców słuchając kierowanego do nich tego dnia słowa w ogóle zastanawia się, że to jest ...do nich? Jak to – powiecie, no oczywiście, że do nich a do kogo? Ale czy oni o tym wiedzą, czy rozumieją co dokładnie oznacza "opuścić ojca i matkę"? Kiedyś było to może bardziej oczywiste, w wielu kulturach oznaczało bowiem faktyczne fizyczne opuszczenie domu rodzinnego. Teraz najczęściej ten dom opuszcza się już dużo wcześniej – przy wyjeździe na studia lub do pracy w innym mieście. Fizyczne opuszczenie domu rodzinnego rzadko więc dokonuje się faktycznie z przestąpieniem progu przez pannę młodą w dniu ślubu. Wydawałoby się zatem, że teraz jest to prostsze – skoro rodziców opuściliśmy wcześniej to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by połączyć się "z żoną swoją". Teoretycznie powinno być łatwiej – i wielu wypadkach jest. Teraz małżeństwa zawiera się w starszym wieku niż kiedyś, młodzi są często od dawna samodzielni, pracują, nieraz mają już swoje mieszkanie. Fizyczny zatem proces oddzielenia od rodziców mają za sobą. Ale czy tylko o to chodzi w owym opuszczeniu? Zapewne nie i zapewne nie zawsze musi to mieć wymiar fizyczny. W rozdziale "Czy mieszkać z rodzicami po ślubie?" pisaliśmy przecież o sytuacji kiedy jedynym możliwym wyjściem jest dalsze zamieszkiwanie młodych małżonków w rodzinnym domu któregoś z nich wspólnie z rodzicami, a czasem jest to wybór wolny, przemyślany i dobry dla wszystkich. O co więc chodzi w tym opuszczeniu? Na pewno nie o dosłowne jego rozumienie, czyli porzucenie, zerwanie kontaktu, nie interesowanie się rodzicami. Wychodząc za mąż i żeniąc się nie przestajemy przecież nadal być ich dzieckiem, nie zrywamy też więzi z rodzeństwem czy dziadkami. Nadal pozostajemy częścią dawnej rodziny, choć już sami tworzymy nową. Opuszczenie ojca i matki zatem ma wymiar przede wszystkim duchowy i – uwaga! – powinno się dokonać na długo przed ślubem! Ba, na długo nawet przed podjęciem decyzji o małżeństwie, nawet przed wejściem w ogóle w poważny związek. Dlaczego?

Tylko człowiek samodzielny, samostanowiący o sobie, niezależny i potrafiący podejmować decyzje może w ogóle dobry związek z drugą osobą stworzyć. Nie można wchodzić w relację będąc samemu ciągłym dzieckiem – emocjonalnie, czasem też fizycznie uzależnionym od rodziców. Nie można bowiem od ukochanego oczekiwać relacji rodzicielskiej, opiekuńczej - a tylko partnerskiej. Najpierw trzeba zatem wziąć odpowiedzialność za siebie, za swoje życie i podejmowane wybory, najpierw próbować samemu się utrzymać, samemu zatroszczyć się o swoje potrzeby, poradzić sobie z codziennymi sprawami a dopiero później wiązać z kimś innym, czyli brać odpowiedzialność również za drugą osobę. Jak inaczej będziemy potrafimy zatroszczyć się o kogoś skoro nie potrafimy zadbać o siebie? Związek z kimś powoduje, że nasza odpowiedzialność rozciąga się na tę drugą osobę, małżeństwo zaś, że zatacza ona coraz większe kręgi i czyni nas odpowiedzialnymi już nie tylko za siebie i męża czy żonę ale także za dzieci, na które od pierwszego dnia po ślubie mamy być otwarci. Oczywiście nie musimy ich planować natychmiast po ślubie, czasem nawet nie byłoby to rozsądne, jednakże mamy być zawsze na nie otwarci, czyli przyjąć je gdyby nawet wbrew naszym planom pojawiły się zbyt szybko. Dlatego też tak ważne jest by duchowo opuścić swoich rodziców już wcześniej. Bo tylko to gwarantuje nam gotowość do połączenia się z małżonkiem i postawienia go na pierwszym miejscu. W przeciwnym razie na pierwszym miejscu w naszym życiu nadal będą rodzice – nadal ich zdanie i ich oczekiwania będą dla nas najważniejsze.

Jak zatem opuścić swoich rodziców?

Tak jak pisaliśmy wcześniej – poprzez usamodzielnienie się. Na pewno większą trudność w tym będą miały osoby, które np. mieszkają w mieście gdzie jest uczelnia. Bo siłą rzeczy podczas studiów nadal mieszkają w domu. Ma to swoje plusy ale znacząco opóźnia proces usamodzielniania się. W jeszcze gorszej sytuacji są osoby, które pracują w mieście, w którym jest dom rodzinny albo po ukończeniu studiów wracają do rodzinnych miejscowości. Grozi im wówczas tzw. uwstecznienie – powracają do statusu dziecka z czasów szkolnych. I na porządku dziennym będzie sytuacja kiedy wychodzącej do pracy urzędniczce czy nauczycielce mama poprawia szalik a synkowi robi kanapki. My wcale nie chcemy powiedzieć, że to źle jak matka robi kanapki, broń Boże! To całkiem naturalny odruch i jakkolwiek byśmy na to teraz nie patrzyli i my dojdziemy kiedyś do etapu gdzie z troską będziemy dorosłym dzieciom robić kanapki. My tylko chcemy powiedzieć, że w wieku 25-30 lat ów synek winien sam zatroszczyć się o to, by w ogóle coś na te kanapki mieć i umieć sam je zrobić. Natomiast mieszkając cały czas w domu rodzinnym i od razu przechodząc z niego w małżeństwo on może całkowicie nie mieć na to okazji albo też nie zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami jak konieczność kupienia czegoś na śniadanie. Co naturalnie spowoduje frustracje jego młodej żony, rozżalonej, że "ona musi o wszystkim myśleć". Tymczasem on nie jest ani leniwy ani wygodnicki, on tylko nigdy nie miał sposobności o to się zatroszczyć, bo te kanapki zawsze były. Tak samo będzie z praniem czy prasowaniem - i dotyczyć może także dziewczyn, żeby tu sobie ktoś nie pomyślał, że mężczyzn dyskryminujemy jako tych niezaradnych.

Jeśli zatem skończyliście studia, pracujecie i nadal mieszkacie z rodzicami to może czas pomyśleć o wyprowadzce? Jeśli pracujecie to przecież zazwyczaj stać Was na wynajęcie choćby pokoju. Nie przejmujcie się, że może to głupio będzie wyglądało skoro rodzice mieszkają w tym samym mieście. A jeśli do tego macie w niedalekiej perspektywie małżeństwo to bardzo polecamy takie rozwiązanie choćby na kilka miesięcy przed ślubem, zwłaszcza jeśli do tego nigdy nie mieszkaliście bez rodziców. To naprawdę zmieni Waszą perspektywę i otworzy oczy na wiele spraw, wymusi troskę o dom i siebie, pomoże w uniezależnieniu fizycznym i psychicznym. A i dla rodziców będzie to mniejszy szok niż wyprowadzka w dniu ślubu. Żebyście tylko nie wpadli na pomysł, że ten pokój to można (np. dla oszczędności) z narzeczoną wynająć – absolutnie nie zachęcamy Was do wspólnego zamieszkiwania przed ślubem! Mamy na myśli wyłącznie to, by nauczyć się żyć całkowicie na własny rachunek. Rozumiemy oczywiście, że nie zawsze będzie to możliwe, bo np. mieszkacie na wsi i zajmujecie się gospodarstwem, albo rodzice mają duży dom, albo są po prostu inne względy, które to utrudniają. Wówczas w ramach usamodzielniania koniecznie musicie ustalić z rodzicami jakieś reguły, prosić ich by dali Wam większą swobodę, pozwolili przejąć część obowiązków. Zobaczycie sami jak wiele Wam to da, nie mówiąc o tym o ile mniej będzie nieporozumień w małżeństwie bo będziecie po prostu wiedzieć ile wysiłku kosztuje wykonanie pewnych czynności.

Kolejny sprawa to samodzielne podejmowanie decyzji. Nie namawiamy tu do braku rozmów z rodzicami, ani ukrywania przed nimi pewnych spraw. Oczywiście, że zawsze warto posłuchać co rodzice mają do powiedzenia, pomyśleć nad tym a czasem w drobnych sprawach do czegoś się dostosować. Natomiast zawsze zasadnicze rozwiązanie problemu albo podjęcie decyzji ma należeć do Was, czegokolwiek by to nie dotyczyło. To Wy bowiem będziecie ponosić tego konsekwencje. Nawet jeśli Wasza decyzja będzie błędna – to będziecie wiedzieli, że to był Wasz wybór i na drugi raz tak nie postąpicie. Nie będziecie też mieli do nikogo pretensji i nikomu nie będziecie robili wyrzutów. Dotyczy to rozmaitych spraw, ale w szczególności chodzi nam tu o decyzję co do przyszłego małżonka. Mimo wszystkich zastrzeżeń albo i zachwytów, mimo odradzania lub wręcz nacisków na poślubienie kogoś tylko Wy możecie o tym w wolności zdecydować. Inaczej, w przypadku przymusu małżeństwo będzie nieważne! Oczywiście takie naciskanie na ślub w dzisiejszych czasach rzadko się zdarza; ogrom listów, jakie do nas kierujecie w tym temacie dotyczy braku akceptacji przyszłej synowej czy zięcia. Pomijajmy tu fakt, kiedy rodzice rzeczywiście mają rację i za wszelką cenę chcą uchronić córkę np. przed mężem alkoholikiem lub syna przed żoną całkowicie nieodpowiedzialną, nieszanującą go i stanowczo wyrażają swój – uzasadniony sprzeciw. Najczęściej jednak sytuacje nie są aż tak wyraziste i jednoznaczne. Przyczyny niechęci mogą być rozmaite: od nieakceptacji tego, że chłopak jest stolarzem a nie lekarzem, tego, że jest niewierzący lub jest obcokrajowcem aż po nie do końca uzasadnione "niepodobanie się".

Czasem rodzice tak dalece nie wyrażają zgody na małżeństwo, że ogóle nie przychodzą na ślub i odmawiają jakichkolwiek kontaktów. Częściej na pozór jest ok., ale w powietrzu wisi cicha nieakceptacja, czasem zaś jawnie okazują niechęć lub wrogość. Taki brak akceptacji wybranka jest czymś bardzo przykrym i powoduje wielkie emocjonalne rozdarcie. Bo nawet będąc bardzo pewnym wyboru, stawiając małżonka na pierwszym miejscu, życie ze świadomością, że rodzice nie lubią lub ledwo tolerują kogoś kogo kochamy najbardziej po prostu boli. I nie da się po prostu od tego odciąć, nie da się udawać, że wszystko jest ok. Co wtedy?

Jak ułożyć relacje z teściami?

Tak jak pisaliśmy – warto rodziców słuchać, warto z nimi podyskutować a przede wszystkim warto stworzyć okazję, by mogli osobiście poznać kandydata. Jednak decyzja czy z tym kimś chcecie iść przez życie należy tylko do Was. Róbcie zatem swoje ale... pamiętajcie, że od ślubu rodzice męża czy żony będą też niejako Waszymi rodzicami więc róbcie jednocześnie wszystko by relacje były tak dobre jak tylko się da. Nie zawsze będzie to łatwe. Nie wszyscy muszą się lubić, nie wszyscy muszą znaleźć wspólny język. My sami przecież nie ze wszystkimi potrafimy się przyjaźnić, niektóre osoby drażnią nas sposobem bycia, poglądami, zachowaniem. Tutaj też ktoś przychodzi z zewnątrz, jego towarzystwo zostaje nam narzucone. Jednak z racji tego, że zostajemy rodziną mamy obowiązek wzajemnie się szanować. Wzajemnie – zatem odnosi się to nie tylko do konieczności szanowania teściów ale i synowej czy zięcia – żony lub męża dziecka, będących matką lub ojcem wnuków. Nasz małżonek będzie to zobowiązany do szacunku z uwagi na fakt, że to teściowie dali życie mężowi czy żonie i wiele lat z troską go wychowywali a rodzice są zobowiązani do tego szacunku z uwagi na fakt takiego właśnie wyboru dokonanego przez ich dziecko.

Jeśli chodzi o częstotliwość kontaktu z rodzicami to tutaj oczywiście sprawa jest bardzo indywidualna. Zależy to do tego w jakiej odległości od siebie mieszkamy, jakie są zwyczaje, jak daleko mieszkają drudzy rodzice (jeśli w innej miejscowości to trzeba jakoś "podzielić" wyjazdy na święta, by raz spędzić je z jednymi, raz drugimi) no oczywiście od tego jak układają się stosunki. Jeśli są dobre to siłą rzeczy chcemy widzieć się częściej. Jeśli w grę wchodzi np. wspomniana wyżej nieakceptacja – to rzadziej. Przestrzegamy jednakże przed brakiem kontaktu – nawet w takiej sytuacji. Wówczas, jeśli wiemy, że nasz małżonek nie jest tam mile witamy to skracamy pobyt do minimum lub sami zapraszamy rodziców do siebie – na obcym gruncie nie będą raczej mu niczego zarzucać. A już najgorszym wyjściem byłoby to gdyby syn czy córka po ślubie zawsze (bo czasem naturalnie można, są różne sytuacje) jeździli do rodziców sami, bez małżonka. Niechby Wam nigdy nie przyszło do głowy spędzanie po ślubie świat oddzielnie, tylko ze swoimi rodzicami. Dla niektórych byłoby to pewnie wygodne jednak całkowici rozłożyłoby relację małżeńską. Tego nigdy robić nie wolno! Już lepiej w sytuacji spornej zastosować trzecie wyjście czyli nigdzie nie pojechać niż się rozdzielić.

W kontaktach z rodzicami zatem, szczególnie tych trudnych czasem trzeba ustalić pewne zasady. Przede wszystkim ustalić je ze sobą, biorąc pod uwagę charakter wzajemnych relacji. Jeśli np. jedna z mam jest osobą nadopiekuńczą, lubiąca wszystko kontrolować, "wiedzącą lepiej", czyli po prostu nadmiernie się wtrącającą to wyzwaniem dla Was jest takie ustalenie częstotliwości jej wizyt by dało się normalnie żyć. Znamy bowiem sytuację kiedy (chcą naprawdę dobrze! przecież wszystkie mamy chcą dobrze) teściowa przeszedłszy właśnie na emeryturę postawiła sobie za punkt honoru wychowanie swojego wnuka. Tak się "nieszczęśliwie" składało, że mieszkała 100 metrów od córki a oboje rodzice pracowali. Zatem gdy wracali z pracy teściowa już tam była i kończyła gotowanie ziemniaków (żeby były świeże i gorące). Dziecko było już odebrane z przedszkola a naczynia pozmywane. Po obiedzie (naturalnie wspólnym) zaczynała bawić się z wnukiem przy okazji poprawiając nieodpowiednio ułożone rzeczy i pouczając córkę i zięcia w kwestiach wychowawczych . Tak wyglądał dzień powszedni, gdyż w niedziele prośbą, groźbą i szantażem wymuszała wielogodzinne niedzielne obiadki u niej. Dochodziło do sytuacji kiedy małżonkowie nawet nie mieli (we własnym domu!) czasu ani możliwości, żeby ze sobą na osobności porozmawiać. Nie mieli nawet sposobności, by pobawić się z własnym dzieckiem. Jedynym czasem odpoczynku dla nich były coroczne zagraniczne wyjazdy teściowej na wczasy. Jak się łatwo domyślić nie była to sytuacja komfortowa, zwłaszcza dla zięcia, który niejednokrotnie próbował interweniować, co nieodmiennie kończyło się obrażaniem i pretensjami kierowanymi w stronę córki, że wybrała sobie na męża kogoś bez kultury.

Zmęczyliście się samym opisem sytuacji? A co by było gdyście sami się w niej znaleźli? Jak wybrnęlibyście z niej? Nie byłoby to łatwe, bo babcia poświęcała tutaj swój czas i energię, chciała czuć się potrzebna i naprawdę sporo pomagała. Jednak nie o to w małżeństwie chodzi. Można ofiarować pomoc, zwłaszcza gdy ktoś o nią prosi, trzeba jednakże znać granice i widzieć rzeczywiste potrzeby innych. Co należało zatem zrobić w tej sytuacji? Jako, że wielokrotnie rozmowy nie skutkowały należało postawić wyraźne granice. Ustalić, albo po prostu zakomunikować, że owszem, w niedzielę przychodzimy ale w tygodniu to my robimy wszystko w swoim domu i my zajmujemy się wychowaniem dziecka. Albowiem my tworzymy osobną rodzinę. Dla babci zawsze będzie w niej miejsce ale w roli babci oczywiście nie kogoś kto ustawia wszystko i wszystkich.

Ponieważ jednak musimy liczyć się z tym, że takie postawienia sprawy nie znajdzie zrozumienia, a wręcz wywoła gniew, smutek, żal, może nawet próbę wzbudzania poczucia winy to (i zapamiętajcie to dobrze!) zawsze to my rozmawiajmy ze swoimi rodzicami! Czyli córka rozmawia z matką a nie zięć z teściową. Dlaczego? Właśnie dlatego, że córkę z matką łączy więź pierwotna, one są z jednej rodziny i nawet jeśli matkę to zaboli to odbierze to inaczej niż gdyby to usłyszała od "obcego" zięcia. Ponadto córka będzie bardziej bezpośrednia, będzie miała mniej oporów, by szczerze powiedzieć o co chodzi, podczas gdy zięć na pewno starałby się teściowej nie urazić i może w efekcie zagmatwałby sprawę. Poza tym zakomunikowanie zasady, że w tygodniu się nie spotykamy w ustach córki brzmi "nie spotykamy" w ustach zięcia ma wydźwięk taki, że teściową wyrzuca się z domu. A córkę to pewnie ten zięć terroryzuje bo skoro ona sama o tym nie mówi, to zapewne ma inne zdanie tylko się go boi.

KASIA: Czas narzeczeństwa nie był dla nas łatwym czasem. Stosunki z rodzicami były tym, co mi osobiście sprawiał największą trudność. Podobnie jak autorka listu czułam się wewnętrznie rozdarta bo bardzo, wręcz na siłę chciałam by moi rodzice podzielali mój entuzjazm z mającego nastąpić małżeństwa a przede wszystkim by byli zachwyceni moim narzeczonym. Sporo czasu zabrało mi zrozumienie czemu zachowują się z rezerwą, a czasem niechętnie. Dziś potrafię spojrzeć na to z ich perspektywy i rozumiem coraz więcej. Gdybym kilkanaście lat temu rozumiała ich punkt widzenia nie toczyłabym z nimi walk i nie starała się wygrać każdej słownej potyczki.

Aby mieć dobre relacje trzeba starać nawzajem się zrozumieć. Od strony teściów wygląda to tak: wychowali syna czy córkę najlepiej jak umieli. Z chwilą ślubu nie przestaje on czy ona nadal być ich dzieckiem, chcą więc uchronić ją od błędów. Dają rady, które młodzi nazywają wtrącaniem się, a które dla nich są życiowa mądrością i sposobem na uniknięcie wyważania "otwartych drzwi". Oni, z racji swojego doświadczenia i przeżytych lat już wiedzą jak pewne sprawy mogą się potoczyć i czym grozi taki czy inny krok. Do tego patrząc z boku na wybranka serca dziecka dostrzegają nie tylko zalety ale i wady, na które w szczerości serca próbują zwrócić uwagę swojego dziecka. To naturalnie wywołuje w nim reakcję obronną, bo jest według niego dowodem na to, że rodzice "się czepiają", nie akceptują dziewczyny czy chłopaka a zatem on musi bronić jej dobrego imienia. Rodzice obawiają się niejednokrotnie jak syn czy córka poradzi sobie ze zwiększonymi obowiązkami w małżeństwie, a gdy pojawiają się wnuki, sami będąc przeważnie już na emeryturze ofiarują swój czas i pomoc. To wszystko jest naprawdę chwalebne. Nie biorą tylko pod uwagę tego, że pewne rzeczy się zmieniły, poszły do przodu i to co było wypróbowane i skuteczne 30 lat wcześniej, teraz będzie po prostu przestarzałe, bo można zrobić coś szybciej, taniej, lepiej. Ponadto młodzi wkraczając w małżeństwo bardzo cieszą się ze swej nowej roli, z tego, że wreszcie będzie tak jaka chcą, że sami sobie urządzą swoje mieszkanie, sami będą decydować co ugotować i jak będzie wyglądał ich związek. Nawet jeśli popełnią błędy to one będą dla nich ich doświadczeniem, nauką, oni chcą się o tym sami przekonać. I maja do tego prawo – tak jak mieli do tego prawo ich rodzice, o czym zapewne już zapomnieli.

Naszym zdaniem, najczęstszą przyczyną powodującą konflikty międzypokoleniowe jest niemożność zrozumienia przez rodziców, że od ślubu to małżonek jest dla ich dziecka na pierwszym miejscu. Nam może to się wydawać oczywiste, ale kilkadziesiąt lat temu nie było ani stosownej literatury dla młodych ani nie mówiło się o tym w Kościele (kursów przedmałżeńskich w ogóle nie było) a wzorce czerpało się z domu. W domu zaś bywało różnie, a najczęściej pokutował pogląd, że najważniejsze jest dziecko. Stąd odsuwanie emocjonalne małżonka, stąd nadmierna nieraz troska o to co z dzieckiem związane, przy jednoczesnym umniejszaniu własnych potrzeb, stąd inwestowanie w potomka całych sił, czasu i miłości, robienie wszystkiego, by było mu lepiej niż nam i... stąd ogromne rozczarowanie, że to dziecko nie odpłaca tym samym. No bo skoro dla rodziców najważniejsze było dziecko, skoro było inwestycją złożonej w nim miłości to trudno się dziwić rozczarowaniu i poczuciu odtrącenia kiedy to właśnie dziecko potem oświadcza, że najważniejszy jest dla niego małżonek! Stąd szok i słowa o niewdzięczności, stąd gorycz porażki. Bo skoro dziecko było dla mnie najważniejsze to czyż nie ja powinnam być najważniejsza dla niego, czy nie z moim zdaniem najbardziej powinno się liczyć – myśli niejedna matka. Szczególnie matki jedynaków mogą tutaj mieć niemały problem, bo z chwilą ich ślubu jakby tracą "wszystko". A wszystko bierze się z niewłaściwego założenia. Trudno jednakże teraz to rodzicom wytłumaczyć, trudno im powiedzieć, że mylili się, że powinni najwięcej inwestować we własną relację z mężem czy żoną. Relację, która nawiasem mówiąc nieraz jest już tylko przyzwyczajeniem, nie jest rozwijana i doceniania. Stąd syndrom "pustego gniazda" dla pokolenia naszych rodziców bywa prawdziwym dramatem. I dlatego młodzi ludzie wchodzący w małżeństwo, jakkolwiek mają rację stawiając na pierwszym miejscu małżonka powinni wiedzieć o tym wszystkim co napisaliśmy wyżej – że ich rodzice tego mogą nie rozumieć! I że nie do końca jest to ich winą a po prostu konsekwencją czasów i mentalności, w których przyszło im żyć.

Piszemy to właśnie po to - by zrozumieć niektóre zachowania rodziców. Wiedząc o tym będzie nam łatwiej czasem coś przemilczeć, czasem ustąpić a gdy będzie to kolidowało z dobrem naszej rodziny – po prostu zrobić swoje ale bez zbędnej dyskusji czy kłótni.

Innym problemem w relacji z rodzicami i teściami jest czynnik finansowy. Pisaliśmy o tym już w rozdziale "Czy mieszkać z rodzicami po ślubie", tutaj odniesiemy się tylko do problemu opisanego przez autorkę listu: gdy to rodzice finansują wesele. To często rodzi konflikty. Dlatego jesteśmy zdania, że najlepiej, najzdrowiej jest jeśli to młodzi sami sobie to wesele sfinansują – zazwyczaj są już samodzielni więc nie ma tu obciążania rodziców zbędnymi kosztami, poza tym daje to niesamowitą swobodę – mogą zrobić wszystko lub prawie wszystko tak, jak o tym marzą. Oczywiście i w tym przypadku należy jednak wziąć pod uwagę sugestię rodziców i zaprosić bliską, choć nie bardzo lubianą ciocię – wypada tak zrobić z szacunku, mimo, iż nie mamy na to ochoty. Jednakże w naszym kraju w ogromnej mierze jeszcze utrwalony jest zwyczaj finansowania wesela przez rodziców, nierzadko ze ściśle przestrzeganym w różnych rejonach kraju podziałem na czynności należące do rodziny narzeczonej i narzeczonego. Jeśli i u Was tak jest i wiecie, że rodzice tego naprawdę chcą i nie zrujnuje to ich budżetu a Wasz sprzeciw bardzo by ich zmartwił – niech i tak będzie. Tylko tutaj jest właśnie to niebezpieczeństwo: "że skoro finansują nasze wesele (w znacznej części) to mają prawo decydować kogo zaproszą. Niby tak, ale inaczej to sobie wszystko wyobrażaliśmy". Dlatego trzeba z nimi rozmawiać, przekonywać, ustalić o czym Wy decydujecie, o czym oni, ograniczać w miarę możności listę gości o osoby których nie widzieliśmy nigdy wcześniej ani nigdy później nie zobaczymy, powstrzymywać przed zapożyczaniem się itp. To Wasz dzień i byłoby idealnie gdybyście Wy mogli sami go zorganizować. Bo i tak się zdarza – że rodzice wspomagają wesele finansowo ale dają młodym wolną rękę.

Na koniec Was pocieszymy: jakkolwiek teraz układają się Wasze relacje z przyszłymi teściami teraz, z czasem będzie, a przynajmniej powinno być lepiej. Jeśli nie będziecie wchodzić w zbędne dyskusje, będziecie mimo odczuwanej do Was niechęci traktować ich z szacunkiem, nie będziecie ich unikać a do tego oni zobaczą, że z mężem czy żoną naprawdę się kochacie i tworzycie jedność – ich stosunek do Was się zmieni. To przypuszczalnie będzie długi proces, ale pomału skończą się zaczepki, pretensje, wyrażanie dezaprobaty, zaczną się zwyczajne rozmowy a z czasem może nawet sympatia. Tylko musicie włożyć w to wysiłek.

I jeszcze jedno- módlcie się za swoich przyszłych teściów! Tak, to nie żart. Właśnie wtedy gdy szczególnie trudno Wam się z nimi rozmawia, gdy stosunki są napięte – tym bardziej się módlcie. Bo czasem człowiek nie może już nic więcej zrobić ale Bóg zawsze może wszystko. A największe rezultaty daje modlitwa zanoszona za teściów przez tego nieakceptowanego małżonka lub narzeczonego. Zapewniamy Was, że tak właśnie jest, bo wówczas nie tylko dokonuje się zmiana w sercach tych, za których prosimy ale i w naszym – bo przełamujemy swoją niechęć i kierujemy ku nim swoje myśli.

TOMEK: Jako młody mąż długo nie wiedziałem jak rozmawiać ze swoim teściem. Starałem się, naprawdę, a jednak jego zdaniem ciągle robiłem coś źle. Powodowało to moją frustrację i chęć ograniczenia kontaktów. Po latach kiedy powierzyłem Bogu tę intencję zobaczyłem, że... im mniej sam się staram tym jest lepiej! To było zadziwiające odkrycie. Tak naprawdę chodziło o to, że przestałem "mieć ciśnienie", by dogodzić teściom, zachowywałem się więc normalnie, byłem też już tym wszystkim zmęczony. Codzienny dziesiątek różańca kierował mnie w stronę człowieka, z którym nie mogłem się dogadać ale któremu poprzez modlitwę życzyłem jak najlepiej. To nie mogło pozostać bez rezultatów.

A tak już całkiem kończąc jeszcze jednak kwestia, taka techniczna. Pewnie dla większości z Was oczywistym jest to, że po ślubie do teściów będziecie mówić: "mamo" i "tato". Często teściowie sami to proponują (i najlepiej jest gdy sami wychodzą z tą inicjatywą), choć niektórzy umawiają się inaczej i wolą by mówić do nich np. po imieniu. Jeśli tak, to też nic w tym złego. Jeśli zaś nic nie mówiąc to pewnie są tradycjonalistami i właśnie "mamo" i "tato" chcą usłyszeć. A zatem zacznijcie do nich tak mówić jak najszybciej. Zaraz po ślubie, podczas wesela, np. w trakcie podziękowań dla rodziców. Dlaczego o tym w ogóle piszemy? Bo... nie jest to łatwe. Uwierzcie, że nie jest proste nagle nazwać wyrazami, zarezerwowanymi przecież do własnych rodziców, "obcych" ludzi, do których przez całe narzeczeństwo mówiliśmy "pani i "pan". To naprawdę trudno przechodzi przez gardło. Trzeba się z tym oswoić, bo z początku może to w naszych uszach brzmieć sztucznie i dziwnie. Dlatego odwlekanie pogarsza sprawę. Zatem im szybciej zaczniemy tym lepiej, również dla teściów, dla których będzie to wyraz akceptacji z kolei ich osób.

Fragment książki:
Co każdy mąż chciałby aby jego żona wiedziała o mężczyźnie Narzeczeństwo czyli sztuka przygotowania się do małżeństwa
Katarzyna Jarosz, Tomasz Jarosz
To znakomite, napisane prostym, komunikatywnym językiem kompendium dla każdego chrześcijanina, który stoi przez wyzwaniami okresu narzeczeństwa...» zobacz więcej

Kasia i Tomek

Redakcja portalu


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść

Nowości

Dlaczego Pan Bóg stworzył świat?Dlaczego Pan Bóg stworzył świat?

Kto to taki... przyjaciel?Kto to taki... przyjaciel?

św. TarazjueszaModlitwa do św. Tarazjuesza

Modlitwa poświęcenia się Matce Bożej Trzykroć PrzedziwnejModlitwa poświęcenia się Matce Bożej Trzykroć Przedziwnej

Pan kieruje nas ku przyszłościPan kieruje nas ku przyszłości

Najbardziej popularne

Nowenna do św. RityNowenna do św. Rity

Modlitwy do św. RityModlitwy do św. Rity

Litania do św. JózefaLitania do św. Józefa

Jezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się JezusowiJezu, Ty się tym zajmij - Akt oddania się Jezusowi

Modlitwa o CudModlitwa o Cud

Poprzednia[ Powrót ]Następna
 
[ Strona główna ]

Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty |

Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej