Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

O nieszczęsnej Hannie i zakochanym Jacku

Niewielu było na Mazowszu wesołków równych Jarkowi z Ciechanowa. Młodemu setnikowi, a zarazem i prawej ręce Wszebora, władyki obronnego gródka na niewysokiej Farskiej Górze, tuż nad brzegiem Łydyni.

Wszyscy doskonale wiedzieli, że Jarko odważny jest, w boju nieustępliwy, w tropieniu i podchodzeniu wroga zaś sprawujący się niczym doświadczony basior z boru. Poważano go za to i słuchano z uwagą na wojennych radach. Ceniono go również i za poczucie humoru, za dowcip, mimo że nieustannie nabierano się na jego figielki i sztuczki. Nawet najbliższym Jarkowym druhom serca podchodziły do gardła, gdy niespodziewanie usłyszeli za plecami syk jadowitej żmii. Albo gdy w najmniej oczekiwanym momencie rozlegało się tuż-tuż straszliwe wilcze wycie lub ryk wściekłego hiedźwiedzia. Nawet własnego psa Jarko potrafił oszukać. Biedne psisko kuliło wtenczas pod siebie ogon i zmykało, mało łap nie łamiąc. Dopiero po stu albo i po dwustu krokach orientowało się, że przecież nie czuło niedźwiedziego zapachu, i powracało z radosnym jazgotem.

Nadszedł jednakże dzień, w którym Jarko posmutniał. Owej soboty sędziwy Wszebor zatrzymał swego setnika po wieczerzy, aby odbyć z nim dłuższą rozmowę, i to wcale nie dotyczącą spraw rycerskich.

- Nie od dzisiaj widzę, chłopcze, że miła ci jest moja Hanna. Być może obydwoje macie się ku sobie. Dałbym ci córkę za małżonkę, lecz nie mogę.

Przyobiecana bowiem została już komuś innemu.

- Wiem. Księciu Bolesławowi z Kłodzka. Synowi Władysława Hermana, panu dzielnemu i możnemu.

- Jemu - przytaknął władyka zameczku na Farskiej Górze. - Księciu. Książę Bolesław miłuje Hannę z całego serca. Świata za nią nie widzi. Także i dlatego, mój chłopcze, nie godzi się łamać danego mu słowa.

- Wiem, Wszeborze. Słowo rycerskie wszakże rzeczą świętą - westchnął Jarko. - Jesienią mają się ponoć odbyć zaślubiny młodej pary. Pozwól mi wtedy opuścić dwór w Ciechanowie i wraz z Hanną udać się do Bolkowego garnku, abym mógł z bliska spoglądać na szczęście miłej.

- Na talae przenosiny przyzwalam ci, Jarku. A i ja będę wszakże stokroć spokojniejszy wiedząc, iż jest przy dziewczynie wierna jej dusza.

- Nię jedna, a dwie nawet, Wszeborze. W ślubnym prezencie chciałbym Hannie i księciu Bolesławowi ofiarować coś, co mam najdroższego. Mojego Żabka.

Wszebor uśmiechnął się pod siwym wąsem.

Żabek przed rokiem był jeszcze śmiesznym szczeniakiem z głową wielką niby dwie pięści złożone ku sobie, z pomarszczonym przezabawnie pyskiem, łapami grubymi i miękuśkimi, oraz z puszystym ogonem. Wkrótce przemienił się w potężnego brytana. Nabrał rozumu i odwagi, nauczył się walki z dzikiem oraz wilkiem, a również tropienia trudnych śladów w puszczy. Krótko mówiąc, stał się nieodłącznym towarzyszem Jarka i podczas łowów, i w nadgranicznych potyczkach z napastliwymi Prusami, Jadźwingami czy Litwinami.

Źabkowe przymioty miały się przydać także i w najbliższym czasie.

Z wieczora grodek na Farskiej Górze rykiem trąb powitał niezwyczajnych gości. Rycerza Janotę, zaufanego męża księcia Bolesława, oraz jego giermków. Nie dziwota, że zdrożonych podróżą czym prędzej posadzono przy stole zastawionym jadłem oraz dzbanami piwa i miodu. Z przybyszami z Kłodzka pito i gadano w noc do późna, niemal do piania kogutów.

O świcie Hanna, która nie biesiadowała z rycerzami, nakazała kucharzom, co mają szykować na śniadanie, po czym jak zwykle pobiegła zbierać zioła i lecznicze trawy. Pobiegła i zanim się w zamku zorientowano, zniknęła gdzieś bez śladu.

Trwoga ogarnęła wszystkich.

- Hanna? Gdzież Hanna? - rozległy się zewsząd wołania. - Kto widział Wszeborową córę?

Ostatnim z ciechanowskich ludzi, którzy widzieli Hannę, był strażnik sterczący z włócznią przy wrotach.

- Wyruszamy nie zwlekając na poszukiwania. Rozdzielamy się na grupki po trzech wojów - Jarko decydował szybko. - Trzy grupki łuczników szukać będą po tej stronie drogi, trzy po tamtej. Uważnie przepatrujcie każdy dół i każdy krzaczek. Niczego nie przegapcie. Śladów pilnie wypatrujcie. Nawet tych najdrobniejszych.

Niedługo trwało, gdy do Jarka przetrząsającego leszczynową kępę podbiegł Mieczek, wnuk Sędzimira zawiadującego ciechanowskimi spichrzami.

- Popatrz, Jarku, com znalazł przed chwilą - wołał już z daleka. - Nóż. Jeno, że jakiś taki cudaczny.

- Pokaż. Gdzie był?

- Tam, ze czterdzieści kroków od fosy. - Mieczek wskazał ręką do tyłu. - Prawie przy samej drodze. Pośród mleczu i lebiody leżał.

Jarko obejrzał znalezisko ze wszystkich stron. Od razu odgadł, iż sztylet nie pochodził ni z Ciechanowa, ni z książęcego Płocka. Ba, nawet nie z Warszawy ani z odległego Czerska. Noży o równie szerokim ostrzu z dziwnie wykrojonym czubkiem i o drewnianej rękojeści obciągniętej wężową skórką nie spotykało się wszakże na Mazowszu.

- Niezwyczajny nóż. Z kształtu, roboty i owej żmijowej powłoki wygląda mi na bron pogańską. Może pruską zza miedzy? Albo litewską? E nie, najpewniej jaćwieską. Na szczęście kawał drogi dzieli niecnych łotrzyków od rodzinnego gniazda. W pościg czym prędzej trza ruszać. Jeśli dopędzić ich mamy jeszcze przed granicą, zwlekać nam nie wolno. Podczas pogoni psa doświadczonego użyć należy. Myślę, że najlepiej naszego brytana, bo sprawdzony jest na niejednych łowach i w niejednym podchodzie ku wrogowi. Mieczku, pędź szybko po Żabka do mojej chałupy. Weź również kilku wojów i sprowadźcie konie dla całej drużyny. Zawiadom Wszebora, iż podjęliśmy pościg za Jadźwingami. Nie wrócimy, dopóki nie odzyszczemy naszej Hanny. Aha, zabierz od niego jakąś rzecz należącą do dziewczyny. Psu będzie potrzebna.

Mleczek uwinął się rychło z zadaniem. Pacierz chyba nie minął, gdy z wrót grodziska wypadło na most i na drogę kilkanaście rumaków poprzedzanych przez szczekającego brytana.

- Żabku, do nogi! Na uwięzi musisz pójść, piesku, abyśmy nie pogubili się wzajemnie w borach pełniuśkich bagien, groźnego zwierza i niedobrych duchów.

Rzekłszy to Jarko sięgnął po długi rzemień, zwinięty i przytroczony do siodła, po czym dopiero pod psi nos podsunął kołpaczek Hanny i nóż znaleziony przez Sędzimirowego wnuka w pobliżu bramy grodzkiej.

- Pracuj nosem, Źabku. Uczciwie i szybko pracuj, piesku, bo czasu zbyt wiele nie mamy. Szukaj Hanny oraz zbirów od tego wężowego noża.

Żabek momentalnie pojął, czego od niego żądano. Machnął żwawo kudłatym chwostem i przywarł pyskiem do ziemi. Długo nie szukał. Najwidoczniej już po chwili odnalazł trop, gdyż szczeknął krótko i skoczył do przodu. Jarko natychmiast dziobnął konia ostrogą i popędził za psem. Także i łucznicy dosiedli wierzchowców i pogalopowali za swoim setnikiem.

Niemal do samego wieczora pies prowadził śladem wiodącym prosto jak strzała w głąb boru, na wschód, gdzieś ku puszczom zamieszkanym przez Jadźwingów, lud zuchwały i bitny, a przy tym zdolny do wszelkich podstępów.

Żabek dotarł do wartkiej strugi przecinającej rozległą polanę oraz niegłęboki parów zarośnięty jałowcem. Ku zdumieniu Jarka nie wlazł jednakże do wody, łap nawet nie zamoczył, ale skręcił w prawo i jak oszalały popędził wzdłuż gliniastego brzegu. Po dwóch albo i trzech pacierzach zamiast przedostać się przez strumień na przeciwległą stronę i biec nadal w kierunku Jaćwieży czy Litwy, brytan nagle zatrzymał się. Odwrócił łeb i spojrzał na swego pana rozumnymi ślepiami.

- Nad czym się zastanawiasz, Źabku? Dlaczegoś, u licha, stanął? - Młodzik machnął niecierpliwie ręką wskazując na wodę. - Prowadź dalej. Gdzież twoja pani? Gdzie Hanna? Szukaj, szukaj, piesku.

Brytan szczeknął znowu i skręcił gwałtownie w prawo. Wpadł z powrotem w bór oddalając się i od pobliskiej strugi, i od dalekiej Jaćwieży.

- A zatem to wcale nie Jadźwingowie i nie Litwini zakradli się pod Ciechanów, jeno jakoweś farbowane lisy.

Przebierańcy bez sumienia - domyślił się Jarko skierowując bułanka między drzewa. - Zbóje podstępni, którzy chcieli skfyć się przed nami w obcej skórze. Specjalnie nóż pogańskiej roboty podrzucili w widocznym miejscu koło bramy gródka, abyśmy go znaleźli i pośpieszyli fałszywym tropem. A i na koniach nie podkutych jadą, by nas zmylić.

Dobrze, że deszcz nie spadł dziś i śladów łotrowskich nie rozmył, bo wtenczas chyba bym Żabkowi nie dowierzył.

Nazajutrz Żabek wyprowadził junoszową drużynę na szeroki dukt leśny. Na drogę ciągnącą się pomiędzy kilkusetletnią sośniną. Około południa puszcza zaczęła rzednąć. Pośród drzew wyraźnie przejaśniało.

- Ej, przed nami woda ogromna. I jakowyś gród warowny na dalekim brzegu - wykrzyknął w pewnej chwili woj jadący samotnie na szpicy, o dwa albo i trzy rzuty oszczepem przed zbrojną gromadką.

Rzeczywiście. Po drugiej stronie rzeki na wysokiej skarpie widać było ziemne wały uwieńczone ponadto ostrokołem, pewnikiem z twardych dębowych lub modrzewiowych bali. Zza palisady wyrastały baszty zamkowe oraz strzeliste wieżyce kościelne sięgające obłoków.

- Do Wisły dotarliśmy. A w takim razie Płock ci to jest. Gród potężny i przebogaty. Z zamczyskiem księcia Zoigniewa, Hermanowego syna. Oto dokąd przywieziono brankę. Z pewnością na rozkaz samego księcia - szepnął Jarko na wpół do siebie, na wpół do Mieczka podążającego tuż obok, strzemię w strzemię.

- A dlaczego, Jareczku - zdumiał się wnuk Sedzimirowy. - Nie pojmuję. Przecie książę Zbigniew siedzący na płockim tronie ani żadnym barbarzyńcą, ani żadnym plugawcem nie jest. Po cóż wysyłałby szajkę zbójców po Wszeborową córę, której nigdy na własne źrenice nie widział? Nie myślisz chyba, że uczynił to z nagłej miłości do nieznajomej młódki? No i wszakże nie dla okupu, bo srebra, złota oraz klejnotów książę ma ze czterdzieści albo nawet i z osiemdziesiąt dębowych antałów. Beczek starannie ukrytych w piwnicach i loszkach pod zamkowymi wieżami.

- Naprawdę nie pojmujesz powodu? Ech, Mieczku, Mieczusiu-Jarko spojrzał druhowi w oczy i pokiwał głową. - Za uczciwyś, przyjacielu. Gdybyś kapinkę podumał, ani chybi odgadłbyś, iż nie żadne wielkie kochanie, lecz zemsta najpodlejsza pod słońcem nakazała "księciu Zbigniewowi pchnąć bandę owych przebierańców w pobliże ciechanowskich murów.

- Zemsta? - Mieczykowe oczy ze zdziwienia zrobiły się okrągluśkie niczym dwa miedziaki. - Zemsta, powiadasz, Jareczku? A na kimże to?

- Nic nie rozumiesz, Mieczku. Wszyscy wiedzą przecie, że między Bolesławem a Zbigniewem, jego bratem przyrodnim, nie ma ani szczypty braterskiej miłości. I jeden, i drugi od dawna o władzy jeno myśli, nie o wspólnym ojcu i krwi wspólnej.

- O władzy? A dyć ją mają. Każdy z nich w swoim księstwie panem jest. Panem życia i śmierci.

- Naiwnyś, Mieczku, niby smark w kolebce. Możnych panów widać nie znasz.

- A nie znam - przytaknął wnuk Sędzimirowy. - Bo niby skąd miałbym znać?

- Wiedz zatem, iż obaj synkowie Władysława Hermana - świeć, Panie, nad jego duszą - marzą nie "jeno o władzy u siebie, ale w kraju całym. W kraju rozległym, nie mniejszym od tego, jakim do niedawna władał ich wielki dziad Kazimierz. Ten sam, którego lud w ogromnej czci miał, po śmierci zaś Odnowicielem obwołał.

Mieczek dziwować się nie przestawał.

- A cóż wspólnego z awanturami pomiędzy książęcymi braćmi może mieć Hanna, prześliczna Wszeborowa córa? - zapytał szybko.

- Książę Bolesław piękną Hannę miłuje ponad życie, o czym wie każdy, kto chce to wiedzieć. Nie tylko w Ciechanowie, lecz i w Płocku.

- Ale... ale książę Zbigniew krzywdy naszej Hannie nie uczyni"? - jęknął Sędzimirowy wnuk i natychmiast uderzył się otwartą dłonią w usta, jak gdyby przeraził się dopiero co wypowiedzianej myśli.

- Rozmaitych historii nasłuchałem się o Zbigniewie, starszym z synów Władysława Hermana. Książę Zbigniew ponoć zawzięty jest, zawistny okrutnie i zdolny do wszystkiego. Nawet do tego najgorszego.

- Ale... ale ao loszku dziewczyny niewinnej chyba nie wtrąci? - jęknął Mieczek po raz drugi i poruszył się niespokojnie w siodle.

- Sam spróbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie. Wśliznę się do grodu, porozglądam sie bacznie, nos wetknę, gdzie się tylko da. A i uszy mieć będę w pogotowiu niczym szarak swoje słuchy nocą.

- Naprawdę sam chcesz wśliznąć się do miasta? W pojedynkę?

- Uhum. Pojedynczo łacniej przeniknąć nie zauważonemu przez bramę strzeżoną pilnie od świtu do zmierzchu - wyjaśnił Jarko. - Wy tymczasem skryjcie się dobrze w tej oto leszczynie i cierpliwie oczekujcie mojego powrotu.

Przez Wisłę Jarko przeprawił się na znalezionej w szuwarach rybackiej dłubance. Sam, bez brytana i bez broni.

Niestety, ledwie zbliżył się do szeroko rozwartych, strażnik o wąsach wielkich niby dwie miotły kiwnął na niego paluchem i ryknął:

- Hej, ty tam, zatrzymaj się! Ogłuchłeś, barani czerepie? Stójże, gdy cię wołają! Na przeszpiegi usiłujesz przeniknąć do naszego grodu, gadzino? - Hej, Sędko, Raszku, migiem do mnie! Chwytajmy łotra i czym prędzej prowadźmy na zamkową górę. Nagroda nas nie minie. Ażeby mi pypeć nikiej śliwka na jęzorze wyrósł, jeśli nie dostaniemy za niego po antałeczku piwa.

- Nie wiem, jako będzie z owym pypciem na ozorze, ale że guz nie mniejszy od śliwy wyrośnie ci na czole to pewne - mruknął Jarko pod nosem i z całej siły huknął pięścią w łeb wąsacza, aże ten wypuścił żelazo z dłoni, zatoczył się i na wpół przytomny runął pod ławę.

Ledwie młodzik zdążył pochwycić strażnikowy miecz z ziemi i zasłonić się, natarł na niego z toporem ogromny pachoł w rogatym hełmie i w serdaku kłakami na zewnątrz. Od mocarnych uderzeń żelaza o żelazo sypnęły się skry niczym u kowadła w pracowitej kuźni.

Pochłonięty walką z olbrzymem Jarko nie dostrzegł trzeciego ze strażników lecącego nań z boku z wystawioną włócznią. I pewnie bardzo źle dla junoszy* zakończyłaby się ta wyprawa do książęcego Płocka, gdyby nie nieoczekiwana odsiecz.

Żabek, któremu Jarko nakazał pozostać w lesie przy Mieczku, nie posłuchał rozkazu. Wyrwał się wojom i przepłynął Wisłę za swym panem.

Teraz, widząc co się dzieje, brytan w kilku susach dopadł włócznika i chwycił go od tyłu zębami. Od ostrych kłów - a może od nagłego szarpnięcia? - pękł rzemień podtrzymujący strażnikowe skórznie i portki zjechały mu do kolan. Ogłupiały brodacz wypuścił włócznię, po czym ze spętanymi nogami niby koń na pastwisku i z gołym zadkiem zaczął skakać u wrót na podobieństwo wielkiej żaby.

- Zmykamy, piesku! - Jarko silnym uderzeniem miecza wytrącił topór drągalowi i darując mu życie, pchnął pachoła na skaczące żabsko. Obydwaj zwalili się na ziemię.

Zanim się podnieśli, zanim ze strażnicy nadbiegła pomoc zaalarmowana niezwyczajną wrzawą, uciekinierzy zdołali dopaść łódki. Pod gradem strzał przepłynęli rzekę i zniknęli w mrocznej leszczynie.

Wraz z oczekującą ich w gęstwinie drużyną łuczników pogalopowali w kierunku Ciechanowa ile tylko siły w końskich kopytach.

Po błyskawicznej naradzie z ciechanowskiego kasztelu wypadł rycerz Janota na karym koniu, by najkrótszą drogą przez bory i lasy popędzić na dwór księcia Bolesława z niedobrą wieścią o uprowadzeniu jego narzeczonej przez bandę zbirów księcia Zbigniewa.

Niestety, z ratunkiem nie zdążono. W kilka dni potem nadeszła bowiem z Płocka wiadomość, iż piękna Hanna Wszeborówna goszcząca na zamku księcia Zbigniewa rozstała się z tym marnym światem.

Różnie o śmierci córy Wszeborowej mówiono wtenczas na Mazowszu. Najczęściej powtarzało się przypuszczenie, że książę Zbigniew chcąc się zemścić na swym młodszym bracie Bolesławie - tym samym, którego nieco później nazwano Krzywoustym - kazał otruć jego piękną narzeczoną.

Jak było wówczas naprawdę, po dziewięciu stuleciach stwierdzić już się nie da. Jedno jest pewne. Każdego roku, dokładnie w rocznicę porwania nadobnej Hanny, w Ciechanowie dzieją się rzeczy przedziwne. Z parku nad Łydynią, w którym mieszczą się resztki prastarego grodziska na Farskiej Górze, wychodzi starzec z długą siwą brodą i podpierając się mieczem kuśtyka aż do zamku książąt mazowieckich. Bezszelestnie wdrapuje się na wysoką basztę i do samego świtu stoi tam nieruchomo przechylony w stronę Wisły i Płocka. Ponoć to Wszebor córki umiłowanej wypatruje.

* junosza - młodzian

Zdzisław Nowak

Opowiadania przesłał Sławek - dziękujemy!


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Treść



Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
[ Strona główna ]


Modlitwy | Opowiadania | Zagadki | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2020 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej