Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

4 zasady silnej rodziny

     WSZYSCY PRAGNIEMY ŻEBY NASZE RODZINY BYŁY SZCZĘŚLIWE. BY BYŁY DLA NAS OPARCIEM I SCHRONIENIEM. MIEJSCEM, GDZIE CZULIBYŚMY SIĘ BEZPIECZNI, KOCHANI, POTRZEBNI. JAK TO ZROBIĆ?

     Co sprawia, że rodzina jest silna?

     Znam wiele rodzin: są takie, przy których można się ogrzać. W ich domach czuje się bliskość, zrozumienie, szacunek, miłość - mimo kłopotów i nawałnic, które ich nie omijają.

     Znam też rodziny poranione, skłócone, obce sobie bardziej niż obcy ludzie. Zamknięci w czterech ścianach swoich domów nie potrafią powiedzieć sobie nic miłego, nie mają dla siebie czasu, nie mają potrzeby bycia razem. I jedyne, na co ich stać, to wzajemne obwinianie się.

     Co zrobić by nasza rodzina była tą szczęśliwą. Zapytaliśmy o to małżonków z 50-letnim stażem, młodych rodziców i ich dzieci, psychologa i księży.

     Po pierwsze: rozmawiać

     Pani Krystyna przeżyła ze swoim mężem blisko pół wieku. Wychowali czwórkę dzieci, mają dziesięcioro wnuków. Ich dom jest takim miejscem, do którego wszyscy się garną: wspólne święta, urodziny, imieniny, niedzielne obiadki. Od zawsze.

     - Kiedy dzieci były młodsze w naszym domu zawsze było gwarno. Przychodziły koleżanki i koledzy ze szkoły. Razem się uczyli, razem się bawili, a jak ktoś był głodny, to zawsze znalazły się jakieś kanapki - z miodem, z dżemem albo serkiem. Co tam człowiek miał - wspomina pani Krystyna.

     - Widziałam, że te dzieciaki jakoś się do nas garnęły. Czułam, że brakuje im takiego rodzinnego ciepła - tłumaczy. I przypomina sobie jak Gosia - przyjaciółka córki powiedziała jej kiedyś: u nas w domu to wszyscy tylko na siebie krzyczą. U Nowaków też zdarzały się lepsze i gorsze dni - nieporozumienia, kłótnie, kryzysy. - Ale przecież to jest normalne. Jesteśmy tylko ludźmi - słabymi i grzesznymi. Jeśli człowiek nie wyzbędzie się egoizmu, jeśli będzie patrzył tylko na swój czubek npsa, jeśli nie będzie się liczył ze zdaniem drugich, to nigdy się nie uda - mówi pani Krystyna.

     - Dlaczego nam się udało? - zastanawia się.

     - Bo zawsze znajdowaliśmy czas by ze sobą porozmawiać. Przez całe lata, gdy dzieciaki były małe wstawałam razem z mężem o szóstej rano, szykowałam śniadanie. Dzieci jeszcze spały. A my siedzieliśmy przy stole i mieliśmy dla siebie pół godziny na spokojną rozmowę. Dzień w dzień. Nawet jak się poróżniliśmy, to rano następnego dnia mówiliśmy sobie "przepraszam " i znów siadaliśmy razem do porannej kawy - opowiada pani Krystyna.

     I zaraz dodaje: - Ale kiedyś było chyba łatwiej. Teraz ci młodzi to tylko pędzą i pędzą, pracują, nie mają czasu odpocząć, odrobić z dziećmi lekcji, porozmawiać, wiecznie gonią za czymś. My nie mieliśmy za czym gonić. No bo i za czym? Za tą biedą, która leżała na pustych półkach?

     Po drugie: zaufać

     Rodzin, które przeżywają kryzysy z roku na rok przybywa. Małżonkowie, którzy zaledwie kilka lat temu przyrzekali sobie trwać razem aż do śmierci - rozstają się. Czują się rozczarowani małżeństwem, bo zbyt wiele sobie obiecywali. W obliczu codziennych problemów, obowiązków, nieprzespanych nocy i zmęczenia - nie wytrzymują. Nagle okazuje się, że nie mają wspólnych zainteresowań, nie mają o czym rozmawiać, są sobą znudzeni, przestają być dla siebie atrakcyjni. I albo uciekają w nowy związek, przekonani, że teraz to już sobie wszystko poukładają, albo żyją pod jednym dachem jak zupełnie obcy ludzie.

     - Małżeństwo jest wielkim, niemal desperackim krokiem zaufania Panu Bogu - mówi pallotyn ks. Adrian Galbas z Poznania. - Nim narzeczeni złożą przysięgę małżeńską pytamy ich: - Czy chcecie wytrwać w tym związku, w dobrej i złej doli, w zdrowiu i chorobie aż do końca waszego życia? I oni zawsze chętnie odpowiadają: Tak, Tak.

     - Bardzo łatwo jest wytrwać w zdrowiu i dobrej doli ale tu jest też pytanie o tę złą dolę i o chorobę. Zawsze jakoś, prędzej czy później, ta zła dola przyjdzie. Dlatego pierwszym wspólnym aktem małżonków, chwilę po złożeniu przysięgi małżeńskiej, jest modlitwa: " Tak mi dopomóż Panie Boże wszechmogący...". Gdyż to, na co się zdecydowaliśmy, przekracza nasze siły i jedyna możliwość, że podołamy, to łaska Boża - tłumaczy ks. Galbas.

     Są też rodziny, w których pozornie wszystko jest w porządku: rodzice mają świetne posady, dzieci chodzą do dobrych prywatnych szkół, mają opiekunki, dodatkowe zajęcia, uczą się obcych języków, jeżdżą z rodzicami na zagraniczne wakacje. Ale są nieszczęśliwe.

     - Chłopcom bardzo brakuje obecności ojców. Zamiast nowego komputera czy wakacji w Szwajcarii woleliby z tym ojcem pograć w piłkę, porozmawiać, pójść do kina. Tylko, że oni nie mają na to czasu, bo po kilkanaście godzin dziennie siedzą w pracy przekonani o tym, że jak będą mieli jeszcze więcej pieniędzy, to ich dzieci będą szczęśliwsze - tłumaczy psycholog Jadwiga Gierczyk, która od 15 lat pracuje z młodzieżą i rodzinami.

     Rolę nieobecnych ojców przejmują matki, które stają się nadopiekuńcze. Bywa, że w imię źle pojętej miłości wychowują dzieci bezradne, bierne, niedojrzałe, życiowe kaleki skupione na sobie.

     - I w jaki sposób ci młodzi chłopcy wychowani bez ojców mają w przyszłości stać się odpowiedzialnymi ojcami? Przecież nie otrzymali żadnego wzorca. Nigdy nie usłyszeli od swojego taty: jesteś dla mnie ważny, wierzę w Ciebie. Trudno więc, by mówili to potem swoim dzieciom - mówi ks. Mariusz, który od kilku lat zajmuje się studentami.

     - Mam często poczucie, że przyjście do duszpasterstwa na spotkanie to dla nich ucieczka przed własną rodziną - zimną i obcą - dodaje.

     Po trzecie: być razem

     Siedmioletni Franek mówi, że najbardziej lubi soboty i niedziele. - Siedzimy sobie wtedy wszyscy razem przy śniadanku, mamy czas, nikt się nie spieszy - opowiada. Zrobił nawet kiedyś taki rysunek w szkole, gdy pani prosiła, by dzieci narysowały swoją rodzinę: duży okrągły stół. Przy stole mama, tata, Franek, Amelka i Zuzia. Na stole talerzyki i kubeczki a na środku zapalona świeczka. - Bo jak się palą świece, to wtedy jest tak przytulnie - tłumaczy.

     Największy problem w jego klasie z tym rysunkiem miała Julka: - Jej rodzice mieszkają osobno, bo tato ma teraz inną żonę i dziecko. I Julka nie wiedziała co narysować - opowiada Franek.

     - W końcu narysowała siebie z babcią i dziadkiem, bo z nimi często jeździ na wakacje - wyjaśnia Franek.

     Rodzice Franka mają własną kancelarię adwokacką. - Był taki moment, ie łączenie pracy zawodowej z byciem rodzicami zaczęło nas przerastać. W domu trójka dzieci z opiekunką, a my poza domem - wspomina Joanna. Wracali późno wieczorem zupełnie wykończeni. Ale mieli wytłumaczenie: trzeba wybudować dom, trzeba spłacić kredyt, trzeba to i tamto. Na szczęście przyszło opamiętanie. - Kiedy opiekunka zadzwoniła do mnie na komórkę i powiedział mi, że Amelka przeszła sama kilka kroków rozpłakałam się. Bo to przecież ja powinnam być przy moim dziecku i wiedzieć jak zaczyna chodzić - opowiada pani Joanna. - Odbyliśmy wtedy z mężem poważną rozmowę, ustaliliśmy wspólnie, co w życiu jest najważniejsze i jakoś przez ostatnie 5 lat twardo się tego trzymamy.

     Zdaniem duszpasterzy i psychologów problemem współczesnego człowieka jest brak więzi międzyludzkich. - Ciągle jesteśmy zabiegani, zapracowani, nie mamy czasu dzielić się swoim życiem - mówi marianin ks. Robert Krzywicki. - Jesteśmy nastawieni na robienie kariery, na sukces za wszelką cenę i zanika w nas duch ofiary, chęć wpatrzenia się w inną osobę, poświęcenia się dla innych. To niszczy rodzinę - przekonuje ks. Robert.

     Jadwiga Gierczyk dodaje: naszym problemem jest to, że nie potrafimy okazywać sobie uczuć, nie umiemy o nich mówić, nie spędzamy ze sobą czasu. - Zamiast pójść na grzyby, upiec z dziećmi pierniki czy zrobić ozdoby choinkowe my siadamy z nimi przed telewizorem - mówi Gierczyk. -1 niby wszyscy są razem, ale każdy jest samotny.

     Po czwarte: krok do tyłu

     Pani Krystyna przez całe życie pilnowała, by rodzina miała dla siebie czas. - Staraliśmy się każdego dnia siadać razem do obiadu albo do kolacji. I rozmawialiśmy o tym, co było w szkole, co się komu miłego zdarzyło, kto miał jakieś kłopoty. A z kim dzisiaj dzieci mają rozmawiać jak rodziców przez cały dzień nie ma w domu? - mówi zatroskana. Rośnie pokolenie dzieci z kluczem na szyi wgapionych w ekran komputera. Nikt na nich nie czeka w domu, nie mają się komu zwierzyć, poskarżyć, nie mają kogo prosić o radę. - Efekt jest taki, Że zaczynają tego szukać gdzie indziej. I niestety często kończy się to dramatycznie - kontynuuje tę samą myśl ks. Krzywicki.

     Jadwiga Gierczyk przyznaje: rodzice unikają trudnych tematów, bo te mogłyby prowadzić do konfliktów. A tych lepiej unikać. Ale rozmów unikają też małżonkowie. Jedynym pretekstem do rozmowy staje się wymiana informacji na temat tego, co trzeba kupić i załatwić. Na poważniejsze rozmowy nie ma miejsca.

     - W każdej rodzinie zdarzają się kłótnie. My też się z mężem kłóciliśmy. I zawsze potem tłumaczyliśmy dzieciom, że ludzie mają prawo się kłócić, mają prawo być czasami na siebie źli, mają prawo mieć inne zdanie na jakiś temat. Najważniejsze jest to, by umieli dojść do porozumienia, umieli się pogodzić i powiedzieć sobie "przepraszam " - mówi pani Krystyna.

     Zdaniem ks. Galbasa rzeczą najważniejszą w rodzinie są relacje między małżonkami. - Jeśli one są zakłócone, trudno się dziwić, że zakłócone są też relacje rodzicielsko-dziecięce. One są pochodną tej pierwszej relacji - mówi i przypomina sobie jako to w czasach seminaryjnych, podczas rekolekcji, dominikanin o. Wojciech Giertych zapytał kleryków: "A kogo kobieta powinna bardziej kochać - męża czy dziecko?" Większość kleryków odpowiedziała oczywiście, że dziecko. - I wielki błąd - przekonuje ks. Galbas, - bo przecież jeśli małżonkowie są szczęśliwi to szczęśliwe są też ich dzieci.

     Dlatego ks. Galbas na każdym ślubnym kazaniu zawsze podkreśla, że od tej chwili wszyscy, którzy do tej pory towarzyszyli tym młodym - matki, ojcowie, babcie, dziadkowie - muszą zrobić krok w tył. - Nikt nie może stanąć pomiędzy małżonkami, nawet dziecko, które pojawi się w ich rodzinie - przekonuje.

     Na rysunku Franka wszystkie osoby siedzące przy stole mają nad głową narysowane czerwone serce. - To znaczy; Że my wszyscy - mama, tata, Amelka, Zuza i ja - kochamy się. No bo bez tego przecież nie ma rodziny, prawda?

Katarzyna Kolska

Tekst pochodzi z Informatora Sanktuarium Maryjnego w Licheniu
Pielgrzym Licheński - Informator nr 9, wiosna 2009


   

Wasze komentarze:
 Marzena M.: 07.06.2019, 05:40
 Panie Jezu, prosze pomóż naszej rodzinie, póki nie jest jeszcze za późno, abysmy mimo codziennej gonitwy w świecie współczesnym potrafili znaleźć czas na rozmowę, abysmy potrafili sobie wzajemnie zaufać, okazywać uczucie i rozmawiać ze sobą, a takze abyśmy potrafili wyjaśniać wszelkie nieporozumienia nawet jesli skończy sie to kłótnia, mając na uwadze ze szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci.
(1)


Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej