Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Robert Friedrich 'Litza'

     "Wszyscy spali a ja się modliłem o jakieś światło, no bo co ja mam pisać o tej jedności chrześcijańskiej, gdzie ja mam ją znaleźć. I tak co chwilę stawałem, zapisywałem fragment, ruszałem, jechałem dalej."

     ROBERT:

     - Dobry wieczór, witam państwa serdecznie. Dziś moim gościem jest Robert Friedrich. Znany jako Litza również niektórym. Witaj.

     ROBERT FRIEDRICH "LITZA":

     Witam wszystkich serdecznie.

     - Jesteś muzykiem rockowym.

     Tak mówią.

     - Czy byłeś nim od momentu kiedy zacząłeś już myśleć na poważnie o czymkolwiek, czy jeszcze wcześniej zacząłeś być muzykiem, zanim zacząłeś myśleć o czymś na poważnie.

     Wiesz co, nie wiem czy jestem muzykiem czy nie, ale tak się trafiło, że ja gdzieś tam chciałem się znaleźć, zrealizować w życiu. Od najmłodszych lat gdzieś tam granie mnie pociągało, ale tak na ostro to się zaczęło chyba pod koniec ósmej klasy, kiedy znaleźliśmy, wiesz, na warsztatach szkolnych instrumenty, gdzieś zakopane w szkole podstawowej i stwierdziłem, że ta gitara będzie moja i będę na niej grał. Pierwsze piosenki i pierwsze single rozszyfrowywane Dezertera czy innych takich kapel to na tej gitarze rzeczywiście.

     - Z jakimi zespołami grałeś?

     W ogóle?

     - No nie...

     Z takich znanych to pierwszym profesjonalnym zespołem to był zespół Turbo, poznańska kapela, taka metalowa. Potem równocześnie był zespół Acid Drinkers, był zespół Creation of Death, był zespół Flap Jack. Co tam jeszcze było Teraz gram z Kazikiem Staszewskim, z Tomkiem Budzyńskim i Darkiem Malejonkiem mamy tę formację 2Tm2,3. Nie chcę mówić, tam bardzo dużo ludzi gra, więc nie będę wymieniał. Ale to jest taki zespół, taka kompilacja, taki projekt różnych ludzi z całej Polski. Czekaj, gdzie jeszcze grałem... Chyba to wszystko.

     - Powiedz mi, czy w tych czasach, tam ósma klasa, jak zaczynałeś grać, czy Pan Bóg był w ogóle w polu Twojej percepcji, zainteresowania?

     To był taki czas u mnie bardzo trudny, bo moi rodzice się rozeszli kiedy miałem 13 lat. Kiedy ojciec wyprowadził się z domu ja zacząłem, wiesz, szukać czegoś innego co zawsze miałem na co dzień. Wiedziałem, że już mnie nikt nie jest w stanie powstrzymać od moich jakiś tam wariacji. Wiesz, jak jest tata w domu to zawsze ma się ten respekt. Tata się wyprowadził, ja zacząłem się interesować różnymi subkulturami. Pojawiałem się pod operą poznańską, gdzie punki się spotykały. Za wszelką cenę chciałem zaistnieć w takiej grupie ludzi, chciałem być doceniony i zauważony, dlatego też zacząłem grać na gitarze. W tamtych czasach bardziej mnie interesowała akceptacja ludzi. Nie wiem jak jest teraz, bo wiesz, prawda jest zawsze bolesna, ale wtedy rzeczywiście mało myślałem o Panu Bogu. Ewentualnie jak były jakieś sytuacje bardzo trudne, moi rodzice mieli sprawę rozwodową, coś tam, zastanawiałem się czy jest Pan Bóg, czy On w ogóle jest i tak dalej, ale to było bardzo takie chwilowe, nie. Generalnie przestałem uczęszczać na religię. Chyba w drugiej klasie czy trzeciej szkoły podstawowej. Także jako ósmoklasista kompletnie byłem obok moich kolegów, którzy się przygotowywali do bierzmowania, uczęszczali na religię. Ja wolałem grać w piłkę, grałem wtedy w piłkę ręczną, wiesz, w klubie i to było dla mnie najważniejsze.

     - I taki stan trwał.

     No, to trwało, nie. Były momenty, gdzie tam odczuwałem, że coś jest, że gdzieś tam mogę się zwrócić w moich problemach. Nie jestem w stanie powiedzieć o pewnej rzeczywistości, która była u mnie w domu. Nie chciałbym skrzywdzić moich rodziców. To są trudne sytuacje. Nie chciałbym się tutaj, wiesz, na lewą stronę wywracać i pokazywać jak było u mnie kiedyś. Ale były to sytuacje czasami bardzo trudne i wtedy rzeczywiście gdzieś szukałem jakiegoś wsparcia, do kogoś mówiłem, ale nie za bardzo wiedziałem do kogo to mówię.

     - Jest taki moment w Twoim życiu wyróżniony.

     Kiedy zacząłem zauważać, że chyba jest ta rzeczywistość Pana Boga.

     - Ale jak to w ogóle się stało, no bo to tak nie jest chyba: bum.

     Wiesz co, ja mogę tak się doszukiwać i próbowałem wiele to razy, bo byłem zapraszany gdzieś tam do młodzieży na jakieś świadectwa i tak naprawdę, to nikt nie wie kiedy to się zaczęło. Ja też nie mogę sobie przypomnieć. Takim głównym momentem to była śmierć mojego kolegi, który na moich oczach i wtedy na oczach mojej dziewczyny wpadł pod samochód. On tydzień leżał w szpitalu jeszcze w tedy i walczył o życie, miał trepanację czaszki, także tydzień jeszcze jakoś tam był podłączony, wiesz, była nadzieja, że on będzie żył. No to zacząłem z moją dziewczyną i z jego dziewczyną chodzić do kościoła. Był to akurat czas rekolekcji, luty, gdzieś tak 24 chyba. No i chodziliśmy do kościoła uważaliśmy tylko, żeby w odpowiednim momencie wstać i uklęknąć, żeby się nie wyróżniać. Chociaż i tak się wyglądem wyróżnialiśmy to jednak no gdzieś tam szukaliśmy tej pomocy, nie. No i ten chłopak zmarł po tygodniu, był jakiś tam bunt. Taka wtedy była niedojrzałość że mówiłem, no skoro chłopak zmarł to Boga nie ma i o co tu właściwie chodzi. Ale jednak był ten moment, w którym się zwracałem z jakąś tam, nie wiem z jaką wiarą ale z jakąś tam może minimalną, jakąś nadzieją, może to była niewiara. Wiesz, miałem nadzieję, że coś się może wydarzyć. I to taki był początek. I potem to poszło dalej, bo zaczęliśmy z moją dziewczyną myśleć o tym, co ja mam robić w ogóle w tym życiu, jak my mamy żyć. Ja widziałem, że zacząłem się zwracać do jakiejś rzeczywistości, nie wiem czy to był Bóg czy nie, zacząłem chodzić do kościoła. I mówię, zaczęło nam się życie układać, mówię: -Czyżby to było jakieś błogosławieństwo od Ojca? No i tak zacząłem się przygotowywać do bierzmowania. Z moją dziewczyną oczekiwaliśmy dziecka, świadomie staraliśmy się jako dwudziestoletni, takie szczeniactwo to było, ale wtedy taka była rzeczywistość. No i właśnie ten sakrament bierzmowania, potem sakrament małżeństwa, który chyba był takim mocnym zwrotem. Ja widziałem, że Pan Bóg mnie od wielu rzeczy uwolnił tym sakramentem. Znaczy teraz to może widzę bardziej, tak z perspektywy czasu. To było dziesięć lat temu i mogę powiedzieć, że uwolnił mnie od bardzo ważnej, takiej mocnej rzeczy, od zazdrości. Ja byłem bardzo zazdrosny. Ja nie mogłem jeść, spać, o różne rzeczy czasami. Zazdrosny byłem o dziewczynę, że ktoś tam coś ma albo kimś jest, nie. To było strasznie chorobliwe i bardzo męczące, kiedy się budziłeś w takiej niewoli od rana już, nie. No i jak gdyby się ucięło. W jednym momencie kiedy się obudziliśmy 14 grudnia 1988 roku, to był pierwszy dzień po ślubie. Ja jakoś miałem nadzieję w sercu, nie. Paliliśmy w piecu, fajnie było.

     Zbuduj Ojcze nasz nowe Jeruzalem
     Zwołaj Panie narody swe
     Niechaj w jedno połączą się
     Zbuduj nowe Jeruzalem
     Nowe Jeruzalem
     - Tak się składa, może zabawnie, może nie, że i tekst tej piosenki której przed chwilą usłyszeliśmy i tekst piosenki która jest wykorzystana do sygnału tej audycji to są Twoje teksty.

     No tak.

     - Muzykę robiliście no to wiadomo...

     Z tą pieśnią, piosenką, piosneczką, która leciała przed chwilą, to była w ogóle niesamowita sytuacja, bo dostałem propozycję napisania właśnie takiego hymnu na festiwal, który się odbywał w Toruniu i mam nadzieję, że będzie się cyklicznie odbywał.

     - Jego organizator był już u nas.

     Remek.

     - Nie, nie. Ja mówię o Wojtku Zagóle.

     A, Wojtek, no tak. No i wiesz, było to wyróżnienie, a potem ciemność duża przed oczami, bo co ja mam zrobić, nie. Już myślałem nawet, że oddam to w inne ręce. Że to Robert Cudzich zrobi, gitarzysta z New Life'u. No ale ostatecznie jakoś tam lęk przemogłem i zrobiłem to, chociaż w wielkiej słabości, bo wszyscy na których liczyłem nie mieli czasu tego dnia i rzeczywiście robiliśmy to w dziwnej takiej... Wziąłem naszą znajomą, która jest kantorką we wspólnotach neokatechumenalnych, poprosiłem żeby mi pomogła. Tekst pisany był w czasie powrotów z koncertów, z dziećmi, z żoną samochodem, w nocy. Wszyscy spali a ja się modliłem, prosiłem żeby, proszę jakieś światło, no bo co ja mam pisać. Co ja mam napisać o tej jedności chrześcijańskiej, gdzie ja mam ją znaleźć, gdzie ja mam widzieć tę jedność. I tak mi przyszło właśnie, te słowa jakoś, co chwilę stawałem, zapisywałem fragment, ruszałem dalej, jechałem.

     - Nikt się nie obudził mam nadzieję.

Nie, ale było niesamowite. Ja długo bym musiał opowiadać, ale naprawdę doświadczyłem czegoś takiego, że człowiek który to nagrywał i ludzie, których zaprosiłem, wszyscy byliśmy w słabości, nikt nie był profesjonalistą i to pokazało mi też pewną rzeczywistość. Że ja czekam cały czas na sukces, że ja czekam, wiesz, obojętnie w każdym wymiarze, nie. Żeby to było świetne, dobre, że ja muszę być doceniony, a tymczasem jak słucham tego, to się łapię za głowę. Bo tutaj niedokładnie, tutaj jest, tu siostra nie potrafiła zagrać, ta dziewczyna, nie. Mówię siostra w sensie wspólnotowym, świecka kobicinka, nie, właściwie dziewczyna młoda. No i wiesz, zostały powalone moje ideały, wiesz, na ziemię i tak żeby Pan Bóg mógł tutaj jakoś działać, nie. Może dlatego.

     - Jest taki podział, wiesz, na muzykę której się można nauczyć, nie, i to co mówisz o profesjonalizmie. O czymś takim mówisz, że spełnia pewne wymogi, pewne kryteria, i jest muzyka pasterska, taka muzyka...

     Wiesz, ja cały czas czuję się jeszcze jednak w niewoli tego, wiesz, to jest taka niewola dobrego wypadania w opinii innych ludzi, ważniejsza jest niż Pana Boga, nie.

     - Tak, ale z drugiej strony jest też tak, że trzeba robić rzeczy dobre raczej niż słabsze, a w tym porządku profesjonalnym, z tego porządku profesjonalnego ta kategoria jak ta muzyka pasterska, muzyka duszy, ona zupełnie wypada. To znaczy, że są rzeczy zupełnie profesjonalnie zrobione które są bez duszy, bez niczego, tam nic nie ma to jest puste a są rzeczy chropawe itd., one nie muszą być chropawe, bo...

     Ja coś ci powiem. Słuchałem płytę Mietka Szcześniaka nową i jest ciekawa, ale jak słucham jego płyt takich które robił z Deus Meus, gdzie to były płyty po to, żeby, pierwsza płyta to "Hej, Jezu", no ta której ja słyszałem pierwszą, to była płyta która została nagrywana po to, żeby jakoś te utwory zebrać i żeby była archiwizacja, wiesz. A tu nagle się okazało, że ja je mogę słuchać na okrągło. Chociaż ma wiele niedoskonałości to jednak jest ogromny duch w tym. To prawda co mówisz.

     - To straszne, co mówisz, że tak musisz słuchać, kurczę, i ty to słyszysz wszystko, nie. Bo jak ktoś się tym nie zajmuje profesjonalnie, to się tylko tą muzyką może cieszyć.

     Ale to nie wynika z pewnej dokładności, tylko z lęku, że zostanę źle odebrany. To jest nieszczęście w sumie.

     - Skończyłeś opowieść swoją w momencie w takim, no...

     Ślub?

     - No.

     Sakrament.

     - Tak, sakrament. To było coś realnego, coś co przyszło do Ciebie z mocą.

     Wiesz, potem było jeszcze... Ja dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem ojcem czwórki dzieci. Półtora roku temu straciliśmy, żona poroniła, więc mogę powiedzieć - piątki, ale żyje czwórka, cztery córki żyją. I przez ten czas, przez te 10 lat małżeństwa, ja widzę jak Pan Bóg musiał nade mną ciężko pracować, nie. Bo ja cały czas z Nim walczyłem, podejrzewam, że walczę do dzisiaj. Cały czas tę Ewangelię hebluję jak mogę, na wszystkie strony, żeby tylko być sam dla siebie bogiem. Skrótami może mówię, ale... I przez te dziesięć lat wiele dziwnych rzeczy się działo w moim życiu. Wiadomo, alkohol to jest mój taki brat, który idzie ze mną od piętnastego, od czternastego roku życia. Ja cały czas czuję, że mam słabość do tego, nie. Kiedy były momenty zapominania się, wiesz, i wchodziłem w alkohol, to różne dziwne sytuacje były, nie, w moim życiu i widziałem, że parę razy mogła się rozpaść moja rodzina. Ostatnio... ja nie wiem czy mam coś ci jeszcze opowiedzieć. Pięć lat temu miałem operacje serca. To też było dla mnie takie mocne doświadczenie, bo operacja była nieudana. Druga była po trzech dniach, jak gdyby już jakby na jedną kartę wszyscy lekarze stawiali, no bo jak już i tak umiera no to można wykorzystać. No i to było mocne doświadczenie cierpienia, bólu, też nie wiedziałem co mam myśleć, po co jest ta historia dla mnie. Nie rozumiem swojej historii życia do końca. Teraz po tej, po tym zdarzeniu, w tym momencie buntu największego zaprosił mnie Tomek Budzyński na katechezy, jakieś tam katechezy głoszone przez świeckich katechistów. Nie wiem czemu tam się znalazłem. Może dla tego, że żona już nie miała siły i mnie zaciągnęła tam, nie wiem czy autorytet Budzego wtedy, wiesz, mnie zaciągnął. Coś sprawiło, że tam poszedłem. No i zostałem, coś mnie tam pociągnęło jednak, świadectwo tych ludzi, te twarze takie uspokojone, pełne wolności. Nie wiem co. Wiem, że tam jest moje miejsce dzisiaj.

     - Mówisz o...

     Neo.

     - ...wspólnocie...

     Kościoła katolickiego - Neokatechumenat.

     - Jest coś takiego w Twoim głosie niepokojącego. Nie wiem, takie zgaszenie czy smutek, to może jest za duże słowo. Ja to odbieram jako jakąś taką strategię, nie w żadnym złym sensie tego słowa. Znajdujemy się w sztucznej sytuacji, są jakieś mikrofony, jacyś ludzie po drugiej stronie, nie, i ty masz się masz teraz tutaj uzewnętrzniać. Ale wydaje mi się, że to nie jest jedyny powód. Że to nie jest tylko taka broń jakby, czy tarcza Twoja.

     Jest taka rzeczywistość w moim życiu teraz, że ta euforia, to zakochanie się, kiedy wchodziliśmy do wspólnoty, kiedy widzieliśmy, że Pan Bóg robi wielkie rzeczy w naszym życiu, mógłbym tu dawać najlepiej przykłady z życia. Kiedy widzę, że w moim małżeństwie zaczynają się te relacje miłości głęboko, pogłębiać się zaczyna nasza miłość, nasze zaufanie. Ja pamiętam jak trzecie dziecko nam się rodziło, jak moja żona oczekiwała, jak oczekiwaliśmy dziecka trzeciego, ja byłem wtedy chory już i mówię: -Co jest grane, dlaczego na nas takie nieszczęście spadło. A teraz widzę, że dzieci to jest błogosławieństwo i my tylko zyskujemy, że mamy te dzieci. Że Pan Bóg dba o nie, naprawdę, i my przy okazji też się jakoś załapujemy. Chociażby to, że zgodziliśmy się na czwarte dziecko to jest taki widzę owoc tego. Także mówię o tym momencie, że jednak dużo uzyskaliśmy, dużo dostaliśmy od Kościoła i od Pana Boga przez Kościół. No ale jest jednak druga strona tego wszystkiego, że Pan Bóg zaczyna otwierać oczy, daje moc, żebyś ty mógł spojrzeć na siebie w prawdzie i zobaczyć kim jesteś, nie, co ty próbujesz robić, nie, wiesz. I to jest bolesne bardzo.

     - I teraz jest taki czas.

     Ja mam taki czas. I Pan Bóg mówi: -Dosyć teorii, zacznij praktykować to co pisałeś czy tam śpiewałeś, wejdź w tą rzeczywistość o której teoretycznie mówisz. I to jest bolesne, bo są wielkie rzeczy i bez Jego pomocy, bez Jego Ducha się nie wejdzie w to wszystko. Można po prostu... Nie wiem, budzę się rano i mówię, że jest mi teraz potrzebny Pan Bóg. A wiele razy bywało tak, że okazywało się, że ja sam chcę się zbawić, moją postawą, religijnością, wizją Kościoła, wizją Pana Boga, pobożności takiej fałszywej. Wydawało mi się, że to wystarczy, a Pan Bóg mi pokazuje coś innego. Pozwala mi dostrzec to, że jestem nędzny. Ostatnio miałem przeprowadzkę, słuchaj, i przyszło dwóch takich służby miejskiej i zaczęli wypisywać mandat, że samochód który przewozi mi meble, wiesz, źle zaparkował. Ja oczywiście pewien wiary, że pewnie załatwię to wszystko w pokoju, jestem człowiekiem wierzącym, tak sobie czasami myślę, a tu nagle się okazuje, że wyskoczyłem na tych gości, wiesz, z ryjem. Nie dość że ich obraziłem, zbluzgałem, to jeszcze, wiesz, powoływałem się na Pana Boga, że ich jakoś skarze. I to było dla mnie kompromitujące. Potem dzieliłem się tym z moimi przyjaciółmi i widziałem jak Pan Bóg mnie kompromituje w oczach ludzi, moich przyjaciół, i jak mi to bardzo jest potrzebne żeby zobaczyć co ja o sobie myślę, kim jestem, za kogo się uważam, wiesz. I to jest bolesne dla mnie.

     - Ale wiesz, to jest... nie wiem jakie, istotne, to co mówisz bo zazwyczaj ludzie, którzy przychodzą tutaj, do tego studia i rozmawiamy... Bo mówisz tak naprawdę o dwóch takich stanach, które są w nazwie tego programu, o momencie kiedy czujesz moc, to są okresy pocieszenia kiedy ci się wydaje że... A ta łaska nie twoja, tylko tobie się wydaje, że to Twoja moc, nie, i o tych okresach ludzie mówią z zachwytem. A o tych okresach strapienia, które są , i chyba Ty masz rację, potrzebniejsze.

     Ja nie wiem.

     - No nie, no. Ja mówię, jak ja słyszę, nie. Że to jest potrzebniejsze, bo jeśli masz poczucie, że jednocześnie dostajesz tyle siły, żeby z tego skorzystać co się wokól Ciebie dzieje, to tylko zapisywać i sobie notować.

     Chciałbym, żeby to było wyryte w moim sercu, żebym ja naprawdę zaczął żyć rzeczywistością chrześcijanina, który przechodzi z tej rzeczywistości egoistycznej do rzeczywistości służebnej, co jest dla mnie czystą teorią.

     - Ale to co się dzieje z Tobą w tej chwili temu służy.

     Ja mam nadzieję, że jestem w Kościele i Kościół dał mi taką obietnicę na katechezach, na których byłem, że wyprowadzi mnie, uwolni mnie od tych moich niewoli, które ja zaczynam dostrzegać. Już wołam o pomoc i czekam, aż się to wypełni. A o tych momentach, o których ty mówisz, takiej pełnej radości, mocy itd., to zostaje mi tylko Liturgia Słowa i Eucharystia we wspólnocie tak naprawdę. Ewentualnie z dziećmi jak się modlimy, kiedy ja widzę, że te dzieci mają prostą drogę do Pana Boga. Widzę jaki ja jestem skomplikowany, jak ja dzielę wszystko na jakieś niepotrzebne rzeczy, jak one prosto potrafią powiedzieć, jak one się potrafią pomodlić. Że to aż, wiesz, czasami naprawdę płakać się chce, bo widzę jak te wszystkie lata pracowały na to, żebym ja widział Pana Boga a ja sobie komplikowałem to wszystko, nie. No i tak jestem w miejscu gdzie raduję się tylko gdy jestem z braćmi, może minie dużo czasu zanim ja naprawdę zacznę kochać, najpierw tych braci a potem, wiesz, wszystkich na około co jest rzeczywistością chrześcijańską przecież.

     - Mówisz o Kościele. W tym co mówisz Kościół jest tarczą, tak?

     Schronem.

     - Zapleczem?

     Schronem, wiesz, schronem gdzie są te Słowa Życia. Mówiłem ci tu, że przejechałem się na sobie samym, na wielu moich planach życiowych, na tym wszystkim co robiłem, na tych wszystkich moich sukcesach. Ja to nazywam sukcesami, bo ja nie marzyłem nawet o tak wielkich rzeczach, że ja nagram kiedyś płytę. Tymczasem nagrałem tych płyt już naście, nawet nie wiem, musiałbym teraz usiąść i liczyć. Miałem możliwość naprawdę spotykać niesamowitych ludzi. Ja zawsze byłem, wiesz, trochę świata widziałem, dostałem więcej niż chciałem, dostałem więcej niż wielu ludzi, niż moja mama, ojciec widzieli czy doświadczyli czegoś. A jednak to wszystko okazało się, że to prowadziło mnie mniej lub bardziej do jakiegoś upadku zawsze, nie, do pychy. Ja teraz zbieram żniwo tego wszystkiego i teraz Kościół mnie leczy z tego, egzorcyzmuje całe moje życie przez to. Bardzo powoli, ale mam zaufanie, że to zrobi w końcu. Do końca, że mnie uwolni. Dzisiaj dałeś mi Ewangelię do przeczytania; zabiło mnie to bo... Ja jestem bardzo porywczy i potrafię się denerwować, potrafię kląć, potrafię być złośliwy, nerwowy. Dla mnie kiedyś ta Ewangelia, że Chrystus wszedł do świątyni i wypędzał, wiesz, tych kupczyków z Domu Boga, Ojca swego, wiesz, wypędzał ludzi. No i ja mówiłem: No przecież Chrystus też się unosił, ale dzisiaj ta Ewangelia jest dla mnie zupełnie czymś innym, jest objetnicą, że Pan Bóg zmieni moje serce, że on wejdzie w moje serce i te wszystkie stragany kupieckie w moim sercu, wiesz, poprzewraca. Że on tę mamonę mojego serca wyrzuci, te drobniaki, to miejsce, które miało być świątynią On zamieni naprawdę na świątynię. Ja tego mogę doświadczyć w Kościele, mam nadzieję, no bo gdzie indziej? Na koncertach? W moich wizjach nie wiadomo czego? Okazuje się, że nigdzie nie miałem spokoju, radości pełnej. Bo ile można pić żeby się oszukiwać, że tam jest fajnie?

     - Do momentu kiedy pijesz następnego dnia i nie leczysz kaca piciem.

     Dzięki Panu Bogu z tym sercem mam problem i teraz nie mogę pić mocnego alkoholu.

     - To właśnie świadectwo, które mnie zabiło. Ostatnio jak tutaj człowiek, który był u nas, opowiadał o sytuacji w której on uwierzył, nie, że zawsze go to leczy i nagle został pod ścianą postawiony bo okazało się, że wypił pół litra i nic.

     To jest mocne doświadczenie.

     - Wspólnota neo, jesteś w niej już...

     Cztery lata, niecałe.

     - Czym jest, nie chodzi mi od razu żebyś uogólniał tylko tak, jak ty wszedłeś tam i czym to było dla ciebie? Od razu, spotkałeś dziwnych ludzi.

     Nie bardziej dziwnych ode mnie. Myślę, że Pan Bóg jest bardzo dobry i On taką szczególną sytuację dla mnie wymyślił. Tak to czuję. Że widział mój bunt, jak ja się buntuję na różne sytuacje w Kościele i On specjalną formę dla mnie zrobił i pokazał mi w tej formie Kościoła... chorujesz...

     - Właśnie nie wiem, coś mi się... dziwnego w gardło stało.

     W każdym bądź razie jest to forma, która dla mnie bardzo mocno, nie. Ja nie wiem co mam ci mówić, chyba nie wiem, czy mogę cokolwiek powiedzieć, bo muszę czegoś doświadczyć, potem będę mógł mówić. Wiem, że bracia będąc kilkanaście lat na drodze, mogą coś powiedzieć. Ja na razie zaczynam widzieć, że nic nie wiem. Ja widzę, że Kościół szykując Ewangelię na każdy dzień, to jest taka mocna katecheza. Kiedyś inaczej patrzyłem na Słowo, dzisiaj patrzę inaczej, pewnie za jakiś czas też będę patrzył inaczej, jak będę żył, ale to co dzisiaj mnie bardzo dotknęło to była Ewangelia o tej uczcie, która została wyprawiona, ci co byli zaproszeni odmówili, potem byli zaproszeni ci chorzy, biedni, ubodzy...

     - Z ulicy.

     ...z ulicy, nie, przyjdźcie. Kiedyś myślałem, że to ja jestem tym z ulicy zaproszonym, ale dzisiaj do mnie bardzo mocno tak wielką mocą przyszedł ten wyraz, że jeszcze jest miejsce, nie, przychodzą słudzy i jeszcze jest miejsce, zaprosiliśmy wszystkich co byli na ulicy; no to wyjdźcie na ulice i przymuszajcie innych, by zapełniło się to. Dzisiaj zobaczyłem moją rzeczywistość, że ja cały czas się opieram Panu Bogu, że ja Mu mówię cały czas: nie, tego nie chcę, tak to nie ma być, Ty masz być takim Bogiem, jakiego ja sobie wymyśliłem, nie takim jakim jesteś. A Pan Bóg wychodzi na przeciw, On wie, co jest dla mnie dobre, tak jak ojciec. I daje mi tę rzeczywistość, przymusza mnie dzisiaj żebym ja przyszedł, wrócił do Niego, On mówi: -Tam tylko znajdziesz to ukojenie. To dzisiaj do mnie mocno dotarło i ja miałem też skrupuły bardzo często kiedy karciłem dzieci, czy karcę dzieci, bo mówię: -Czy ja muszę to naprawdę robić? A ja teraz dzisiaj zobaczyłem, że jest to dobre, dlatego, że może one dzisiaj tego nie widzą, tego dobra, ani ja tego dzisiaj nie widzę, co robię, ale to będzie procentowało tam kiedyś. To też mi się tak powiązało i nagle zobaczyłem, że Pan Bóg robi tę historię w moim życiu dla mojego dobra, bez względu na to, czy ona mi się podoba, czy nie. Czasem jest bolesna, czasem jest jakaś tam trudna, ale na pewno nie trudniejsza niż te łaski, które dostaję zanim mam te doświadczenia, trudności, nie.

     - To o czym mówisz, że zawsze jest tak, i jest to jedna z podstawowych przekonań katolickich, może chrześcijańskich, że zawsze Pan Bóg daje więcej łaski, nigdy krzyż nie jest nie do udźwignięcia, zawsze jest więcej. I to jest też oblicze tego przymuszania, żeby to przymuszanie dobrze zrozumieć.

     PAWEŁ:

- Dobry wieczór, Paweł z tej strony. Ja chciałbym zapytać o taką rzecz, która zawsze budzi moje wątpliwości jak słucham audycji albo też rozmawiam z przyjaciółmi, którzy są w Neokatechumenacie. Ja akurat jestem, że tak powiem, zupełnie odmienna frakcja, bo ja jestem charyzmatykiem, nie wiem czy to jest odmienna frakcja, ale w takiej grupie jestem. Ja zauważam coś takiego, że mnie przemienia każdy moment, w którym ja się przekonuję, jak bardzo jestem kochany niezależnie od momentów, w którym jestem, od upadków w które akurat popadam, czy od sytuacji mojej słabości. I to mnie przemienia, doświadczenie Bożej Miłości. Natomiast jak słucham was to zauważam taką koncentrację i jakieś takie niesłychane przeżywanie własnej nędzy. I nie wiem o co chodzi. Czy to jest tak, że być może do Neo trafiają ludzie, którzy są tak głęboko zadufani w sobie, że muszą być cały czas dokopywani, żeby zacząć się nawracać. Dla mnie jest w tym coś takiego, że ja się troszeczkę obawiam, nie powinienem tutaj żadnych sądów wygłaszać, ale tak to odczuwam, że jakby wy procentowo to strasznie mało uwagi poświęcacie temu, że przecież Pan Bóg ciebie kocha niezależnie od tego jaki nędzny jesteś.

     Ja myślę, że to największe doświadczenie, że ktoś mnie kocha to jest wtedy, kiedy ja stoję do niego plecami i mówię mu: -Nie, a on mnie i tak kocha, i to jest to doświadczenie. Ja mam dokładnie takie same doświadczenia jak ty. Tylko może to co powiedziałeś o tym, że na drodze neokatechumenalnej, są szczególni ludzie, ja myślałem kiedyś, że jestem dobry i nawet miałem okazję być na czuwaniach Odnowy w Duchu Świętym i tak dalej, ale jednak Pan Bóg mnie tutaj zawołał i pokazuje mi, że ja wcale taki dobry nie jestem jak widziałem się we własnych oczach. Ale to jest dowód tej Miłości ja mam właśnie dzisiaj, mam dowód tej Miłości przez to Pan Bóg mówi: -Właśnie dla tego dałem swojego Syna, żebyś ty mógł żyć, nie. I to doświadczenie mam bardzo mocne, to nie jest tak, i to jest trudne. Ja jestem na początku, ja jeszcze w sumie nie jestem w Neokatechumenacie i kiedy ja widzę braci, którzy są dłużej na drodze, oni tyle nie paplają i nie gadają, tylko oni mają ten pokój w sercu i robią to, co im Pan Bóg, że tak powiem, przygotował. To jest początek drogi, mówię o moich doświadczeniach. Rzeczywiście są, to jest niesamowite, bo na drodze we wspólnocie mamy ludzi z różnych środowisk, różnych wiekiem i pod każdym względem się różnią. I oni mają podobne doświadczenia, i w tym nie ma przypadku, w tym nie ma jakiejś manipulacji, ja dostrzegam, że im bracia się bardziej otwierają na swoją nędzę, tym ja jestem szczęśliwszy, bo ja zawsze się wstydziłem tej nędzy przed samym sobą, a teraz mam to doświadczenie, że ja mogę ją zobaczyć i mogę zobaczyć tym bardziej Miłość Pana Boga, bo to jest prawda, że jak ktoś czuje, że mu wiele przebaczono to bardziej kocha. Cieszę się, że dzwonisz, ja myślę że warto w tym momencie podkreślić bogactwo Kościoła, zobacz jaki Kościół jest dobry, że daje nam takie różne rzeczywistości, jedną dla ciebie, jedna dla mnie. Jest wiele jeszcze o których nie wiemy, podejrzewam.

     - Przez przypadek, oczywiście nie przez przypadek, ale słuchacz poruszył drugi z wątków który poza anteną... My pierwszy raz się spotkaliśmy w ogóle w życiu, i dlatego tak dużo poza anteną jeszcze rozmawialiśmy. Sądy. Osądzanie. To jest też, i być może Neokatechumenat jest też dla takich, którzy mają tę łatwość, którą ja w sobie...

     Osądzania?

     - Tak, tak, odkrywam. A jest to coś strasznego.

     Jest to chyba najstraszniejsza rzecz, dlatego, że z tego co czytam Pismo albo czytam jakieś publikacje na ten temat, zawsze spotykam się z jednym, że osąd to jest ten grzech pierworodny, wiesz, chodzi o to że ja chcę być bogiem, ja chcę sądzić, chcę mówić jaki drugi człowiek jest, jaki powinien być. To jest osąd i to jest ta chęć bycia bogiem. I odsuwa to Ducha Świętego ode mnie dzisiaj. Jak Pan Bóg musi wiele się nade mną napracować, żebym ja tych osądów nie miał. I to jest coś, co mnie zabija, mój grzech to jest jeszcze nic w porównaniu do tego jak ja osądzam drugiego człowieka, jak ja osądzam ciebie, jak ja osądzam tego chociażby chłopaka, który teraz zadzwonił. Bo ja widzę, że ja nie mam tej miłości którą bym chciał mieć, mam pragnienie mieć tę miłość.

     - I te trzy myśli takie, które kiedy zrozumieliśmy jego zarzut jakby, nie, te trzy myśli które miałeś, fechtunek i pomyślałeś sobie: tak, tak i tak; żeby odpowiedzieć.

     Nie tam, wiesz...

     - Ja pomyślałem, ja od razu miałem....

     Ja chciałem coś innego powiedzieć...

     - Ale ja mówię o osądzaniu, praktyczny przykład.

     To jest niewola - osądzanie, to jest straszna niewola. Gdy ty to widzisz to cierpisz. I rzeczywiście mam takie momenty, nawet podczas Eucharystii, kiedy mogę śpiewać głośno i cieszyć się jak wariat, że siedzę tutaj przy tym ołtarzu, gdzie się dzieją rzeczy, o których ja nie mam zielonego pojęcia, bo gdybym wiedział, co się dzieje, to nie wiem... To jest poważny problem w moim życiu.

     SŁUCHACZKA:

     - Szczęść Boże. Ja chciałam tylko dorzucić uwagę, że taki nurt patrzenia na siebie takiego bardzo krytycznego jest nie tylko specyfiką Neokatechumenatu, ale również ja jestem w Ruchu Rodzin Nazaretańskich i u nas jest dokładnie to samo. My nieustannie drążymy właśnie naszą nędzę, naszą grzeszność, wydaje mi się, że to jest niezbędne żeby człowiek w prawdzie siebie zobaczył w relacji właściwej do Boga. Jest to niezbędne.

     Przez to Pan Bóg też uczy pokory bardzo dużo.

     O to chodzi, właśnie. W końcu pokora jest fundamentem jakimś, także ja troszkę się zawsze boję takiego hurra! optymizmu i tego latania nad ziemią trochę w ruchach charyzmatycznych.

     - Ale są momenty, w których jest to bardzo potrzebne.

     Ja wierzę w to, że w każdym ruchu który jest w Kościele są charyzmaty. W niektórych się mówi o tym, w niektórych się nie mówi, w niektórych idą rodziny wielodzietne na misje, są posyłane przez Kościół i o tym się nie mówi. To jest normalna rzeczywistość chrześcijańska, nie. Charyzmaty są tam, gdzie jest ruch. Jest dzisiaj obietnica w Ewangelii, że Pan Bóg ciebie i mnie przymusi.

     - Bo inaczej popadli byśmy w rozpacz.

     Więc mimo wszystko jest nadzieja.

      Jest nadzieja. Trzeba stanąć i zobaczyć siebie wprawdzie, ale i natychmiast dziękować za Jego Miłosierdzie i za to że nas kocha takimi jakimi jesteśmy. Wszystkiego dobrego. Szczęść Boże.

     - Halo.

     SŁUCHACZKA:

     - Dobry wieczór. Tutaj powiedział gość o gniewie, dał świadectwo o swoim gniewie. Chciałabym podrążyć to. To jest pocieszające, że się ktoś jeszcze gniewa.

     Właśnie mówiłem Robertowi, że teraz jest ten czas, kiedy rozmawiamy, dzwonią ludzie , jeden z Neokatechumenatu, jeden skądś-tam, że tak jest fajnie, że to wszystko jest takie piękne, ładne. A życie jednak pokazuje rzeczywistość inną, i ja widzę Pana Boga obecność chociaż w takich sytuacjach, kiedy żona mówi: -Spierz te pieluchy, te gówna, idź wyprać, idź wyrzuć śmieci, a ja mówię: -Nie, bo ja teraz nie mam czasu, bo ja mam teraz swój egoizm i jest ważniejszy od twoich pieluch, to nie są moje pieluchy to są twoje pieluchy, moje dzieci są te na spacerze, ładnie ubrane. I to też są doświadczenia od Pana Boga, które pokazują nam naszą nędzę jakoś, nie. I ten gniew który ja mam na co dzień, i tak dalej. To też jest mi potrzebne, żeby zobaczyć, w jakim ja jestem miejscu. Ile ja mam miłości, a może kiedyś będę miał tę miłość i wtedy będę mógł ją docenić, bo Pan Bóg zgasi tę moją... mój temperament taki, nie.

     - W zadziwiający sposób wyczerpałeś temat. Poza tym sądzeniem gniew to jest też, znaczy gniewliwość, bo wbrew pozorom to nie jest zła cecha...

     Ja nie wiem. Ja wiem, że nad moim gniewem zachodzi to słońce jednak.

     - Dwa zdania tylko. To znaczy, że zawsze jest tak, że gniew czasami pojawia się w chwili w której człowiek widzi, że jakieś dobro jest niszczone. Także są dobre odmiany gniewu i jest Boży Gniew. Ale my oczywiście mówiliśmy tu o czymś zupełnie innym. Mówiliśmy o takim krzyku ego, które jest gwałcone, bo należy zrobić coś co należy zrobić. No i wtedy wykorzystuje się swoją przewagę jakąś, jeśli się ją ma żeby uniknąć sytuacji w której w której trzeba zrobić coś, co zrobić trzeba.

     Najgorzej jest jak się człowiek gniewa na samego siebie, wtedy ofiary na około są biedne, ci ludzie. Kiedy człowiek zauważa ten, no, nie chcę drążyć tego tematu.

     - Ale to właśnie niesamowite jest co powiedziałeś, bo ja tego nie rozumiem. Nie zrozumiałem tego co powiedziałeś. Nie usłyszałem nawet.

     Chodzi o tę rzeczywistość, że ja nie jestem zadowolony z pewnych sytuacji, bo ja lubię być zawsze doceniony, ja lubię zawsze mieć sukces, nawet dzisiaj chciałbym ten sukces mieć, rozumiesz. Nie chcę w oczach ludzi być kimś kiepskim, kimś kto się myli, kto nie umie znaleźć odpowiedzi, chcę mieć zawsze odpowiedź. I gdy tej odpowiedzi nie mam Pan Bóg dotyka mnie... Chodzi o to, że wiesz, że wtedy ja jestem niezadowolony z siebie, gniewam się na siebie i żeby to jakoś, wiesz, wyładować to szukam ofiary. Wtedy tą ofiarą jest moja żona, najczęściej bo jesteśmy razem i myślę, że Pan Bóg bardzo nam pomaga żebyśmy byli razem, żebyśmy potrafili się kochać jeszcze potem po tym wszystkim, nie, i nie demonizować siebie, że to my, tylko żebyśmy widzieli, że jest ktoś między nami, kto próbuje to wszystko zepsuć, oprócz tej własnej pychy jeszcze jest ktoś.

     ANDRZEJ DZIEWICZ:

     - Andrzej Dziewicz. Słuchaj, słucham oczywiście, nie, i przeżywam, i bardzo się czuję dziwacznie będąc teraz na antenie, serce mi wali potwornie itd., itd., czuję się zdenerwowany, nie wiedziałem, że to jest aż takie przeżycie. Ale miło was słuchać. Fajnie że jesteście, że taka audycja jest, fajnie że jest Pan Bóg który nas kocha takimi jakimi jesteśmy, to jest coś fantastycznego. Słucham tej muzyki, słucham co mówicie, takie mam refleksje.

     - Dziękujemy ci za ten telefon i zostawiamy go na puentę dzisiejszej audycji. Moim gościem był Robert Friedrich "Litza" i myślę, że nie po raz ostatni. Myślę, że za jakieś trzy miesiące będzie coś nowego do powiedzenia. Żegnamy się. Z Bogiem.

     Z Bogiem.

Zapis audycji: Pocieszenie i strapienie
Radio Plus, 3. XI. 1998 r.


   

Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny
Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort
Lektura traktatu jest cennym duchowym doświadczeniem. Im częściej po niego sięgamy, tym bardziej przemienia on nasze serca. Osnowę dzieła stanowi dewiza św. Ludwika Marii de Montfort: "Wszystko dla Jezusa przez Maryję"... » zobacz więcej


Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2018 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej